Czekając na zmiany

Tagi: , , , ,
prof. Zbigniew Ćwiąkalski, adwokat, były Minister Sprawiedliwości

Fot. Krzysztof Wojciewski

O konieczności wprowadzenia kontradyktoryjnego postępowania karnego, oportunizmu w ściganiu przestępstw i uproszczenia procedur rozmawiamy z prof. Zbigniewem Ćwiąkalskim, adwokatem, byłym Ministrem Sprawiedliwości.

– Co Pana Profesora fascynuje w prawie karnym?
– Przede wszystkim to, że występuje tu olbrzymia ilość niepowtarzalnych zdarzeń kryjących często prawdziwe tragedie ludzkie, z którymi jako pełnomocnik pokrzywdzonego lub obrońca należy się zmierzyć. Niekiedy wbrew własnym przekonaniom, które muszą zejść na drugi plan.

– Politykę karną mamy w Polsce dalece niedoskonałą. O jej jakości w dużej mierze decyduje stan prokuratury. Jak Pan ocenia pracę tej instytucji?
– Nie jestem z niej bynajmniej całkowicie zadowolony. Widzę całą masę pochopnych i oczywiście błędnych decyzji, które rujnują ludziom życie. Po wielu latach nie da się tego odkręcić. Występowałem w sprawie, w której prokurator zarzucił prezesowi rafinerii niegospodarność. Miała polegać na niespłaceniu kredytów. Człowiek na sześć miesięcy trafił do aresztu, aż okazało się, że kredyty zostały spłacone… Postępowanie zostało umorzone, ale co z tego?

– Z tymczasowym aresztowaniem nadal mamy problem. Czy w zakresie środków zapobiegawczych prawo wymaga dalszych zmian?

„Widzę całą masę pochopnych i błędnych decyzji prokuratury, które rujnują ludziom życie. Po wielu latach nie da się tego odkręcić”

– Myślę, że nie tyle złe jest prawo, ale praktyka jego stosowania. Prawie nie stosuje się poręczenia osobistego czy instytucjonalnego, zbyt mało jest poręczeń majątkowych. W wielu przypadkach areszt łatwo można zastąpić środkiem łagodniejszym, np. zakazem pełnienia funkcji w stosunku do lekarza, który brał łapówki. Na szczęście ilość aresztów się zmniejsza, ale pokutuje schematyczne podejście do wniosków o ich zastosowanie. Często sąd podejmuje ekspresowe decyzje w sprawach kilkudziesięciotomowych. Tak bywa zwłaszcza w skomplikowanych sprawach gospodarczych. Najpoważniejszym problemem jest jednak przedłużające się trwanie aresztów. Prokurator wnosi o trzy miesiące i sąd na to przystaje. Potem przez pierwsze dwa miesiące prokurator nic w sprawie nie robi, bo zajmuje się innymi sprawami. W ostatnim miesiącu wykonuje 2-3 czynności i wnioskuje o przedłużenie aresztu. Nie można akceptować takiej praktyki. We Francji makler giełdowy, który zdefraudował 5 mld euro, przebywał w areszcie pięć miesięcy i to w zupełności wystarczyło. U nas zapewne siedziałby dużo dłużej.

– Mówi się, że do zbędnego stosowania aresztu prowadzą również przepisy o konieczności obecności oskarżonego na rozprawie.
– Można prowadzić postępowanie w sposób „przyjazny” oskarżonym, którzy przecież korzystają z domniemania niewinności. W sprawach wieloosobowych często są różne wątki. Nie każdy oskarżony musi być na każdej części. O tym powinien decydować sąd. Poza tym, jeżeli ktoś nie chce brać udziału w rozprawie, to powinna to być jego sprawa, a nie sądu. Powinien ponosić konsekwencje swojego wyboru.

– Uzdrowić prokuraturę miało rozdzielenie stanowisk Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego. To był Pana projekt. Teraz jest lepiej?
– Polska była jedynym krajem Unii Europejskiej, który nie miał takiego rozdziału. Podczas podróży zagranicznych pytano mnie, czy nie występuje tu sprzeczność interesów. Była ona oczywista. W przypadku zaskarżenia do Trybunału Konstytucyjnego ustawy pochodzącej z MS, minister przed Trybunałem przebierał się w szaty Prokuratora Generalnego – rzecznika praworządności. Rozdzielenie miało być jednak pierwszym etapem zmian w prokuraturze. W Sejmie był już projekt ustawy o sędzim śledczym. Myślę, że warto byłoby przynajmniej rozważyć powrót do tego środka kontroli sądowej nad działaniami prokuratury.

