Zakon o surowej regule

Pewien brytyjski lord stwierdził, że sędzia w sali rozpraw zostawia tylko togę. Nigdy i nigdzie nie przestaje być sędzią. Powtarzam to moim studentom – mówi

, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku.

— Pani sędzio, większość studentów ma idealistyczne podejście do swojej przyszłej pracy, dlatego zetknięcie z rzeczywistością nierzadko boleśnie je weryfikuje. Czy kiedykolwiek przeżyła Pani rozczarowanie związane z wykonywaniem zawodu sędziego?
— Nie, nic takiego mnie nie spotkało. Oczywiście, zdarzały się trudne momenty, ale one tylko utwierdzały mnie w słuszności decyzji o „byciu sędzią”. W moim przekonaniu sędzia to nie zawód, lecz misja. Rozstrzygamy o najważniejszych ludzkich sprawach, i to w wielu aspektach. Dzieje się tak nie tylko w sprawach karnych, gdzie stawką jest często wolność i dobre imię. Przecież orzeczenie w sprawie rodzinnej czy dotyczącej prawa pracy dla większości ludzi ma znaczenie fundamentalne, decyduje o tym, jak będą dalej żyć.

W stanie wojennym do sądów pracy trafiały sprawy de facto polityczne. W majestacie prawa usuwano z pracy działaczy opozycji. Pamiętam, jak zwróciła się wówczas do mnie z prośbą o „poradę prawną” młodsza koleżanka, też sędzia. Przedstawiłam jej mój punkt widzenia, była zdumiona. „Przecież to jest sprawa polityczna” – stwierdziła. Moja odpowiedź była jednoznaczna – orzeczenie ma być wydane zgodnie z prawem, a nie z uwzględnieniem politycznego tła. Aspekt polityczny w pracy sędziego nie istnieje.

— Świadomość znaczenia dokonanego na studiach wyboru pomaga potem uniknąć rozczarowania?
— Z pewnością tak. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że decyzja o zostaniu sędzią to w pewnym sensie decyzja o wstąpieniu do zakonu. I to takiego o surowej regule. Zapisana w ustawie nieskazitelność charakteru sędziego to zobowiązanie do podporządkowania swojego życia najwyższym i najszerzej pojmowanym zasadom etycznym, które nie są tak bezwzględnie egzekwowane od ludzi uprawiających inne zawody.

— Trudno sprostać takim wymaganiom.
— Ale trzeba. I studenci, i aplikanci, i sędziowie muszą mieć na uwadze, że każdy sędzia jest traktowany jako reprezentant całego wymiaru sprawiedliwości. Ten, który nie sprosta wysokim wymaganiom we wszystkich dziedzinach życia, także prywatnego, naraża dobrą opinię innych sędziów, zaburza w ludziach zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. Od razu rodzi się pytanie – jakim prawem o moich sprawach ma decydować ktoś, kogo nie mogę szanować i poważać?

— Matka-sędzia nie może krzyknąć na swoje dziecko, gdy jest nieznośne?
— Nie popadajmy w przesadę. Jak każda matka musi dziecko wychowywać, czasem skarcić.

— Czy to przypadek, że ma Pani psa jedynej rasy, która nigdy nie jest agresywna – labradora? Bo przecież nie wypada, żeby pies sędziego pogryzł innego psa…
— Miałam psy różnych ras. Nigdy nie były agresywne, ale to ich zasługa, a nie asekuracja z mojej strony. Zdarzyło mi się usłyszeć od właścicielki innego psa, całkowicie obcej osoby, zarzut, że jestem sędzią i nie umiem wychować swojego psa. Nie odezwałam się, choć to jej pies obszczekał mojego…

— Studia prawnicze dają wiele możliwości wyboru. Dlaczego zdecydowała się Pani na zawód sędziego?
— Myślałam o studiowaniu filozofii, ale brat wytłumaczył mi, że w ówczesnych warunkach mogłam studiować co najwyżej „filozofię” marksistowską. Zdecydowałam się więc kontynuować rodzinną tradycję i wybrałam prawo. Zawsze pociągało mnie rozstrzyganie ludzkich problemów. Dopiero po latach przypomniałam sobie, że to rozstrzyganie zaczęło się bardzo wcześnie. W czasie okupacji moja rodzina, aby uniknąć wywózki na wschód, przeniosła się do Warszawy. Ojciec, lwowski adwokat, w czasie wojny polsko-bolszewickiej oficer kawalerii odznaczony Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości z Mieczami i Odznaką Polskie Orlęta, spotkał tu swojego dawnego adiutanta, znanego cukiernika. Cukiernicy warszawscy, podobnie jak inni przedsiębiorcy, nie chcieli korzystać z kontrolowanych przez okupanta sądów, więc zwrócili się do niego z prośbą o rozstrzyganie konfliktów w drodze sądu polubownego. Ojciec zasiadał w naszym mieszkaniu przy stole, wyciągał kodeksy, wysłuchiwał racji i rozstrzygał – namawiał do zgody, wydawał orzeczenia. Kiedy w domu nikogo nie było, ja także wyciągałam ojcowskie kodeksy, sadzałam przy stole moje zabawki oraz żywego, dobrze wychowanego kota i rozstrzygałam ich „spory”.

