Pomoc pokrzywdzonym przestępstwem. Co jeszcze możemy zrobić?

Tagi: , , , , , , , , ,
Pokrzywdzony w sądzie

Rys. Łukasz Jagielski

Choć obowiązujące w instytucjach wymiaru sprawiedliwości standardy postępowania z ofiarami przestępstw z roku na rok ulegają wyraźnej poprawie, to wciąż jednak zmian wymagają postawy sędziów i prokuratorów wobec ofiar przemocy w rodzinie. Najistotniejsze, by chronić takie osoby przed wtórną wiktymizacją oraz by właściwe rozumieć specyficzne mechanizmy rządzące tego rodzaju przestępczością.

Faktem jest, że od kilku lat w polskim wymiarze sprawiedliwości, obok sprawiedliwego „karania sprawców”, coraz większą uwagę przywiązuje się do kwestii właściwej „rekompensaty strat dla ofiar przestępstw”. jednak wciąż zdarza się, że problematyka pokrzywdzonych, w szczególności pokrzywdzonych przestępstwem przemocy w rodzinie, bywa bagatelizowana. Widać to szczególnie z perspektywy osób zajmujących się codzienną pomocą ofiarom przemocy domowej.

Jakie nieprawidłowości w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości najczęściej sygnalizują pokrzywdzeni zgłaszający się po wsparcie prawne i psychologiczne? Oto wnioski i przemyślenia, do jakich uprawnia 16 lat doświadczeń konsultantów ogólnopolskiego Pogotowia dla ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska linia”, którym kieruję.

Ta okropna psychologia

U podłoża problemów w kontaktach z wymiarem sprawiedliwości, które najczęściej zgłaszają ofiary, leży ogólny społeczny deficyt wiedzy o psychologicznych aspektach doznawania przemocy ze strony osób bliskich. Deficyt ten niestety dotyczy również prokuratorów, sędziów, adwokatów oraz kuratorów sądowych.

Osoby doznające przemocy domowej prezentują cechy, które trudno zrozumieć otoczeniu. Są niekonsekwentne (np. składają zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa i na drugi dzień je wycofują), amplituda ich uczuć w stosunku do sprawcy waha się od nienawiści i chęci zemsty po niewolnicze wręcz oddanie i stawanie w obronie krzywdziciela (wypowiedzi ofiar typu „Czemu się Pan czepia mego męża?”, „To świetny ojciec”, „Bardzo mnie kocha i dlatego jest zazdrosny” nie należą do rzadkości), nie są pewne własnego oglądu sytuacji („To ja jestem złą żoną”, „Gdybym tylko lepiej gotowała…”, „Właściwie nic takiego wielkiego się nie stało”), boją się reakcji sprawcy i otoczenia („Porządnym kobietom to się nie zdarza”). Jeśli zatem nasza wiedza o zjawisku przemocy domowej płynie z „ludowych” źródeł i nie mamy głębszego wglądu w specyficzne mechanizmy relacji między osobą stosującą przemoc a osobą pokrzywdzoną, to trudno nam będzie racjonalnie pomagać pokrzywdzonym i z całym przekonaniem wdrażać niezbędne procedury prawne.

Z wyżej wymienionych powodów, choć oczywiście nie tylko, przyjmujący zeznania irytują się na osoby pokrzywdzone, poganiają je, bywają obcesowi, a czasami wręcz opresyjni. Zdarza się, że prowadzą przesłuchania ofiar i świadków przemocy w sposób, który trudno uznać za przyjazny, a co gorsza – bezstronny. ton głosu, oznaki zniecierpliwienia, czasem deprecjonowanie tego, co mówi pokrzywdzony – wszystko to sprawia wrażenie, że sympatia przesłuchującego jest po stronie sprawcy. osoba przesłuchiwana natychmiast traci rezon i wycofuje się ze swojej wersji zdarzeń i opinii.

Niektórzy sędziowie są mało uważni. Nie dostrzegają tego, że podczas składania zeznań ofiara nie rozumie, co się do niej mówi (przestraszona obecnością sprawcy, samym pobytem w sali rozpraw, kontaktem z „Najwyższym Sądem”, nierzadko mająca też za sobą traumy) – w tym nie rozumie pytań sędziego czy wyjaśnień dotyczących jej praw. Czasem w takich sytuacjach zaczyna płakać, a sędziowie z reguły nie mają „cierpliwości do histeryczek” („Proszę nam tu nie histeryzować?”, „Co się pani tak trzęsie?”). Tak dochodzi do wtórnej wiktymizacji.