– Na funkcjonowanie prokuratury zasadniczo wpływa ponoć jej zła sytuacja finansowa.
– Nakłady na prokuraturę i wymiar sprawiedliwości przez lata były bardzo duże. Teraz jest gorzej, bo kryzys wstrzymuje wydatki. Niestety, braki w finansach odbijają się na postępowaniach przygotowawczych. Prokuratorzy sięgają po tanich biegłych, a więc często kiepskich. Czasem opiniują emeryci, którzy swoje doświadczenia np. z rachunkowością zakończyli w PRL-u. Takie działania są szczególnie szkodliwe w skomplikowanych sprawach gospodarczych. Przekładają się na długość postępowań, w których opinie są podważane. Dobrym rozwiązaniem byłby powołanie Instytutu Ekspertyz Gospodarczych, czegoś podobnego do krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, którego autorytetu nikt nie kwestionuje. Myśleliśmy w MS o jego powołaniu.

– Złą pracę prokuratury premiuje też obowiązująca procedura. Prokurator „źle oskarżał”, sąd nie szukał dowodów i go nie wyręczył, wyrok został uchylony…
– Absolutnie jestem za kontradyktoryjnością postępowania i odpowiedzialnością prokuratorów za wyniki pracy, która powinna być oceniana. Potrzebujemy też nowej ustawy o prokuraturze, bo tej z 1985 r. nie da się już dalej poprawiać. Pracę prokuratury trzeba też uprościć. Obecnie procedura karna wymaga wszechstronnego wyjaśnienia okoliczności sprawy. Przykładowo w sprawie awaryjnego lądowania na Okęciu trzeba będzie przesłuchać wszystkich pasażerów, czyli ponad dwieście osób. Nie wszyscy byli Polakami… Takie same efekty można osiągnąć przesłuchując zaledwie kilka osób, przecież pozostałe nie powiedzą nic nowego. Nonsensem jest też brak możliwości naprawienia przez sąd odwoławczy ewentualnych błędów sądu I instancji, czy uzupełnienia postępowania dowodowego. Często sprawy kieruje się do ponownego rozpoznania z powodów błahych, formalnych. Dzieje się tak również wówczas, kiedy wiadomo, że w ponownym postępowaniu nie da się już sprawy rozpoznać. Tak było np. w sprawie grudnia 1970 r.

– Są też inne powody przewlekłości postępowań…
– Niestety, cały czas obserwujemy olbrzymi wpływ spraw do sądów i prokuratur. Jest takie błędne przekonanie, że w zasadzie każda sprawa powinna trafić do sądu i najlepiej być rozpoznana w trzech instancjach. Przy czym występują olbrzymie dysproporcje w obsadach sądów, a problem zaległości koncentruje się w zasadzie w Warszawie i największych aglomeracjach. W wielu sądach rejonowych na wyznaczenie sprawy czeka się najwyżej miesiąc. Wciąż w sprawach karnych mamy postępowanie wykonawcze, w którym wszystkie czynności podejmuje sędzia, a od każdej z nich jest odwołanie. Przecież wykonawstwem mogliby zajmować się referendarze. Nie ma tu orzekania o winie czy karze, jest rozkładanie grzywny na raty, są terminy wykonania kary, itp. Przewlekłość jest też związana ze złą organizacją pracy sądów. Czasem kolejny termin w sprawie jest wyznaczany po pół roku. Sędzia „przerzuca się” między różnymi sprawami, do tej pierwszej wracając po upływie kilku miesięcy. Czy nie prościej byłoby ją wyznaczać na kolejne dni? Sędzia nie musiałby na nowo czytać całych, często obszernych akt.

– Ale to nie jest wina sędziów. Bardzo często sędziowie są rozliczani z liczby spraw na wokandzie, sprawy muszą być w biegu…
– Takie „numerologiczne” podejście to jakaś totalna bzdura. Z faktu, że ileś tam spraw trafia na wokandę, nic przecież nie wynika. Mogą to być proste sprawy o jazdę na rowerze po pijanemu i inne, skomplikowane.

