Oburzony

Tagi: ,
Adam Bodnar

Rys. Łukasz Jagielski

Jestem oburzony, kiedy dowiaduję się, że przy sporządzaniu wyroków powszechnie stosuje się technikę „kopiuj-wklej”. Jestem oburzony, kiedy polska Temida unika podejmowania merytorycznych decyzji. Ciągnące się w nieskończoność procedury, strukturalna niewydolność, przyzwolenie na marazm i bylejakość. Nie można pozostać biernym. Trzeba głośno powiedzieć: dość.

Nie należę do Ruchu Oburzonych. Nie popieram postulatów uczestników Marszu Oburzonych z Warszawy. Nie przyłączyłbym się też do tych z Wall Street. Jestem jednak – podobnie jak wielu zwyczajnych obywateli – oburzony i wciąż mi nie przechodzi. Oburzony wieloma, mniejszymi i większymi, chorobami toczącymi od lat polski wymiar sprawiedliwości.

Jestem oburzony, kiedy brak ogólnego obycia kilku wysokopostawionych prokuratorów i jawne lekceważenie okólników ich własnego szefa powodują, że reżimowcy Łukaszenki mogą wycierać sobie usta udzieloną im przez Polskę pomocą prawną i bez problemów skazać krystaliczną postać białoruskiego opozycjonisty Alesia Bielackiego. Ci prokuratorzy będą dalej korzystać ze swoich sowitych uposażeń i w przyszłości bez problemu przejdą w równie sowity stanu spoczynku. A Aleś Bielacki będzie cierpiał w kolonii karnej, a jego pozbawiona majątku rodzina zostanie skazana na wegetację.

Jestem oburzony, kiedy muszę stawać w obronie niepełnosprawnej asesor prokuratury i dowiaduję się, że w Polsce nie można być prokuratorem na wózku inwalidzkim. Jak to możliwe, że takimi sprawami w XXI w. trzeba się w ogóle zajmować? Argument, że prokurator musi być sprawny po to, by zawsze dotrzeć na miejsce zbrodni, wybaczą Państwo, jakoś do mnie nie trafia. I nie potrafię pojąć, że jest w ogóle poważnie przedstawiany i broniony.

Jestem oburzony, że sądy powszechne – na czele z Sądem Najwyższym – wciąż nie udostępniają swoich wyroków na stronach internetowych. Nie jestem w stanie zrozumieć, że standard z powodzeniem przyjęty przez sądownictwo administracyjne nie może stać się udziałem, przynajmniej na początku, Sądu Najwyższego. Czy pół roku to wciąż za mało, by wrzucić istniejącą bazę danych do Internetu?

Jestem oburzony, kiedy wysłuchuję adwokatów skarżących się, że co innego usłyszeli w ustnych motywach uzasadnienia wyroku, a co innego przeczytali na piśmie. Każda taka skarga oznacza, że sąd dopiero przy przygotowaniu pisemnego uzasadnienia doczytał akta. No bo jaki może być inny powód znaczących różnic w jego stanowisku?

Jestem oburzony, kiedy dowiaduję się, że przy sporządzaniu wyroków powszechnie stosuje się technikę „kopiuj-wklej“. Gdyby robiono to w sprawach z jednego referatu, które poza kwotami niewiele się różnią, wtedy może bym, choć z pewną trudnością, to jednak zrozumiał. Ale jeśli praktykę tę stosuje się w podobnych sprawach z tego samego wydziału?

Dziewętnastoletnie rozwody, jedenastoletnie areszty, procesy historyczne tak długie, jak polska transformacja. To jest wciąż nasza rzeczywistość

Jestem oburzony, kiedy polskie sądy w 99 proc. przypadków dają przyzwolenie na stosowanie podsłuchów. Czy w demokracji naprawdę uzasadnione jest, by państwo tak często ingerowało w prawa podstawowe obywateli? I czy musi być na to przyzwolenie trzeciej władzy?

Jestem oburzony, kiedy sądy ignorują orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Czy naprawdę tak trudno jest zrozumieć, że „wspólne pożycie“ mogą mieć także partnerzy homoseksualni? Czy sąd w Złotowie jest to w stanie zrozumieć bez większych problemów, a sąd warszawski już nie?

Jestem oburzony, kiedy sąd po raz piąty rozpoznaje tę samą sprawę karną pewnego cudoziemca. Efekt? Człowiek ten od ośmiu lat nie może zalegalizować pobytu w Polsce, bo wciąż ciążą na nim zarzuty, dostał nawet maksymalną kwotę odszkodowania z tytułu przewlekłości postępowania. Jest czymś niewiarygodnym, że od tylu lat żaden sąd nie jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialności za ostateczne zakończenie sprawy.

Jestem oburzony, kiedy polska Temida unika podejmowania merytorycznych decyzji. Ucieka w procedury, szuka możliwości zasięgnięcia dalszych opinii biegłych i przeprowadzenia kolejnych dowodów, w końcu znajduje powód do przekazania sprawy do ponownego rozpoznania. I problem z głowy. W sądach liczy się statystyka, a w statystykach będzie, że sprawa załatwiona.

Niewiele sytuacji i postaw jest w stanie wywołać u mnie gwałtowne emocje. Są jednak sprawy, które – mimo swojej powszechności – budzą moją wściekłość.

Jestem naprawdę oburzony, kiedy sąd rozpoznaje prostą sprawę przez długie lata, podczas gdy można ją było załatwić w kilka dni. Jestem oburzony, kiedy czytam o wielkich procesach w innych państwach i zupełnie poważnie zastanawiam się, czy miałyby one – czysto organizacyjnie – szansę na przeprowadzenie w Polsce. Jestem oburzony, kiedy wymierzane sprawiedliwości w moim kraju przypomina „rosyjską ruletkę“. Nie dlatego, że sędziowie nie mają merytorycznego przygotowania, ale ze względu na przyzwolenie w wymiarze sprawiedliwości na postawy bylejakości i działania odwlekające podjęcie decyzji, ze względu na przewlekłość procedur, błędy organizacyjne i systemowe.

Dziewętnastoletnie rozwody, jedenastoletnie areszty tymczasowe, procesy historyczne tak długie, jak polska transformacja. To nie jest opis z podręcznika pt. „Historia polskiego sądownictwa“. To jest wciąż nasza rzeczywistość.