Przykre odczucia ofiary z sali sądowej nakładają się na jej wcześniejsze doświadczenia z etapu postępowania przygotowawczego, gdzie przesłuchania odbywają się często bez poszanowania godności i intymności osoby pokrzywdzonej (pokój pełen innych osób prowadzących rozmowy, w tym osób postronnych) i nierzadko nakłania się ofiary do wycofywania zawiadomień o przestępstwie („Chce pani, aby mąż trafi ł do więzienia?”, „Chce pani narobić mężowi problemów w pracy? To z czego on będzie płacił alimenty?”). Nic dziwnego, że w sali rozpraw bardzo wielu pokrzywdzonych zaczyna zadawać sobie pytanie: „Po co mi to, może lepiej się wycofać?”. Rykoszet trafia w sędziego – trudno prowadzić sprawę wbrew woli pokrzywdzonego.

Niewiedza profesjonalistów o psychologii ofiar leży także u podstaw permanentnego traktowania przemocy w rodzinie jako przestępstwa ściganego na wniosek osoby pokrzywdzonej, choć jest to przestępstwo ścigane z urzędu. Deficyt wiedzy powoduje zbyt częste umarzanie spraw na różnych etapach postępowań, zgodnie z maksymą, że „jeśli pokrzywdzona sobie nie życzy, to po co ją uszczęśliwiać na siłę?”. Tymczasem pokrzywdzona czasem naprawdę ma problem z rozpoznaniem, co będzie dla niej dobre, w dodatku jest pod ogromną presją sprawcy działającego w myśl zasady „jak ją przekonam do wycofania się, to i sąd mi odpuści”.

Pełnomocnik-pułapka

Osobami, które mogłyby w sali sądowej wspierać pokrzywdzonych i skutecznie reprezentować ich interesy, są adwokaci. Niestety, niewiele osób doznających przemocy w rodzinie stać na pełnomocnika z wyboru. Te lepiej zorientowane w świecie wymiaru sprawiedliwości zabiegają o pełnomocnika z urzędu. I tu często wpadają w kolejną pułapkę. Na początek sąd bardzo rygorystyczne bada – co do zasady słusznie – kondycję finansową strony pod kątem zwolnienia z kosztów sądowych. W rubrykach formularzy podatkowych czasem ginie jednak perspektywa osoby, która musiała opuścić dom, aby uciec przed sprawcą. Osoby, która tylko pozornie dysponuje swoim majątkiem. Jeśli sąd uzna, że pełnomocnik z urzędu stronie się należy, to czasem okazuje się, że pełnomocnik ten ma bardzo niską świadomość problemów ofiar przemocy domowej. Jego też irytują „niezdecydowane i rozhisteryzowane kobiety”. Na dokładkę za pracę z „trudną klientką”nie dostaje wystarczającej gratyfikacji finansowej, a to, co dostaje, trafia na jego konto z dużym opóźnieniem.

W przypadku strony, która ma pełnomocnika, sąd wykazuje tendencję do pomijania jej wypowiedzi i wniosków, bo… „przecież ma pani pełnomocnika”. Tyle, że on właśnie zastępuje kolegę, a akta sprawy poznał w drodze do sądu. Tymczasem oskarżony zwykle ma pełnomocnika (z wyboru), który w ramach dobrze pojętego interesu swojego klienta nie wykazuje należytego szacunku wobec uczuć pokrzywdzonej – przesłuchując ofiarę krzyczy na nią, ośmiesza, minimalizuje lub wręcz kwestionuje jej doznania i odczucia („I to naprawdę było taaakie straszne?”, ”Niezły teatr nam tu pani odstawiła”). Niestety, na takie komentarze pełnomocników oskarżonego sędziowie zwykle nie reagują. Taki brak wyważenia praw i obowiązków stron procesu skutkuje tym, że oskarżony staje się gospodarzem procesu.

Pomocą dla ofiar przemocy w rodzinie mogłaby być obecność w sali rozpraw przedstawiciela organizacji pozarządowej (w procedurze karnej) lub osób zaufania w postępowaniach cywilnych (art. 154 k.p.c.). Sędziowie niechętnie jednak na takie rozwiązanie przystają, chociaż udział tych osób, jeśli strona wyrazi taką wolę, jest obligatoryjny. Są oczywiście sądy (sędziowie) przychylnie nastawione do uczestnictwa w postępowaniu osób zawodowo lub społecznie wspierających pokrzywdzonych. Niestety, bywa, że nie ma z kolei chętnych do wspierania ofiar i procedur sądowych. Wiele osób działających w obszarze przeciwdziałania przemocy w rodzinie skarży się na niefrasobliwość prokuratorów i sędziów w podawaniu w aktach spraw ich danych teleadresowych. W efekcie taki psycholog, lekarz, pedagog czy terapeuta, wracając z pracy do własnego domu, zastaje pod drzwiami sprawcę usiłującego się dowiedzieć „Co pani do mnie ma?” i „Kiedy odczepi się pani wreszcie od mojej rodziny?”.

