Niespoczynek

Tagi:

48_Bożałkińska Urszula_optKoleżanki i koledzy w stanie spoczynku piszą wiersze, malują, a są z pewnością i tacy, którzy mają ciekawe pomysły na to, jak podzielić się swoją wiedzą, jak coś mądrego i ciekawego powiedzieć młodym. Może trzeba dać im szansę, żeby pokazali się światu? – zastanawia się sędzia.

W stan spoczynku przeszłam 23 września 2014 r. Odchodziłam z sądu bez żalu, trzeba zrobić miejsce młodym, zanim ktoś powie: Pani już dziękujemy. Muszę przyznać, żegnano mnie bardzo uroczyście. Były kwiaty, sympatyczne przemówienie Pani Prezes, podziękowanie od Ministra Sprawiedliwości na piśmie, obecność wszystkich przewodniczących wydziałów i rzeźba Temidy z węgla, jak przystało na Śląsk. A potem kawa, ciastko, wspominki. Rewanż z mojej strony był skromny. Na okolicznościowej kartce napisałam: Dziękuję wszystkim moim kolejnym szefom za to, że dzięki nim sędzia mógł zawsze czuć się sędzią. To było szczere wyznanie. Dzisiaj wszystkim moim następcom, którzy kiedyś znajdą się „w stanie spoczynku” życzę, by mogli tak powiedzieć. Napisałam też fraszkę na stan spoczynku o treści: Nareszcie widzę, że świat nie ma postaci akt. To też, na dzień napisania tej fraszki, była prawda.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiłam na sędziowskiej emeryturze, było wykupienie dostępu do systemu informacji prawnej. Może zdążę przed sklerozą jeszcze coś napisać, może koledzy zwrócą się z jakimś problemem, może jeszcze będzie trzeba pomyśleć? Trudno, bardzo kocham mojego wnusia Filipka, ale może on liczyć tylko na rozsądny czasookres opieki. Po cichu mówię do siebie, że babci się jeszcze coś od prawa należy.

Sędzia z małej litery

Skończyłam 65 lat. A przecież jeszcze całkiem niedawno, oczywiście w moim pojęciu czasu minionego, mój syn, uczeń trzeciej klasy szkoły podstawowej, w wypracowaniu z okazji Święta Matki napisał: Moja mama jest dość stara, ale na oko jeszcze ujdzie. Ciągle się odchudza, ale nie chudnie. Jest sędzią, ale nikt się jej nie boi, bo nie zamyka. Tyle było o mamie, przy czym wyraz „sędzia” napisany był małymi literami, ot, na pół linijki. Za to dwie linijki dalej moje dziecko napisało: Mój tata jest dyrektorem. Słowo „dyrektor” było przy tym napisane z dużej litery, rozciągnięte na całą linijkę.

I tak właściwie, „małymi literami” pisało się słowo „sędzia” przez całe moje zawodowe życie. Nie było też w zwyczaju chwalić sędziego. Przy odmowie przyjęcia skargi kasacyjnej do rozpoznania nikt przecież nie napisze, że sędzia napracował się, myślał, starał. Za to gdy Sąd Najwyższy uchyla wyrok, co za każdym razem przeżywałam, to już są same zarzuty. Kto powie coś dobrego o pracy sędziego? Przecież nie strony… Raczej wniosą prywatny pozew przeciwko sędziemu, upublicznią bez jego zgody wizerunek sali rozpraw, a przy okazji wizerunek sędziów – oczywiście niesprawiedliwych, oczywiście „komuchów”.

Minęło 40 lat, a ja ciągle pamiętam te moje pierwsze piętnaście lat – w PRL, w którym aż do 1990 r. orzekałam w Sądzie Powiatowym. Nie był to czas „życzliwy” dla sądownictwa. Nasze wynagrodzenia należały do najniższych w kraju. Z tego okresu zapamiętałam pytanie jednego z adwokatów: Czy pani sędzia idzie na Bal Prawników? Kiedy zaprzeczyłam, Pan mecenas uraczył mnie słowami: Pewnie nie stać panią na nową sukienkę. To też była prawda.

48_cmyk_optRegularnie brałam pożyczki z Pracowniczej Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej i odkładałam je na przedmiot moich marzeń – kożuch. W miarę upływu czasu kożuchy drożały tak, że uzbierane środki mogłam przeznaczać na „chwilówki” dla koleżanek. Mówiły do mnie: Pożycz kawałek kołnierza albo rękawa. Przy najbliższej wypłacie oddawały dług tak, że przez dość długi okres mogłam robić za koło ratunkowe. W końcu pożyczka na remont mieszkania pozwoliła mi na zakup kożucha i czapki. Kiedy pełna szczęścia mierzyłam nowy nabytek w domu, mąż sprowadził mnie na ziemię. Powiedział zupełnie poważnie: I gdzie ty w tym pójdziesz, bo przecież nie do sądu? Ludzie zaraz powiedzą, że wzięłaś łapówkę. Miał rację. Tylko kilka razy, w największe mrozy, poszłam do pracy w kożuchu, bo już czapka nie dostąpiła tego zaszczytu.

