Jack Daniels zeznaje

Tagi: ,
Jacek Dubois

Rys. Łukasz Jagielski

Na każdą, nawet najpoważniejszą profesję, warto umieć spojrzeć z dystansem. Wszak umiejętność śmiania się z samego siebie jest jedną z największych zalet.

Musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Jako prawnicy nie jesteśmy najbardziej lubianą grupą zawodową. Gani się nas za wszystko. Sędziów za opieszałość, adwokatów za chciwość, prokuratorów za wrodzony talent do umieszczania w akcie oskarżenia niewinnych osób. Wszyscy wiemy, że gośćmi sal sądowych są ci, którzy znaleźli się tam przez pomyłkę.

– Wysoki Sądzie, jestem niewinny! – oświadcza w trakcie rozprawy oskarżony.
– Wszyscy tak mówią – ripostuje sędzia.
– No widzi pan, panie sędzio! Skoro wszyscy tak mówią, to musi to być prawda.

Krytykowane grupy zawodowe są obiektem dowcipów, ta reguła dotyczy także jurystów. W trakcie sporów sądowych potrafimy nieźle zaleźć przeciwnikom za skórę, dlatego w ramach rewanżu przedstawiani jesteśmy jako ludzie pozbawieni wszelkich zasad. W walce o odszkodowania najlepsze wyniki osiągane są w Ameryce, dlatego tamtejsi prawnicy postrzegani są jako najbardziej bezwzględni. Nieschodzące z list bestsellerów powieści Johna Grishama przyczyniły się do przedstawiania firm prawniczych jako instytucji bezlitośnie niszczących swoje ofiary. Oto próbka humoru o prawnikach zza oceanu. „Czym różni się wypadek, w którym przejechany został skunks, od tego, w którym rozjechano prawnika? Przed ciałem skunksa na asfalcie widać ślady hamowania”.

W Polsce z naszym wizerunkiem chyba nie jest aż tak źle. Od lat przyznawana jest nagroda „Prawnika Pro Bono” i jury ma zawsze problem, kogo wyróżnić z dziesiątek zgłaszanych kandydatów. Większość z nas może patrzeć w lustro z podniesionymi głowami, jednak uparcie przypisuje się nam kolejne przywary, w tym rzekomą zachłanność. E benezer Scrooge, sknera z „Opowieści wigilijnej” Dickensa, przy stereotypowym prawniku okazałby się filantropem. Jak w dowcipie o znanym adwokacie, który ginie w wypadku samochodowym i trafia do bram nieba. Czeka tam na niego odświętnie wystrojona delegacja, św. Piotr mówi: „Witamy najdłużej żyjącego człowieka na ziemi!” Zdziwiony mecenas przerywa: „To jakaś pomyłka. Gdy zginąłem miałem zaledwie 34 lata”. Św. Piotr zagląda do notatek i tłumaczy: „Przejrzeliśmy wszystkie wystawione przez Ciebie rachunki. Z ilości przepracowanych godzin wynika, że żyłeś co najmniej 450 lat”.

Czy istotnie jesteśmy tak chciwi? Nie wydaje mi się. W porównaniu z bankierami prawnicy wyszliby pewnie na dobroczyńców. Powód niezadowolenia naszych klientów wydaje się wynikać z innych przyczyn. Każdy z gości gmachu sprawiedliwości jest przekonany, że racja stoi po jego stronie. Gdy usłyszy wyrok dla siebie korzystny, jego przekonanie zostaje utwierdzone. Sprawiedliwość i tak by zwyciężyła, zatem wszystkie koszty związane z prowadzeniem sprawy były zbyteczne. Gdy zaś spór przegra, twierdzi, że jego prawnik był nieudacznikiem. A zatem wydane pieniądze zostały wyrzucone w błoto.

„Gani się nas za wszystko, jednak w Polsce z wizerunkiem prawników  nie jest chyba aż tak źle”

Za co nas jeszcze piętnują? Funkcjonowaniu prawa poświęcono dużo maksym, polecam książkę Arthura Blocha „Prawnicze Prawa Murphy’ego”. To przezabawny zbiór często uszczypliwych uwag o naszej pracy. Oto pierwsze z brzegu. Podobno „zawód prawnika polega na kwestionowaniu wszystkiego, niewykonywaniu niczego i mówieniu godzinami”. „W mieście, gdzie jeden prawnik by nie wyżył, dwóch będzie prosperować znakomicie”. „Kiedy wybitny prawnik, którego wielbisz i szanujesz, wydaje się pogrążony w głębokiej zadumie, najpewniej rozmyśla o lunchu”. W innej publikacji natknąłem się na porady opisujące, jak rozpoznać moment, w którym należy zmienić adwokata. Otóż zmienić mecenasa należy, „jeśli prokuratorzy widząc, kto cię broni, przybijają sobie piątkę”, albo „gdy Twój obrońca co chwila wykrzykuje: wzywam na świadka Jacka Danielsa i pociąga łyk z piersiówki”.

Źródłem szyderczych obserwacji na nasz temat są też relacje dziennikarzy. Po latach trudno stwierdzić, które z nich są oryginalnym przekazem, a które wytworem humorystów. Oto relacja z bezlitosnego przesłuchania biegłego:

– Panie doktorze, zanim rozpoczął Pan autopsję, badał Pan puls?
– Nie.
– Zmierzył ciśnienie i sprawdził oddech?
– Nie.
– A więc jest możliwe, że pacjent żył jeszcze, kiedy Pan dokonywał autopsji?
– Nie.
– Jak Pan może być tego pewny?
– Ponieważ jego mózg stał w słoju na moim stole.
– Ale czy pomimo to było możliwe, że pacjent był jeszcze przy życiu?
– Tak, było możliwe, że żył jeszcze i praktykował jako adwokat.

Mam nadzieje, że nie obraziliście się Państwo za pokazanie zawodów prawniczych w nieco krzywym zwierciadle. Spotkałem się ze stwierdzeniem, że problemy z żartami o prawnikach polegają na tym, że oni sami nie uważają ich za zabawne, a inni nie uważają ich za dowcipy. Nie mogę wypowiadać się za „innych”, ale jako prawnik nie zgodzę się z tą opinią.

Umiejętność śmiania się z samego siebie to jedna z największych zalet. Na każdą, nawet najpoważniejszą profesję, warto czasem spojrzeć z dystansem. Sale sądowe zawsze słynęły z dowcipnych i ciętych ripost, zaś bufet w sądzie był miejscem, gdzie sędziowie, prokuratorzy i adwokaci opowiadali zasłyszane „perełki” – nawet gdy dotyczyły ich samych. Trzymajmy tak dalej, a prawdziwym majstersztykom erudycji nie pozwalajmy odchodzić w zapomnienie.

Autor jest adwokatem, wspólnikiem w warszawskiej kancelarii. W czasie wolnym felietonista oraz autor powieści dla młodzieży.