Praktyk z przekonania

51_pap_19901114_00B_gr_optProfesor Jan Grajewski w całym swoim życiu kierował się precyzją, odwagą i uczciwością. Dla gdańskiego środowiska prawniczego był człowiekiem-instytucją. Warto dziś wspomnieć postać profesora jako inspirację dla nowych pokoleń prawników.

W dniu wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1981 r. Jan Grajewski był na wyjeździe w Hamburgu, wraz z grupą pracowników i studentów Uniwersytetu Gdańskiego. Na wieść o wydarzeniach w Polsce gospodarze tej wizyty zaproponowali jej uczestnikom azyl polityczny w RFN. Naukowcom zaoferowano zatrudnienie na hamburskim uniwersytecie, a studentom – możliwość kontynuowania tam nauki.

– Z powodów politycznych ojcu zaraz po skończeniu studiów na blisko 20 lat uniemożliwiono prowadzenie kariery naukowej. W początku lat 80. należał on do „Solidarności”, a jego stosunek do rzeczywistości peerelowskiej był jednoznacznie negatywny. Dlatego miał dość powodów, aby pozostać na Zachodzie – mówi prof. Krzysztof Grajewski, syn Jana, konstytucjonalista z UG.

Miało swoje znaczenie i to, że Jan Grajewski biegle posługiwał się językiem niemieckim i znakomicie orientował się w tamtejszym prawie. Grajewski jednak odmówił i błyskawicznie wrócił do kraju. Uważał, że tu jest jego miejsce.

Jako pracownik naukowy UG i osoba sympatyzująca z opozycją polityczną profesor Grajewski zapracował na opinię nie tylko znakomitego naukowca, ale również uczciwego człowieka w szczególnie trudnych czasach. To spowodowało, że po upadku komunizmu, w 1990 r., został członkiem nowej Izby Karnej Sądu Najwyższego, w której znaleźli się przede wszystkim wybitni prawnicy uniwersyteccy.

Prokurator

Grajewski urodził się 13 lutego 1932 r. w Gdańsku, jako trzecie i ostatnie dziecko w rodzinie. Ponieważ dorastał w Wolnym Mieście Gdańsku, z tego okresu wyniósł znakomitą znajomość języka niemieckiego. W początku lat pięćdziesiątych rozpoczął studia prawnicze na Wydziale Prawa Uniwersytetu Poznańskiego. W tamtym okresie pasjonował się prawem konstytucyjnym. Pracę magisterską poświęconą prawu wyborczemu przygotował pod kierownictwem Antoniego Peretiatkowicza – znakomitego naukowca, ważnej postaci życia prawniczego II RP. Po ukończeniu studiów Grajewski zamierzał podjąć pracę asystenta w Katedrze Prawa Konstytucyjnego poznańskiej uczelni, ale nie pomogło mu w tym nawet wsparcie Peretiatkowicza.

– Był rok 1955, ojciec nie należał do komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej, nie chciał też być członkiem PZPR. Dlatego nie miał szans na karierę naukową – mówi Krzysztof Grajewski.

Zamiast wymarzonej pracy na uczelni, Jan Grajewski otrzymał nakaz pracy w prokuraturze. Dla ambitnego młodego człowieka było to trudne doświadczenie. Ze środowiska poznańskiego, w którym prym wiedli przedwojenni profesorowie przechowujący etos II RP, musiał przenieść się do prowincjonalnego Sztumu. Jego pierwszy przełożony z tamtejszej prokuratury był z zawodu rzeźnikiem, który prawem zajmował się z polecenia partyjnego, po ukończeniu kursów przyspieszonego szkolenia prawniczego, tzw. akademii jelitkowskiej.

– Wielokrotnie wspominał, że poziom wielu pracowników ówczesnej prokuratury był opłakany. Po prostu nie miał z kim rozmawiać – mówi Sławomir Steinborn, uczeń Grajewskiego, dziś profesor UG i członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego.

Przez blisko dwie dekady Grajewski pracował w prokuraturach w Sztumie, Gdańsku i Gdyni. W latach siedemdziesiątych XX w. został wizytatorem i kierownikiem szkolenia aplikantów w Prokuraturze Wojewódzkiej w Gdańsku. Było to najwyższe stanowisko, jakie mógł w owym czasie osiągnąć prokurator nienależący do PZPR. Grajewski nie godził się na polityczne kompromisy, nie było też mowy o tym, by prowadził śledztwa na polityczne zamówienie. Dlatego też w prokuraturze czuł się coraz gorzej. Chciał jeszcze raz spróbować kariery akademickiej.

Doktorat przygotowany i obroniony przez Grajewskiego w pierwszej połowie lat 70. pomógł mu wyrwać się z prokuratury. Sprzyjało temu powstanie nowego ośrodka akademickiego – Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie Katedrę Prawa i Postępowania Karnego tworzył wybitny teoretyk prawa karnego prof. Marian Cieślak. W 1975 r. Grajewski został pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego. To, co nie udało się w latach 50., stało się możliwe 20 lat później, w nieco bardziej „liberalnych” czasach. Medal miał jednak dwie strony.

