Sprawiedliwie o wyborach

55. Krzysztof Sobczak copy2Aparat wyborczy w Polsce nigdy w ostatnim ćwierćwieczu nie skompromitował się w sposób zasadniczy. A czyja to zasługa? Ano sędziów zasiadających w komisjach wyborczych. Bo przecież nie polityków.

Ubiegły rok był, a część obecnego jeszcze będzie, okazją do świętowania kolejnych okrągłych rocznic związanych z odzyskaniem przez Polskę suwerenności i demokracji. Paradoksalnie, fety te nie dotyczą grupy szczególnie zasłużonej w tej dziedzinie, czyli sędziów zaangażowanych przez ostatnie ćwierćwiecze w organizację wolnych, powszechnych wyborów. Wręcz przeciwnie.

Wkrótce po obchodach rocznicy 25-lecia Okrągłego Stołu, wyborów z 1989 r., powołania rządu Mazowieckiego, uchwalenia planu Balcerowicza, formalnej likwidacji PRL i paru jeszcze pomniejszych zdarzeń, a przed podobną rocznicą pierwszych w pełni demokratycznych wyborów prezydenta i parlamentu, byliśmy świadkami bezprecedensowych ataków na sędziów z Państwowej Komisji Wyborczej. Nieuprawnionych i niesprawiedliwych, bo czymże były te stosunkowo niewielkie opóźnienia w obliczeniu głosów i trochę większa niż zwykle liczba protestów wyborczych wobec faktu, że demokratyczne wybory do władz wszelkich szczebli są jednym z największych osiągnięć Polski w minionym ćwierćwieczu?

Kurz polityczno-medialnej wrzawy nieco opadł, warto więc sobie uświadomić, że przez te dwadzieścia pięć lat nie było poważnych zarzutów do pracy komisji wyborczych ani do prawomocności wyborów. Wygrywała raz lewica, raz prawica, niekiedy dobre wyniki osiągały różne dziwne partie, które nie potrafiły przetrwać do końca kadencji. Jeśli nawet tu i ówdzie jakaś skarga na wynik głosowania okazywała się zasadna, to nigdy przecież nie zakwestionowano wyniku całych wyborów. Nie usłyszeliśmy ani razu poważnego zarzutu, że wygrać powinien ktoś inny, bo wyniki sfałszowano. Nie słyszeliśmy, a zatem żadne takie nieprawidłowości nie miały miejsca. Bo gdyby się zdarzyły, to już politycy zrobiliby z tego hecę. Przynajmniej taką, jak z awarią sprzętu informatycznego zakupionego do liczenia głosów w wyborach samorządowych z listopada 2014 r.

Państwowa Komisja Wyborcza, podobnie jak komisje niższego szczebla i cały aparat wyborczy, nigdy w ostatnim ćwierćwieczu nie skompromitowały się w sposób zasadniczy, to znaczy w odniesieniu do istoty sprawy, za którą odpowiadają. Czy można to powiedzieć o innych instytucjach naszej demokracji? O parlamencie, prezydentach, rządach, partiach politycznych? A czyja to zasługa? Ano sędziów zasiadających w komisjach wyborczych, bo przecież nie polityków… Nie trzeba za bardzo wysilać wyobraźni, by uzmysłowić sobie, czym stałyby się komisje wyborcze, gdyby zasiadali w nich politycy.

Zbawienna była myśl, by to właśnie sędziom powierzyć nadzór nad organizacją wyborów oraz ustalaniem ich wyników. Wybory z 4 czerwca 1989 r. nadzorowane były jeszcze przez komisje tworzone według klucza partyjnego. Ale, jak wspomina prof. Andrzej Zoll w wydanej nie tak dawno książce „Państwo prawa jeszcze w budowie” (współautorem tej publikacji jest autor tego felietonu – przyp. red.), przeprowadzone w listopadzie 1990 r. wybory prezydenckie nadzorowała Państwowa Komisja Wyborcza, w której skład weszło po pięciu sędziów delegowanych z Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego. Profesor Zoll jako sędzia TK został jej pierwszym przewodniczącym. Potem liczebność PKW została zredukowana do 9 członków, ale praktyką i prawem stało się, że składa się ona z sędziów.

– Ten nadzór sędziowski nad przebiegiem wyborów, który w Polsce przyjęliśmy zarówno na poziomie Państwowej Komisji Wyborczej jak i na poziomie komisji okręgowych, to jest zupełnie unikalne rozwiązanie. Nie stosuje się tego na świecie, nam nawet stawiano zarzut, że włączamy sędziów do zadań politycznych. Ale to nieprawda, to nie są żadne polityczne zadania, ci sędziowie nie podejmują żadnych politycznych decyzji. Mają tylko pilnować, żeby prawo było przestrzegane i żeby nie było w tym polityki. I to się doskonale sprawdziło – stwierdza Andrzej Zoll. I dodaje, że ten system wyborczy zdał egzamin. – I ja uważam, że powinniśmy być bardzo czujni na to, gdy komuś wpadnie do głowy, a takie głosy były, żeby wrócić do partyjnego systemu tworzenia komisji wyborczych. Niech nas ręka boska przed tym broni – przestrzega.

Swoją opinię pierwszy w wolnej Polsce przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej wygłosił już jakiś czas temu, ale całkiem niedawno idea politycznych komisji wyborczych powróciła. Właśnie przy okazji krytyki i wyzywania zasłużonych sędziów od „leśnych dziadków”, gdy prawdziwym „winnym” opóźnień w liczeniu głosów był zbyt tanio kupiony system informatyczny. Bo mimo wielu zapewnień i zmian w prawie, w zamówieniach publicznych wciąż rządzi najniższa cena.
Na szczęście skierowany niedawno do Sejmu prezydencki projekt nowelizacji kodeksu wyborczego zakłada utrzymanie zasady, że w komisjach wyborczych, aż do szczebla rejonowego, zasiadają sędziowie. Wypada mieć nadzieję, że w trakcie prac parlamentarnych politycy nie zdecydują się na podważenie tej zasady.
To prawda, że „sędziowskie” komisje wyborcze nie są na świecie normą, raczej ten polski przypadek jest wyjątkiem, ale lepiej z niego nie rezygnować. Może gdzieś tam politycy potrafią wznieść się ponad bieżące emocje i interesy partyjne, w Polsce jednak więcej zaufania mamy do sędziów.