
Warunki pracy sędziego to również jego fotel – wielki, zdobny i niewygodny. Ma przydawać sądowi majestatycznej powagi. I przydaje. Jednakże siedzisko jest też zwykłym narzędziem pracy, dlatego powinno być funkcjonalne, jak każdy inny sprzęt. Ale nie jest.Prawdę mówiąc, nie zastanawiam się nad tym, czy fotel jest wygodny. Podczas rozprawy człowiek jest maksymalnie skupiony, szczególnie wtedy, kiedy trzeba obserwować świadków, żeby ocenić ich wiarygodność. O niczym innym się nie myśli. Ale po pracy, gdy emocje opadają, kręgosłup faktycznie doskwiera. W moim przypadku pewnie też dlatego, że jestem niewielkiej postury, więc siadam na brzegu i nie opieram się – zwierza się pani sędzia, która woli pozostać anonimowa, bo uważa, że wypowiadanie się o udrękach siedzenia nie licuje z godnością sprawowanej funkcji. Trudno znaleźć rozsądne powody przemilczania akurat tego aspektu warunków pracy. Odnotujmy jednak takie podejście jako dość typowe, a przy tym nieuzasadnione. Skoro wypada skarżyć się na tomy akt, które trzeba układać na podłodze, na zawieszające się komputery, na płace, to dlaczego nie na fotele? Bagatelizowanie „kwestii fotela” ma znamienne konsekwencje. Brak wyraźnych sygnałów o nieergonomicznym wyposażeniu sal sądowych oznacza akceptację dla powielanych przez dziesięciolecia wzorów umeblowania, dla schorzeń kręgosłupa, dla obniżenia efektów pracy.