Mały wielki sąd

Tagi: , , , ,
Teresa Romer

Rys. Łukasz Jagielski

Koszty utrzymania niewielkich sądów być może bywają wyższe niż sądów z większych miast. Rzecz w tym, że na problem znoszenia „małych sądów” nie można patrzeć wyłącznie przez pryzmat ekonomii. Ważniejszy jest tu pryzmat potrzeb społecznych.

Pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości zastąpienia „małych sądów” wydziałami zamiejscowymi sądów większych raczej nie wzbudził powszechnego entuzjazmu w środowisku. Również podczas pierwszej debaty z cyklu „Okrągły Stół dla sądownictwa”, zorganizowanej w lutym tego roku, padło wiele argumentów przeciwnych tej koncepcji. Tylko pozornie może się wydawać, że „małe” sądy nie mają racji bytu. Na cel ich istnienia należy jednak spojrzeć nie tylko przez pryzmat kosztów ich utrzymania, ale przede wszystkim przez pryzmat potrzeb społecznych. Realizacja koncepcji ministerialnej może przynieść więcej szkody niż pożytku. Szkody dla sprawności i jakości postępowania sądowego, a także dla prestiżu lokalnego i lokalnych tradycji. Prezes sądu, obok wójta i proboszcza, to nie tylko kiedyś, ale także i teraz, ważna osoba w miejscowościach, które trudno uznać za metropolie.

Swoją sędziowską drogę zaczynałam w Sopocie. Ówczesny Sąd Powiatowy w Sopocie składał się z trzech sędziów – prezesa (przedwojennego sędziego Sądu Apelacyjnego we Lwowie), sędziego cywilisty (również „przedwojennego”) oraz mnie, asesora. Początkowo, zanim przenieśliśmy się do budynku, w którym sopocki sąd funkcjonuje obecnie, nasz sąd mieścił się w niedużej willi pod lasem. Słowo „przenieśliśmy się” nie jest wcale ogólnikiem. W przeprowadzkę zaangażowani byli wszyscy – fachowcy od przeprowadzek, urzędnicy sądu, także i my, sędziowie. Dla nas wszystkich było rzeczą oczywistą, że trzeba robić wszystko, aby przeprowadzka poszła sprawnie i nie wpłynęła negatywnie na „interesy podsądnych” czekających na rozstrzygnięcie swoich problemów.

Ten pozornie mały sopocki sąd dla mieszkańców miasta wcale nie był „mały”. Po prostu był sądem. Ich sądem. Rozstrzygane przed nim sprawy miały też swoją specyfikę związaną z charakterem Sopotu. Częste były wówczas przypadki okradania zagranicznych marynarzy, spory między tak zwanymi autochtonami (dawnymi mieszkańcami Sopotu) i przybyszami (tymi, którzy osiedlili się w miasteczku po wojnie). Właściwe rozstrzyganie tych spraw wymagało rozumienia lokalnych problemów.

Późniejsze losy zaniosły mnie na Śląsk. Tam również orzekałam w małym, dziś chyba już nieistniejącym, sądzie. Ze Śląskiem wprawdzie wcześniej nie miałam styczności, ale miałam już wtedy pewne doświadczenie w sądzeniu. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Na „małe sądy” trzeba spojrzeć przede wszystkim przez pryzmat „małych ojczyzn”. Lokalne społeczności mają swoje zwyczaje i tradycje, znajomość których może rzutować na jakość sędziowskich decyzji

Pewnego razu orzekałam w sprawie o ustalenie ojcostwa i alimenty. Stawił się pozwany i powódka, obok mnie siedzieli ławnicy, oczywiście miejscowi. Zaczęłam stronom zadawać pytania typowe dla tego rodzaju sporu. Powódka nie miała wątpliwości, że to pozwany jest ojcem jej dziecka. Po jej wyjaśnieniach zaczęłam zadawać pytania pozwanemu. Zapytałam, czy zna powódkę. Odpowiedział, że tak, że od kilku lat się z nią spotykał, jednak nigdy z nią nie rozmawiał. Powódka na to, że nieprawda, bo rozmawiali i to wiele razy. Ja kontynuuję pytania – jak to, znali się, spotykali, chodzili do kina, na spacery i nie rozmawiali ze sobą? On ciągle, że „nie rozmawiali”, ona, że „on kłamie, bo rozmawiali”. Nic z tego nie mogłam zrozumieć.

W pewnej chwili ławnik szepnął mi do ucha: Pani sędzio, niech pani zrobi przerwę. Zarządziłam więc przerwę. Wyszliśmy do sali narad i tam ławnik powiedział mi po prostu: Pani sędzio, u nas „z rozmawiania” to się dzieci rodzą. Po tym wyjaśnieniu, a właściwie swoistej lekcji, wiedziałam już, jak kontynuować przesłuchanie stron i świadków.

Początki mego orzekania w Sopocie, a później na Śląsku, zwłaszcza sprawa o ustalenie ojcostwa i alimenty sprzed kilkudziesięciu już lat, przypomniały mi się w związku z trwającą dziś dyskusją o znoszeniu małych sądów. Gdyby wówczas, w sali sądowej w małym śląskim miasteczku, na moim miejscu siedział „miejscowy” sędzia obeznany z lokalnym słownictwem i kulturą, od razu wiedziałby, o co chodzi z tym „rozmawianiem” i jak formułować pytania niezbędne dla wyjaśnienia sprawy.

Argumenty, że utrzymanie niewielkich sądów bywa droższe niż sądów w większych miastach być może są prawdziwe, ale czy to wystarcza do pozbawienia lokalnej społeczności „jej” sądu? Nie do końca jestem przekonana, że sprawność orzekania w „małych” sądach jest rzeczywiście gorsza niż w wielkich metropoliach. Gdyby na podstawie badań statystycznych okazało się, że – ze względu na ilość wpływających spraw – w konkretnym sądzie wątpliwym jest utrzymywanie kilku etatów sędziowskich, możnaby ten problem rozwiązać powierzając tym sędziom równoczesne orzekanie w drugim, sąsiednim, małym sądzie.

Na problem znoszenia „małych sądów” nie można patrzeć wyłącznie przez pryzmat ekonomiczny. To, co z pozoru mniej kosztowne, nie musi wcale być lepsze dla lokalnej społeczności. Na „małe sądy”, ich rolę i miejsce, trzeba spojrzeć przede wszystkim przez pryzmat „małych ojczyzn”. Lokalne społeczności mają swoje zwyczaje i tradycje, znajomość których może rzutować na jakość sędziowskich decyzji.

Reforma organizacyjna sądownictwa nie może odbyć się kosztem jakości wymiaru sprawiedliwości, a przede wszystkim kosztem dostępności do niego.