– Pensja na uniwersytecie była znacznie niższa niż w prokuraturze, co odczuła cała rodzina – wspomina Krzysztof Grajewski.

Profesor

Od połowy lat siedemdziesiątych na ponad trzy dekady Jan Grajewski stał się ważną postacią gdańskiego środowiska prawniczego. Na uniwersytecie czuł się znacznie lepiej niż w prokuraturze. Już w 1983 roku obronił habilitację, co otworzyło mu drogę nie tylko do kształcenia własnych uczniów, ale także umożliwiło mu odegranie pewnej politycznej roli w historii gdańskiego WPiA.

Jeszcze w 1980 r. Jan Grajewski został członkiem „Solidarności”. Na UG skupiała się ona wokół Lecha Kaczyńskiego, ówczesnego doktora, specjalisty od prawa pracy, a jednocześnie doradcy Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej. Stan wojenny był dla tego środowiska szczególnie trudnym przeżyciem – przez pewien czas WPiA UG był zawieszony i groziła mu likwidacja. W takiej atmosferze, w 1984 r., odbywały się wybory dziekana, jeszcze według przepisów ustawy zaprojektowanej przez „Solidarność”. Grajewski stanął do wyborów i je wygrał.

– Był naturalnym kandydatem grupy młodych, opozycyjnie nastawionych pracowników naukowych. Nie szedł na zgniłe kompromisy, miał nasze zaufanie – wspomina dr Stanisław Cora, pracownik WPiA UG.

Mandat dziekana Grajewski sprawował aż do 1990 r. Do jego największych zasług należało prowadzenie dialogu z radykalnie usposobionymi studentami w gorących latach 1988-1989 oraz konsekwentna poprawa bardzo trudnej sytuacji organizacyjnej wydziału.

Grajewski nie afiszował się swoją współpracą z opozycją, ale miała ona dla niego duże znaczenie moralne. Krótko po wprowadzeniu stanu wojennego, wraz ze Stanisławem Corą, opublikował w gdańskiej prasie podziemnej poradnik o prawach osoby zatrzymanej przez milicję czy służbę bezpieczeństwa. Tego rodzaju broszury pomogły wielu kontestatorom komunistycznej Polski. Aktywność opozycyjna Grajewskiego nie pozostała bez reakcji władz, które w latach 80. kilkakrotnie przeprowadzały przeszukania w jego mieszkaniu.

– Już po przełomie 1989 r. zdarzyło mu się spotkać oficera UOP, który wcześniej, jako funkcjonariusz SB, robił przeszukanie. To musiało być dla niego gorzkie przeżycie – mówi Sławomir Steinborn.

Po upadku komunizmu Jan Grajewski mógł na uniwersytecie więcej czasu poświęcić kształceniu młodych prawników. Przyciągał do siebie studentów, miał opinię nie tylko rzetelnego, ale też sprawiedliwego profesora. Prowadzone przez niego seminaria z postępowania karnego cieszyły się ogromną popularnością.

– Gdy w 1997 r. sam ustawiłem się w kolejce zapisów do Grajewskiego, pomógł mi łut szczęścia. Moim przyjaciołom, którzy byli w kolejce dwa czy trzy miejsca za mną, już się nie udało – śmieje się Steinborn. Gdy któregoś roku na seminarium zapisało się dwanaście studentek, Grajewski zdecydował się wprowadzić swoisty parytet i każdorazowo przyjmować sześć kobiet i sześciu mężczyzn.

Tym, co odróżniało Grajewskiego od innych prawników uniwersyteckich, była wielka waga, jaką przykładał do praktyki stosowania prawa. Wychodził z założenia, że nauka nie istnieje sama dla siebie, ale ma sens tylko wtedy, gdy służy praktyce. Doświadczali tego asystenci Grajewskiego – obligatoryjnym wymogiem było dla nich ukończenie jednej z aplikacji prawniczych.

Z zamiłowania do praktyki wypływały też inne konsekwencje. Już po obronie habilitacji Profesor zaczął snuć plany napisania komentarza do ówcześnie obowiązującego kodeksu postępowania karnego z 1969 r. W latach 80. wielokrotnie namawiał do tego projektu Mariana Cieślaka, twórcę gdańskiego WPiA, ale ten – skupiony na zagadnieniach teoretycznych – nie był zainteresowany. Pierwszy podręczny komentarz do k.p.k., autorstwa Jana Grajewskiego i Edwarda Skrętowicza, ukazał się w 1991 r., już po zmianach ustrojowych. Tym samym przełamany został swoisty monopol w doktrynie, narzucony przez sędziów dawnej Izby Karnej SN i autorów PRL-owskiego komentarza – Mariana Mazura i Jerzego Bafii.