Takie z nas były wtedy „dziady finansowe”. Moje „roczniki” z aplikacji tylko w nielicznych przypadkach zostały w sądzie. Po trzech latach od uzyskania nominacji ludzie uciekali do adwokatury, na radcostwo, do notariatu. Dopiero minister Bentkowski, sam adwokat, „potraktował” nas po adwokacku i w 1990 r. podniósł znacząco sędziowskie pensje. Stać mnie było na 23 dni objazdówki po Włoszech. Pojechałam z koleżanką, miałyśmy dwuosobowy namiot bez tropiku, składany stoliczek, dwa dmuchane materace i pojemnik masarski z napisem GS Goleszów wypełniony po brzegi słoikami z jedzeniem, ryżem i makaronem.

Sucharki z topionym serkiem jedzone gdzieś w cieniu murów watykańskich i popijane wodą z sokiem z olbrzymiej butli były twarde jak podeszwa. Moja i mojej koleżanki walka z nimi zainteresowała jakiegoś mocno starszego Włocha. Prawie zmusił nas, oczywiście przy pomocy głównie języka migowego, do pójścia z nim na kawę. Przy tej kawie zastała nas grupa polskich turystów i jedna panienka rozbrajająco rzuciła, że k…y to mają dobrze, a biedni turyści nie mogą znaleźć wyjścia z Watykanu. Nie wierzyłam własnym uszom i odpowiedziałam, że polskich sędziów stać jeszcze na kawę w Watykanie. Pokazałam liry i zmusiłam Agnieszkę, by pokazała swoje. Zrobiło się nieprzyjemnie, bo dość zdecydowanie wyjaśniłam też tej grupce, gdzie jest wyjście z Watykanu. Dla tych młodych ludzi słowa „polski sędzia” chyba coś wtedy jeszcze znaczyły. Przepraszali, ściskali rękę zdumionemu Włochowi i machali na pożegnanie.

My i reszta świata

Tak, zawsze ciężko było nam zdobywać zaufanie społeczne. Moi sąsiedzi na osiedlu byli zdziwieni, że tak samo jak oni mam meble kuchenne marki Skoczów (w całym bloku różniły się tylko kolorami). Nauczycielka przyznała mi na wywiadówce, że mój syn pierwszoklasista powiedział jej, że powinna się rozliczyć z pieniędzy po wycieczce. Kiedy zdenerwowana wyrzuciła mu: Powiedz matce, że pani nie kradnie, usłyszała, że kwestia interesuje jego, a nie matkę. Słuchałam potulnie, jak Pan Dyrektor wyrzucał mi „sędziowskie chowanie”, kiedy mój syn tłumaczył koledze, z którym wcześniej się pobił, że zmuszając go do podpisania zobowiązania o byciu grzecznym pod rygorem usunięcia ze szkoły szkoła działa bez podstawy prawnej. Już jako maluch stawał przy moim biurku i powtarzał, że nie lubi „usadnień”. Dzieci sędziów w ówczesnych latach nie chciały być sędziami. Szły na architekturę, Politechnikę, sędzia nie był modny. Nie lubiły akt, które w domu czytaliśmy, pisania uzasadnień i czasu poświęcanego innym.

W wydziale rodzinnym, w którym wówczas orzekałam, prawa było może niewiele, ale ile było naszej dobrej woli, kiedy wszyscy, a zwłaszcza kuratorzy, zdobywali pieniądze na obiady dla dzieci z najbiedniejszych albo patologicznych rodzin, umieszczali te dzieci na koloniach, hufcach, chodzili z nimi kupować kurtki czy buty. Byłam na kontroli na takim obozie, widziałam chłopca, który spał ze skórzaną piłką i całe kieszonkowe przeznaczył na pastę do tej piłki. Przyznaję, zapytałam wychowawcę, czy piłka, tak na koniec obozu, nie mogłaby zginąć. Uśmiechnął się tylko i dodał, że w pierwszej kolejności musi zdobyć środki na tenisówki dla tego chłopca.

W obecności połowy wsi uczestniczyłam w wizjach lokalnych, liczyłam ścięte drzewo w lesie brodząc w półbutach w śniegu po kolana, no bo jak inaczej rozliczyć dwóch skłóconych ze sobą braci? Wydaje mi się, że ludzie mieli wtedy większy szacunek dla sądu. Przekonałam się o tym osobiście, gdy „po znajomości” wynosiłam z kiosku na targu trzy pary rajstop (dla siebie i koleżanek). Wypadły mi te rajstopy na ziemię przed tłumem czekających na otwarcie kiosku. Luksus – trzy pary rajstop w burym, tekturowym opakowaniu zastępczym. Kobiety patrzyły na mnie wrogo, nie wiedziałam, co robić. Rozpłakałam się, a wtedy sprzedawczyni wyszła z kiosku i stanowczym tonem powiedziała: Ta pani jest sędzią i musi sądzić, więc nie ma czasu stać w kolejce po głupie rajstopy. Kolejka czekających straciła zupełnie zainteresowanie moją osobą.