— Ma Pani zajęcia ze studentami, szkoli sędziów. Czy patrząc na młodych adeptów prawa można przewidzieć, który z nich będzie prawnikiem, a który prawnikiem wybitnym?
— Na tym etapie nie da się tego jednoznacznie rozstrzygnąć. Na pewno jednak łatwiej to ocenić, gdy ma się z młodym człowiekiem osobisty kontakt. Dlatego, wbrew obowiązującej dziś modzie, unikam egzaminów pisemnych, testów. Zdecydowanie przedkładam nad nie egzamin ustny – swoistą rozmowę ze studentem, która pozwala lepiej go poznać, zrozumieć tok myślenia, odkryć talent lub jego brak. Czasami student popełnia błąd, do czego oczywiście ma prawo. Dla mnie bardzo ważne jest, czy i jak z niego wybrnie. Jak potrafi swoje stanowisko uzasadnić lub, co dużo trudniejsze, jak się z niego wycofuje.

— I czy mówi tak, że zwykły człowiek ma szansę go zrozumieć. Polacy nie są narodem dobrze wyedukowanym prawnie – zwykle nie rozumiemy nawet klauzul w umowach kredytowych i podpisujemy je bez czytania…
— Myślę, że to nie tyle wina ludzi, którzy takie umowy podpisują, ile tych, którzy je przygotowują. Ale język, jakim zwracają się do ludzi prawnicy, powoli się zmienia. Nie można odstraszać hermetyczną, niezrozumiałą terminologią. Dotyczy to także sędziów – zgodnie z zaleceniami Rady Konsultacyjnej Sędziów działającej przy Radzie E uropy. Nie powinny się zdarzać przypadki, kiedy po odczytaniu przez sąd orzeczenia strona nieśmiało zadaje pytanie: „Przepraszam, wysoki sądzie, to czy ja wygrałem czy przegrałem?” Jasny przekaz ze strony sędziego w niczym nie uwłacza powadze sądu.

— Jak przełożyć orzeczenie pełne paragrafów z niepojętych dla zwykłego śmiertelnika kodeksów na zrozumiały komunikat?
— Przewodniczyłam kiedyś w sprawie dotyczącej emerytury pewnej kobiety, której wypłatę wstrzymał ZUS. Na sali sądowej po jednej stronie był profesjonalny reprezentant ZUS-u, po drugiej starszy, prosty człowiek z małej miejscowości, mąż kobiety. Większość prawniczych wywodów była dla niego niezrozumiała. W trakcie ogłaszania wyroku, po odczytaniu dość skomplikowanej sentencji, po prostu powiedziałam „proszę jechać do domu i powiedzieć żonie, że będzie otrzymywała emeryturę”. Po chwili podszedł do stołu sędziowskiego i pocałował w rękę nie tylko mnie, ale także mojego młodszego kolegę!

— I musiała go pani przywołać do porządku.
— Bez przesady, powiedziałam po prostu „proszę pana, to niepotrzebne”.

— Powaga sądu nie została naruszona?
— Powaga sądu nie polega na traktowaniu ludzi z góry. Bycie sędzią to służba dla ludzi. Dlatego zwracając się do uczestników postępowania nigdy nie mówiłam „proszę powiedzieć sądowi”, tylko po prostu „proszę powiedzieć”. Powaga sądu nie wymaga też domagania się, aby każda osoba zwracająca się do sądu stała – niezależnie od tego, czy jest to 80-letni staruszek czy kobieta w ciąży. W Holandii, gdzie sędziowie cieszą się ogromnym prestiżem, rozprawy odbywają się wyłącznie na siedząco.

— Prestiż sędziego buduje się zatem…
— Swoją postawą, szacunkiem do ludzi, rzetelnością, starannością, dobrym wychowaniem. Trzymaniem się zasady, że muszę wydać orzeczenie zgodnie z moją najlepszą wiedzą i wewnętrznym przekonaniem, że ma być sprawiedliwe.