Podręczny komentarz Grajewskiego i Skrętowicza nie tylko rozrastał się wraz z kolejnymi jego wydaniami, ale też zyskał dużą popularność. Dlatego też, gdy w 1997 r. uchwalony został nowy k.p.k., Grajewski podjął pracę nad nowym komentarzem, tym razem we współpracy z dzisiejszym prezesem Izby Karnej SN, prof. Lechem Paprzyckim. Ta kilkakrotnie aktualizowana publikacja do dziś cieszy się uznaniem i jest chętnie powoływana w wyrokach sądów powszechnych.

Sędzia

Gdy po upadku komunizmu z wymiaru sprawiedliwości odchodzili prawnicy najbardziej dyspozycyjni wobec władz, Jan Grajewski otrzymał nieoficjalną propozycję powrotu do prokuratury. Zaproponowano mu objęcie funkcji Prokuratora Wojewódzkiego w Gdańsku, co potwierdzało jego prestiż i uznanie, jakim cieszył się w środowisku prawniczym. Grajewski wybrał jednak Sąd Najwyższy. W połowie 1990 r. powołana została niemal zupełnie nowa Izba Karna SN, w której składzie znaleźli się najznamienitsi akademicy. Do dziś często powtarza się, że Izba Karna SN składała się z wybitnych teoretyków prawa. Jeżeli jest w tym ziarno prawdy, to wypada stwierdzić, że prof. Grajewski był w tym gronie najbardziej przekonanym praktykiem.

Chyba najgłośniejszą sprawą w SN, jaka wiąże się z nazwiskiem Jana Grajewskiego, okazał się wyrok ze stycznia 1995 r. w sprawie ochrony tajemnicy dziennikarskiej. W stanie faktycznym tej sprawy redaktor naczelny lubelskiego dodatku do „Gazety Wyborczej” odmówił ujawnienia tajemnicy dziennikarskiej, chociaż na podstawie art. 163 k.p.k. z 1969 r. sąd zwolnił go z obowiązku jej zachowania. Na tym tle powstała wątpliwość, czy dziennikarz może odmówić ujawnienia tajemnicy dziennikarskiej, powołując się na art. 15 Prawa prasowego, pomimo istnienia normy prawnej art. 163 k.p.k. z 1969 r.

Grajewski jako sędzia sprawozdawca w tym procesie stanął przed trudnym zadaniem. W publikacjach prasowych wskazywano, że zezwolenie na tak daleko idącą ingerencję w tajemnicę prasową może stanowić zbyt daleko idące naruszenie zasady wolności prasy. Pomimo to, w orzeczeniu SN I KZP 15/94 Grajewski konsekwentnie dowodził, że na podstawie istniejącego stanu prawnego uchylenie tajemnicy dziennikarskiej jest możliwe, z uwagi na to, że art. 163 k.p.k. z 1969 r. stanowił lex specialis wobec art. 15 Prawa prasowego.

– Dziennikarze mieli wówczas za złe Sądowi Najwyższemu, że podjął takie rozstrzygnięcie, jednak ta decyzja była bezwzględnie słuszna. Grajewski wykazał się wówczas nie tylko prawniczą precyzją, ale również odwagą – mówi Lech Paprzycki, prezes Izby Karnej SN. Ten głośny wyrok SN przyczynił się w kolejnych latach do zmian w ustawodawstwie i zagwarantowania wyraźnie lepszej ochrony tajemnicy zawodowej w k.p.k. z 1997 r.

Z Sądu Najwyższego Grajewski odszedł w 2000 r., z powodów zdrowotnych. W 2003 r. był ekspertem sejmowej komisji śledczej dla wyjaśnienia tzw. „afery Rywina”. Z funkcji tej zrezygnował po kilku miesiącach, po liście prof. Lecha Gardockiego, ówczesnego Pierwszego Prezesa SN, w którym wskazywał on, że udział sędziego w charakterze eksperta (…) może zaszkodzić dobremu wizerunkowi Sądu Najwyższego. Co na to Grajewski?

– Początkowo nikt nie wiedział, jak będzie funkcjonować komisja. Niestety, jej prace szybko zamieniły się w polityczny spektakl. Stanowisko prezesa Gardockiego Grajewski przywitał z ulgą, bo rola, w jakiej występował, coraz bardziej mu nie odpowiadała – mówi Sławomir Steinborn. Grajewski wrócił na Uniwersytet Gdański, gdzie do ostatnich swoich dni prowadził pracę dydaktyczną.

Profesor Jan Grajewski odszedł 22 maja 2009 r. Pięć lat później jego imię nadano sali rozpraw na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie studenci uczą się praktycznego zastosowania prawa. Tam też znajduje się jego portret. Dla dzisiejszych prawników Profesor pozostaje wzorem uporu w dążeniu do celu, sędziowskiej odwagi i umiejętnego łączenia prawniczej teorii z praktyką.