Jako wiceprezes sądu powiatowego odpowiadający za pion cywilny musiałam też stawiać czoła skargom stron kierowanych do Komitetu PZPR i telefonom z tegoż Komitetu. Towarzysz (towarzyszka) nadawali do słuchawki, rzecz jasna, w obecności strony, na sąd, na sędziego, a ja spokojnie pytałam, czy towarzysz (towarzyszka) zna akta. Przeczekiwałam wybuch złości i zapraszałam stronę do siebie, do gabinetu, obiecując towarzyszowi (towarzyszce), że zapoznam się do tego czasu z aktami danej sprawy, co też czyniłam. Oj, chyba mnie nie lubili.

Takim było to sądzenie w PRL-u. Martwi mnie niski poziom świadomości prawnej dzisiaj, gdy liczy się sensacja, gdy w programach społecznych w TV słucha się tylko jednej strony i jej racje się uwzględnia. Głos sędziego, a raczej głos rzecznika prasowego sądu, w tej dyskusji zanika. Za to Pan europoseł, podpisany „były sędzia”, zapewnia na antenie TV stronę, że gdy ta stawi się u niego, on pomoże i wszystko będzie można odwrócić. Zapomina o jednym. Gdy mój syn miał sześć lat, grupa kolegów z osiedla przyszła na skargę. Miał dać jakiemuś chłopcu „normalnie w mordę” i dzieci oczekiwały na moją reakcję. Przyznaję, w ich obecności dokonałam wymiaru sprawiedliwości w postaci klapsa na pupę mojego syna. Dzieci odeszły zadowolone, a moje dziecko długo jeszcze popłakiwało ze słowami: A podobno w sądzie się mówi, żeby wysłuchać i drugą stronę.

I tego mi najbardziej dzisiaj brakuje. Że mówimy o sprawiedliwości z góry upatrzonej pozycji.

Wyzwania na czas spoczynku

Czy da się coś z tym zrobić? Z niskim stanem świadomości prawnej, przepaścią pomiędzy sędziami i społeczeństwem, małym szacunkiem, jakim cieszy się sąd? Mam nadzieję, że tak.

Patrzę na moich starszych kolegów. Mimo że w stanie spoczynku, to dalej działają aktywnie. Pomagają, z pełnym oddaniem, przy odpowiedziach na skargi stron. Koleżanka z Sądu Okręgowego poświęca godziny na mediacje w sprawach rozwodowych. Za 60 zł plus koszty zawiadomień nawet po kilka razy, przy jednym zleceniu mediacji, spotyka się ze stronami. Wiem jedno – może nie będzie cofnięcia pozwu o rozwód, ale za to wiele dzieci mimo rozwodu rodziców mieć będzie dalej tatę i mamę, nie będzie odczuwać w swym późniejszym życiu braku jednego z nich i, co najważniejsze, rozwodzący nauczą się ze sobą rozmawiać. To ważne, to bardzo ważne. Może warto rozszerzyć te i podobne formy aktywności, może warto wykorzystywać ogromną wiedzę tych, którzy odeszli z zawodu. Choćby „wskazać” dobrych sędziów orzekających przez lata w sprawach gospodarczych – jako arbitrów dla sądów polubownych, jako osoby opiniujące poselskie projekty ustaw lub piszące opinie prawne?

Na początku listopada 2014 r. byłam na XXII Warsztatach Artystycznych Prawników w Rusinowie. Muszę przyznać, było to dla mnie wielkie przeżycie. Zaryzykowałam i odczytałam swoje fraszki o warzywach oraz epitafia prawnicze. I poznałam tylu ciekawych ludzi, również tych w stanie spoczynku. Piszą, komponują, robią cudowne zdjęcia i jeszcze lepsze nalewki. Tak, są złaknieni aktywnego życia.

Może trzeba dać szansę koleżankom i kolegom w stanie spoczynku, żeby pokazali się światu, nawet małemu, prawniczemu? Może trzeba ich zachęcić do szerszej inicjatywy? Może właśnie na łamach bądź przy współudziale Kwartalnika? Może jednak jeszcze coś wspólnie wymyślimy i to „ku chwale Ojczyzny”! A gdyby taki przetarg nieograniczony na pomysły? To byłby jeden z nielicznych przetargów, którego nikt nie unieważni, a przyniesie tylko korzyść – oddamy głos tym, co odeszli, ale mają jeszcze coś do powiedzenia, do przekazania. Może nawet, tak po cichu, na to czekają. Biorę to na siebie.

Moi drodzy nie-celebryci! Może nam jeszcze nie pora – w kapciach i przy telewizorze. I co z tego, że czasem coś nie wyjdzie, pomysł nie trafi. Nikt nie jest doskonały… A Pan redaktor naczelny może zrozumie, że nam się tak po prostu jeszcze chce. Może nawet coś wymyśli, gdy jakaś „inicjatywa oddolna” okaże się nietrafiona. Gdy pozostali emeryci liczą na waloryzację, my liczymy na życzliwość i zrozumienie.

I to byłoby na początek.