„Jest takie błędne przekonanie, że każda sprawa powinna trafić do sądu i najlepiej być rozpoznana w trzech instancjach”

– Zmora sędziów to często tasiemcowe uzasadnienia. Ich pisanie jest bardzo czasochłonne.
– Uzasadnienia, których ¾ objętości zajmuje opis sprawy, a zdawkowo potraktowano np. znamiona przestępstwa i wymiar kary, mimo że obrona miała tu największe wątpliwości, dla mnie są bez wartości. Najbardziej wymagające i najbardziej twórcze jest przecież wskazanie motywów wyroku. Niestety, nawet w uzasadnieniach sądów odwoławczych zdarza się nadmiernie rozbudowana część sprawozdawcza.

– Panie Profesorze, może dla uzyskania wyraźnej poprawy w sprawach karnych potrzebne jest przewartościowanie celów państwa w zakresie wymiaru sprawiedliwości?
– Jestem za poszerzeniem oportunizmu i zapobieganiem pieniactwu. Tymczasem nie są mi znane sytuacje prowadzenia postępowania karnego przeciwko komuś, kto zawiadomił o przestępstwie, które nie zostało popełnione. A takich zawiadomień jest wiele, choćby na potrzeby spraw rodzinnych czy rozwodowych. Kto wie, czy nie powinno też być większej specjalizacji sędziów i prokuratorów. Raz dostają to, raz coś innego, jest w tym pewna przypadkowość. W małych jednostkach tej specjalizacji faktycznie nie da się przeprowadzić, ale w dużych już tak. Poza tym, jak wspomniałem, proces karny powinien być rzeczywiście kontradyktoryjny.

– Według Komisji Kodyfikacyjnej kontradyktoryjność wymaga rozszerzenia obrony z urzędu.
– Zgoda, ale pod warunkiem, że państwo nie będzie ponosić kosztów obrony osoby, która ma środki finansowe. Myślę, że dobrym pomysłem są tu bony na pomoc prawną. Mogłyby je przyznawać ośrodki pomocy społecznej, które lepiej od sądów znają sytuację finansową osób z ich terenu. Był taki projekt, niestety nie zgodził się na niego Minister Finansów. Taki system byłby bardziej sprawiedliwy od obecnego i służyłby weryfikacji ubóstwa. Bon dawałby też możliwość wyboru prawnika.

– K.p.k. doczekał się ponad siedemdziesięciu zmian. Jak Pan ocenia projekt ostatniej zasadniczej nowelizacji przygotowanej przez Komisję?
– Cenię prace prowadzone pod kierownictwem prof. Zolla. Ważne, że proponowanej likwidacji postępowania uproszczonego ma towarzyszyć przeniesienie właściwych dla niego rozwiązań do „zwykłego” postępowania. Wiele nadziei wiążę z mediacją. Według mnie ma przyszłość również w postępowaniu karnym. Z punktu widzenia pokrzywdzonego istotne jest naprawienie szkody, bo z tego, że ktoś trafi do więzienia, ofiara przestępstwa niekoniecznie będzie mieć satysfakcję. Również społecznie pożądane jest, by sprawca za szkodę zapłacił, choćby pod groźbą negatywnych konsekwencji naruszenia ustaleń mediacji. Za słuszne uważam też poszerzenie możliwości korzystania z trybów konsensualnych.

– Elektroniczny protokół w procesach karnych to dobry pomysł?
– Pełniąc funkcję Ministra Sprawiedliwości wstrzymywałem się z realizacją tego projektu. Zasadniczy problem pojawia się np. w związku z wykorzystaniem nagrań w postępowaniu apelacyjnym. Czy sąd ma odsłuchać 100 godzin zapisu, zeznania dziesiątków świadków? Pojawia się też kwestia wiarygodności kopii przekazywanych z aktami sądom wyższej instancji. Transkrypcja tekstu musiałaby być elektroniczna, bo inaczej nie zyskamy na czasie i lepiej, żeby ktoś to spisywał na rozprawie. Problemem jest też bezpieczeństwo zapisu. Sam miałem do czynienia z sytuacjami, że coś się nie nagrało. Znam też wypadek ze sprawy rozwodowej, w której zeznania się nie nagrały, a ponownie stając przed sądem świadek zupełnie bezkarnie zeznawał inaczej. Dopuszczeniu „instytucjonalnego” nagrywania, powinno towarzyszyć wyrażanie zgody na nagrywanie rozprawy przez strony. To zabezpieczałoby możliwość odtworzenia ich przebiegu w takich wyjątkowych wypadkach.