— A odwaga?
— Jest w tej pracy niezbędna. Zdarzają się sprawy, w których np. opinia publiczna, wspierana przez media, z góry wydaje wyrok. Sędziemu nie wolno ulegać żadnej presji, musi orzekać zgodnie z prawem i swoim najgłębszym przekonaniem, a nie na „zamówienie społeczne”.

— Ta odwaga była potrzebna, gdy zgłosiła Pani zdanie odrębne w kwestii wyboru Aleksandra Kwaśniewskiego na urząd prezydenta. W 1995 r. Sąd Najwyższy orzekał, czy uznać ten wybór za ważny m. in. ze względu na fakt podania przez kandydata nieprawdziwej informacji o wykształceniu.
— Byłam przekonana o słuszności mego stanowiska, a postępując wbrew sobie i własnym racjom wykazałabym brak odwagi. Kilka lat później otrzymałam z rąk prezydenta Kwaśniewskiego Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

— Zawód sędziego jest mocno sfeminizowany. To przypadek czy też kobiety lepiej nadają się do tej roli?
— Kobieta, szczególnie ta, która jest matką, mądrą matką, potrafi zrozumieć postępowanie swojego dziecka także wtedy, gdy ono robi coś złego. Umie znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy. W postępowaniu sądowym chodzi o to samo – zadanie sobie trudu zrozumienia, dlaczego ktoś postąpił tak a nie inaczej. Nie oznacza to automatycznie, że mężczyźni są pozbawieni sztuki rozumienia innego człowieka.

— Dużo emocji społecznych wzbudzały „dni bez wokandy” – forma protestu sędziów przeciwko zbyt małym zarobkom. Jako jeden z niewielu przedstawicieli środowiska nie popierała Pani tego protestu.
— W pełni solidaryzuję się z sędziami w ich walce o lepsze warunki pracy, natomiast zdecydowanie odcinam się od formy tego protestu. Jest nawet zalecenie Rady E uropy, w którym stwierdza się, że sędziowie domagając się swoich praw, nie mogą czynić tego kosztem swoich obowiązków. Dni bez wokandy przedłużały, i tak nadmiernie przeciągające się, postępowania sądowe i źle wpływały na opinię obywateli o wymiarze sprawiedliwości.

— Pani zdaniem sędzia to misja, zakon, stosowanie się do zasad w każdych okolicznościach. Ale sędzia to także człowiek, ze wszystkimi słabościami.
— Pewien brytyjski lord stwierdził – i ja to często powtarzam – że sędzia w sali rozpraw zostawia tylko togę, ale ani na chwilę nie przestaje być sędzią. To prawda, że od sędziów wymaga się bardzo wiele. W preambule do Kanadyjskiego Kodeksu E tyki Sędziów zawarte jest następujące zdanie „oczekujemy od naszych sędziów, aby byli nieomal nadludźmi w mądrości, we właściwym postępowaniu, w przyzwoitości, w humanitaryzmie”. Warto starać się sprostać podobnym oczekiwaniom. Zachowywać najwyższe standardy w orzekaniu i zawsze pamiętać, że każda nasza decyzja wpływa na czyjeś losy.

— Wtedy można spać spokojnie?
— I spokojnie patrzeć w lustro.

Rozmawiała

Dossier

Wykształcenie: absolwentka Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego

Kariera: najpierw sędzia sądów powiatowych – w Sopocie, Gdańsku i Zabrzu, następnie sędzia Okręgowego Sądu Ubezpieczeń Społecznych w Łodzi, sędzia Trybunału Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie, a po likwidacji Trybunału – sędzia Sądu Okręgowego Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie. W latach 1990-2002 sędzia i przewodnicząca Wydziału Ubezpieczeń Społecznych Izby Administracyjnej, Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego. W latach 1990-2008 prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, a w latach 1997-2002 wiceprezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów i Prokuratorów (MEDEL). Wieloletni ekspert Rady Europy i Unii Europejskiej ds. sądownictwa i etyki sędziów, członek Rady Konsultacyjnej Amerykańskiego Stowarzyszenia Prawników. Autorka książek i artykułów poświęconych etyce sędziów, prawu pracy, prawom socjalnym. Wykładowca w Szkole Praw Człowieka prowadzonej przez Fundację Helsińską, w Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa im. H. Chodkowskiej, do niedawna także na studiach podyplomowych Uniwersytetu Warszawskiego i Warszawskiego Uniwersytetu Technicznego. Obecnie sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku.