Jak w filmie

Tagi: ,
Sławomir Różycki

Fot. Krzysztof Wojciewski

Produkcje telewizyjne kształtują prawną świadomość Polaków. Produkcje rzecz jasna amerykańskie.

1.Parę lat temu prowadziłem sprawę pracowniczą o odprawę i odszkodowanie. Prostą, ale jakże prestiżową, bo skierowaną przeciwko najbogatszej wówczas gminie w Polsce. Powództwo wytoczył wysoki rangą urzędnik zwolniony z pracy akurat po wyborach samorządowych. Na sali zawsze obecny i zatroskany o wynik sprawy wójt (nota bene na innych procesach zawsze obłożnie chory lub na zagranicznych wyjazdach służbowych), w charakterze publiczności – pomniejsi urzędnicy, przyjaciele stron, wyborcy. Strony reprezentowane przez tzw. profesjonalistów.

Przesłuchujemy świadków, strona powoda zadaje pierwsze niewygodne pytanie. I wtedy pełnomocnik gminy zrywa się na równe nogi z okrzykiem „Sprzeciw, Wysoki Sądzie!”. Z kodeksem postępowania cywilnego w uniesionej wysoko dłoni i udawanym oburzeniem na twarzy. Pozostali uczestnicy postępowania rzucają drwiące spojrzenia. Do protokołu dyktuję, że pełnomocnik strony pozwanej wnosi o uchylenie pytania, a świadka proszę, by na nie odpowiedział.

Kolejne niewygodne pytanie i kolejny „sprzeciw!”. Westchnienia zachwytu ze strony publiczności i znacznie odważniejsze, drwiące uśmiechy na twarzach pozostałych prawników. I znów zapis w protokole, że pełnomocnik wnosi o uchylenie pytania.

Po trzecim „Sprzeciw, Wysoki Sądzie!” już nie wytrzymuję. – A może tak, Panie Mecenasie, objection!? – pytam. – Ależ, nie. Jesteśmy w polskim sądzie i obowiązują tu polskie standardy – odpiera mecenas.

2. Jeszcze jedna historyjka. Też sprawa pracownicza, o wynagrodzenie za godziny nadliczbowe z okresu trzech lat. Zeznaje świadek, kasjer, który ma potwierdzić zarzut strony pozwanej, że powód często przychodził do pracy spóźniony. Zeznaje wyjątkowo monotonnie. Nagle z miejsca zrywa się powód, wyciąga zza pazuchy woreczek foliowy z jakimiś zdjęciami, chwyta go w dwa palce i dumny jak paw przechadza się pomiędzy barierką dla świadków a stołem sędziowskim powtarzając głośno: „To jest dowód! To jest dowód!”. Następnie teatralnym gestem rzuca „dowód” na ławę dla pozwanych. Zaskoczony radca prawny przekazuje woreczek Sądowi. W środku są dwa zdjęcia pustego boksu kasowego. Na jednym zdjęciu wiszący na ścianie zegar wskazuje godzinę 8:45, na drugim 9:15.

– To ma być dowód? Na jaką okoliczność? – pytam.

– To jest zdjęcie świadka, na którym nie ma świadka na okoliczność, że świadka tam nie ma – odpowiada powód. – Proszę spojrzeć na godzinę na zegarze: skoro świadka nie było o 8:45 i 9:15 to skąd może wiedzieć, że przychodziłem po czasie.

– Ma Pan takie zdjęcia z trzech lat? – pytam.

– Nie, ale w telewizji widziałem, że dwa zdjęcia wystarczyły, żeby zasądzić odszkodowanie.

3. Powyższe przykłady pokazują, jak bardzo na świadomość prawną społeczeństwa wpływa telewizja, radio, prasa. Przekaz medialny oddziałuje nie tylko na zwykłych ludzi, ale i na prawników. W przypadku tych drugich można mówić albo o zwykłej grze „pod klienta”, albo o braku profesjonalizmu. Bo opisany na wstępie adwokat nie popisywał się wcale. Na rozprawach prowadzonych pod nieobecność stron sprzeciwiał się tak samo głośno.

Problem ze zwykłymi obywatelami jest poważniejszy. Mają oni kontakt z sądem tylko przez szklany ekran i na prawdziwej sali sądowej nie wiedzą, jak się zachować. Uważają, że wyciągane z rękawa asy – przedziwne dowody na przedziwne okoliczności – zapewnią im wygraną. Taka niewiedza przekłada się oczywiście na zachowanie stron w toku całej sprawy. Powód czy pozwany „wyedukowany” przez hollywoodzkie sceny będzie raczej grał, niż prowadził spór sądowy. Spektakularne powoływanie dowodów może przerodzić się w równie spektakularne przesłuchanie świadków i wyciąganie nieprawdopodobnych wniosków z ich wypowiedzi. A to z kolei może skutkować odbieraniem stronie głosu i uchylaniem pytań. W efekcie Sąd zostanie posądzony o stronniczość – główną przyczyną przegranej okaże się nasza rzekoma nieprzychylność.

4. To, co wzbudza zainteresowanie podczas oglądania kilkuminutowej sceny w filmie amerykańskim, w realiach polskiego sądu wydaje się śmieszne, a często jest po prostu irytujące. Jak temu zaradzić? Na „profesjonalistów” czerpiących prawniczą wiedzę z amerykańskich seriali nie poradzimy nic, co najwyżej można by tworzyć o nich kolejne seriale, zwłaszcza komediowe. Jeśli chodzi o resztę społeczeństwa, to konieczna jest tu odpowiednia edukacja prawna.

Jak edukować? Dobrym rozwiązaniem byłyby zajęcia tematyczne prowadzone przez praktyków – sędziów, prokuratorów, adwokatów, a także wizyty młodzieży szkolnej w sądach połączone z uczestnictwem w rozprawach. Najlepiej takie, by uczniowie zapoznawali się z całą procedurą (o ile starczyłoby roku szkolnego). Dzięki temu już młody człowiek będzie wiedział, że proces sądowy bywa nudny, uciążliwy, długotrwały i kosztowny. I że mało spraw kończy się w pół godziny.


Autor jest sędzią Sądu Rejonowego w Trzebnicy