– Jak Pan profesor ocenia obowiązujący Kodeks karny?
– Zgadzam się z przeważającym stanowiskiem doktryny, że w zakresie prawa materialnego żadne radykalne zmiany nie są konieczne. Natomiast konieczne jest usunięcie błędów i rozwiązań, które się nie sprawdziły.

– Mamy w Polsce deficyt dobrego prawa. Co jest tego przyczyną?
– Ustawiczne przy nim majstrowanie i brak odważnych decyzji systemowych. Jakość legislacji jest niska, a politycy zbyt często ulegają naciskom medialnym. Np. gdy chodzi o art. 148 k.k. (zabójstwo funkcjonariusza publicznego popełnione podczas lub w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych związanych z ochroną bezpieczeństwa ludzi lub ochroną bezpieczeństwa lub porządku publicznego – przyp. red.) to został on zmieniony pod wpływem jednego, konkretnego przypadku, po zabójstwie policjanta. Nie słyszałem, żeby w tego rodzaju sprawach zapadały kontrowersyjne, łagodne wyroki. Jestem za sędziowską swobodą orzekania i nie podoba mi się „ręczne sterowanie” wymiarem kary.

– Prawo karne jest zbyt blisko polityki?
– Dwa lata przed wyborami to już okres wyborczy. Żadne zmiany drażliwe z punktu widzenia wyborców nie są w tym okresie podejmowane, bo politycy starają się im przypodobać. Spójrzmy na chuligański charakter czynu. Była batalia w Sejmie, przepisy wzięto z PRL-u i co, jest mniej chuligaństwa? Co ciekawe, orędownicy takich przepisów stają się nagle przyjaciółmi i obrońcami kiboli w okresie przedwyborczym. Należy wreszcie docenić rolę dobrej legislacji. Dzisiaj Rządowe Centrum Legislacji jest jedynym ciałem realnie zajmującym się tym problemem. Jest wprawdzie wiele innych, ale żadne nie jest uprawnione do podjęcia ostatecznej decyzji, sprzeciwienia się złemu prawu. Rada L egislacyjna przy Premierze nie odgrywa takiej roli, jaką powinna. Dla mnie coś, co nie uzyskało jej akceptacji, nie powinno być ustawą. Dzieje się jednak inaczej, a politycy mają skłonność do instrumentalnego traktowania procesu tworzenia prawa.

– Zła legislacja zagraża również nowym kodyfikacjom.
– Zanim projekt trafi do Sejmu przechodzi przez wiele instytucji, które mogą go zepsuć. Ostatecznie robią to posłowie, bo każdy przecież zna się na prawie. Opinie Biura L egislacyjnego Sejmu są lekceważone, a propozycje Komisji Kodyfikacyjnych nie mają taryfy ulgowej. Przed wojną dobrym pomysłem były projekty autorskie wybitnych prawników, wprowadzane rozporządzeniem prezydenta.

– Jak Pan profesor widzi przyszłość zawodów prawniczych? O funkcji sędziego jako ich koronie możemy pomarzyć.
– Podstawowym problemem są tu wynagrodzenia, ponieważ na ogół dobrzy adwokaci i radcowie zarabiają więcej, niż można dostać w sądzie… Nie powinno też być tak, że do tego zawodu starszych prawników przyciąga tylko stan spoczynku. Uważam, że sędziowie i prokuratorzy powinni dobrze zarabiać i ten problem w końcu trzeba będzie rozwiązać. Szkoda, że mamy kryzys i dojdzie do wstrzymania waloryzacji wynagrodzeń. Mam nadzieję, że stan, w którym przede wszystkim referendarze i asystenci obejmują urzędy sędziowskie, jest przejściowy.

– A jeśli chodzi o inne zawody prawnicze? Dzisiaj nie wystarczy już wywiesić tabliczki „adwokat”, by mieć klientów.
– Przypominam sobie moje pierwsze stypendium – Fundacji Humboldta w 1986 r. Rozmawiałem wtedy z niemieckimi kolegami, mówili mi o bezrobociu prawników, o osobach, które prowadzą „kancelarie” w swoich domach i ledwie wiążą koniec z końcem. U nas też już do tego dochodzi. Trzeba zatem poszerzać świadomość społeczną potrzeby korzystania z pomocy prawnej. Dobrym rozwiązaniem byłoby też powszechne ubezpieczenia na wypadek potrzeby pomocy prawnej. Myślę jednak, że w niedalekiej przyszłości czeka nas dalsze rozwarstwienie. Z jednej strony duże kancelarie, z drugiej samodzielni prawnicy walczący o przetrwanie na rynku.