Strategia gorącego kartofla

Sprawy dotyczące przemocy w rodzinie nie należą do łatwych, lekkich ani przyjemnych. Większość osób mających z nimi do czynienia stosuje strategię „gorącego kartofla”. Policja odsyła ofiary do pomocy społecznej, pomoc społeczna do organizacji pozarządowej, organizacja pozarządowa do prokuratury, prokurator do sędziego, a sędzia… Co ma zrobić sędzia?! Tego typu sprawy trwają, pokrzywdzone się wahają, a i prestiż orzekania w „znętach” niewielki. To może by tak do mediacji? „Może się uda zażegnać jakoś ten konflikt »pokojowymi metodami”– myśli sędzia. I pewnie miałby rację, gdyby rzeczywiście miał do czynienia z konfliktem.

Jestem gorącym orędownikiem mediacji: w sprawach z udziałem nieletnich, w drobnych wykroczeniach, w sprawach związanych z prawem gospodarczym, nawet w części spraw rodzinnych. Ale w sprawach o przemoc w rodzinie mediacja po prostu nie działa! Efekt jest taki, że wymediowana ugoda podtrzymuje stary układ sił – sprawca górą, ofiara spełnia jego żądania, do egzekucji których sprawca ma teraz glejt na piśmie. Po roku czy dwóch od mediacji osoby doznające przemocy rodzinnej trafiają do poradni „Niebieskiej Linii”, poradni zdrowia psychicznego, nawet do szpitali psychiatrycznych po próbach samobójczych, bez wiary w możliwość obrony swoich praw na drodze sądowej.

Słucham uważnie mediatorów, którzy mówią, że „czasami to się udaje”. Może. Choć śmiem się upierać, że udaje się to wtedy, gdy mieliśmy do czynienia z konfliktem rodzinnym, który (często niespodzianie dla samego sprawcy) przerodził się w agresję. Tam, gdzie mamy do czynienia z klasyczną dla przemocy w rodzinie nierównością stron, trudno o sukces, bowiem mediator co do zasady nie może wzmacniać żadnej ze stron mediacji, a ofiara bez wyrównania jej sił zawsze będzie bez szans na obronę swoich interesów przed sprawcą. Aby uniknąć tej pułapki wiele krajów przyjmując mediację do porządku prawnego zastrzegło wprost zakaz jej stosowania w sprawach dotyczących przemocy w rodzinie.

Wiedza, wiedza, wiedza

Czy to, co napisałam, to prawda o doświadczeniach ofiar przestępstw z wymiarem sprawiedliwości? Tak, choć oczywiście nie jedyna.

W bardzo wielu miejscach w Polsce pracują w instytucjach wymiaru sprawiedliwości wspaniali, mądrzy i empatyczni ludzie. Do poradni „Niebieskiej Linii” zgłaszają się osoby, które niejednokrotnie mówią: „zawdzięczam jej/jemu życie i zdrowie”, „dzięki jemu/jej moje dzieci są bezpieczne”. Wiele z tych osób nagrodziliśmy wyróżnieniem „Złotego Telefonu” przyznawanym od 1996 r. osobom szczególnie zasłużonym w obronie praw ofiar przemocy domowej i szczególnie konsekwentnych w podejmowaniu działań na ich rzecz. W 2010 r. laureatem wyróżnienia został ówczesny Minister Sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski. Chodzi o to, aby takich osób było więcej.

Część z problemów opisanych wyżej można łatwo wyeliminować poprzez organizowanie szkoleń z zakresu psychologii ofiar przemocy w rodzinie oraz wyznaczanie do prowadzenia tego typu spraw prokuratorów i sędziów, którzy mają tzw. „odporność psychiczną”. Przede wszystkim jednak, co najtrudniejsze, wypada zastanowić się nad własnymi postawami.

Warto powtórzyć – kontakt z osobami po traumach wewnątrzrodzinnych nie należy do łatwych ani przyjemnych. Naturalnym jest, że w swojej pracy świadomie bądź podświadomie unikamy nieprzyjemnych uczuć i napięć, a tym samym kontaktów z osobami ich doświadczającymi. Chyba, że zawczasu uzbroimy się w wiedzę i umiejętności, które pozwolą nam pomagać innym bez uszczerbku dla naszej psychiki.