Sylwetka
Zbigniew Ćwiąkalski urodził się 9 marca 1950 r. w Łańcucie. Odbył aplikację sądową, zakończoną w 1975 r. egzaminem sędziowskim. W 1979 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim obronił pracę pt. „Nadzwyczajne złagodzenie kary w praktyce sądowej”, a jego rozprawa została wyróżniona II nagrodą w konkursie redakcji „Państwo i Prawo” na najlepsze prace doktorskie. Doktor habilitowany, od 1991 r. profesor nadzwyczajny. Pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wyższej Szkoły Prawa i Administracji w Przemyślu – Wydział Zamiejscowy w Rzeszowie. W latach 2007-2010 oraz od 2011 r. członek Komitetu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk. Autor dwóch monografii, współautor komentarzy do kodeksu karnego i ustawy o prawie autorskim, a także licznych artykułów naukowych, glos i recenzji. Od 16 listopada 2007 r. do 21 stycznia 2009 r. Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny. Obecnie sędzia najważniejszych sądów arbitrażowych, partner renomowanej krakowskiej kancelarii prawnej T. Studnicki, K. Płeszka, Z. Ćwiąkalski, J. Górski. Zajmuje się sprawami z zakresu prawa karnego, gospodarczego oraz prawa handlowego.

– Jakie są perspektywy obecnych studentów prawa? Czy dostęp do zawodu adwokata, radcy prawnego, notariusza jest już wystarczający?
– Wolne zawody są już dostatecznie otwarte, ale ma to swoje negatywne konsekwencje. Żeby odnaleźć się na rynku, trzeba rzeczywiście dobrego wykształcenia i wielu poświęceń. Gdy przed kolejnymi wyborami „kupowano” głosy młodych ludzi „otwieraniem zawodów prawniczych”, nikt im nie powiedział, że musi się to wiązać z konkurencją i bezrobociem. Natomiast jestem przeciwny temu, by samorządy same organizowały egzaminy na aplikacje. Tu musi być nadzór państwa – jego wprowadzenie wyeliminowało podejrzenia protekcji przy naborze kandydatów.

– Może absolwenci prawa powinni rozpoczynać kariery od tzw. doradztwa prawnego?
– Moja opinia o funkcjonujących obecnie tzw. doradcach prawnych jest negatywna. Człowiek, który „chce doradzać”, nie powinien posługiwać się konstrukcją stałego zlecenia. Dzisiaj bywa, że nie ma nawet studiów prawniczych. Nie można wprowadzać ludzi w błąd i nazywać doradcą osoby, która nie ma nic wspólnego z prawem. Wiedza osób świadczących usługi prawnicze musi być weryfikowana. Doradcy powinny mieć ukończone studia prawnicze i zdany przynajmniej egzamin I stopnia, odpowiadający egzaminowi na aplikację. Bardzo ważne są też ubezpieczenia, ponieważ istnieje niebezpieczeństwo wyrządzenia klientowi szkody. Natomiast możliwości występowania doradców w sądzie powinny być ograniczone do pewnych kategorii spraw. Nigdy natomiast nie opowiadałem się za likwidacją tej formy pomocy prawnej.

– W jakiej roli zawodowej czuje się Pan najlepiej? Adwokata? Wykładowcy? Może ministra?
– W każdej z tych ról czuję się dobrze i potrafię się na niej skoncentrować. Jako adwokat mogę sobie pozwolić na ten komfort, żeby nie zajmować się wszystkim, co popadnie. Bardzo lubię też dydaktykę. Natomiast w roli Ministra Sprawiedliwości nie traktowałem siebie jak polityka, ale jak wynajętego fachowca. Potem, kiedy miałem możliwość przejścia do realnej polityki, odmówiłem. Brutalna polityka bez jasnych zasad, nieustanne zabieganie o czyjeś względy i ciągła „walka pod stołem” zupełnie mi nie odpowiada.