Tam musi być jakaś cywilizacja…

Tagi: ,
Jolanta Budzowska

fot. Arkadiusz Zbiżek

Na aplikacjach kształci się dziś niewiele mniej osób, niż jest czynnych adwokatów i radców. To znak, że drzwi do zawodu profesjonalnego pełnomocnika trzeba zacząć przymykać i zatroszczyć się o praktyczny wymiar szkolenia aplikantów – pisze radca prawny Jolanta Budzowska.

Tytuł mojego artykułu, zaczerpnięty oczywiście z „Seksmisji”, oddaje atmosferę miejsca, w którym znaleźliśmy się w dyskusji nad koniecznością „otwierania” rynku komercyjnych usług prawniczych, trwającej przecież już od dobrej dekady. Mam wrażenie, że znaczna część zwolenników teorii „otwarcia” wychodzi z założenia, że wszyscy, którzy kończą wydziały prawa, powinni mieć możliwość wykonywania jednego z kwalifikowanych zawodów prawniczych. Założenie błędne, bo absolwenci żadnego innego kierunku nie cieszą się taką troską państwa. Czy każdy lekarz, niezależnie od wiedzy i osobistych predyspozycji, ma zagwarantowaną możliwość zdobywania specjalizacji? Czy każdy absolwent AWF ma gwarancje uzyskania uprawnień trenera II klasy w wybranej dyscyplinie? Prawo daje doskonałą ogólną podbudowę pod szereg innych zawodów, prawnicy są przecież świetnymi menadżerami, szkoleniowcami, urzędnikami, policjantami.

Aplikant powszechny?

Czy aplikacja, i jaka aplikacja, „należy się” każdemu? Sędziowska oczywiście nie, prokuratorska podobnie, limity regulowane wysokim stopniem trudności załatwiają temat i w naturalny sposób kierują absolwentów na ścieżki kariery profesjonalnego pełnomocnika albo notariusza, w mniejszym stopniu komornika.

Prawnik bez aplikacji wydaje się być „niekompletny”, a w swoim własnym odczuciu w jakiś sposób niespełniony. Akceptując takie założenie zaakceptować również należy instytucję swojego rodzaju „roszczenia” o możliwość odbywania aplikacji komercyjnej. Nieprzypadkowo posłużyłam się terminem „roszczenie” – wydaje się być odpowiednie do panujących nastrojów, zarówno w potocznym, jak i prawniczym tego słowa znaczeniu. Dziś każdy średnio zdolny prawnik i na tyle pracowity, aby nauczyć się większości przepisów z podanej listy ustaw, dostaje się na aplikację radcowską czy adwokacką. Stąd już krok tylko do przyjęcia populistycznego rozwiązania. Skoro młodzi ludzie chcą się kształcić, płacą za to i wymagają, to dajmy się kształcić w praktyce każdemu, kto taką wolę wyrazi.

I tak dochodzimy do obecnej sytuacji „otwarcia” rynku prawniczego, w której przy ponad 40 tys. czynnych adwokatów liczba aplikantów adwokackich sięga 18 tys. (dodatkowo we wrześniu tego roku egzamin adwokacki zda ponad 5 tys. aplikantów). W przypadku zawodu radcy prawnego aplikantów jest nawet więcej niż samych czynnych radców!

Za dwa, trzy lata, na rynku usług prawniczych dominować będą świeżo upieczeni, a wcześniej masowo wyszkoleni, adwokaci i radcowie. Czy to już ściana? Wydaje się, że nie. Coraz bardziej słyszalne stają się postulaty, by z aplikacji zrezygnować w ogóle, by zrównać (przynajmniej częściowo) uprawnienia procesowe adwokatów, radców i prawników po studiach. Przecież za przysłowiową ścianą mamy wolny rynek…

Błędy statystyczne i poznawcze

Otwarcie zawodów radcy i adwokata należy bezsprzecznie ocenić pozytywnie. Skończyliśmy z demonizowaniem roli „korporacji”, zobiektywizowaliśmy kryteria zdobywania kwalifikacji zawodowych. Niekontrolowany ilościowo nabór na obie aplikacje spowodował jednak, że pogląd o „niedoborze” profesjonalnych prawników na rynku, uzasadniony jeszcze kilka lat temu, stracił dziś na aktualności. Rynek się nasycił, co widać po spadających cenach usług prawniczych i wzroście kosztów działalności prawniczej, przy faktycznym braku możliwości „przerzucenia” ich na klientów. W konsekwencji, wkrótce wiele kancelarii nie będzie się w stanie utrzymać, zaś zaczynający od przysłowiowego zera młodzi adwokaci i radcowie nie będą w stanie sprostać wyśrubowanym kosztom wejścia na rynek usług prawniczych.

Otwarcie zawodów radcy i adwokata należy ocenić pozytywnie.
Niekontrolowany liczbowo nabór na obie aplikacje spowodował jednak, że
pogląd o „niedoborze” profesjonalnych prawników stracił na aktualności

Statystycznie w Polsce funkcjonuje podobno zbyt mało profesjonalnych pełnomocników, i to mimo radykalnego zwiększenia ich liczby w ostatnich latach. Życie mówi jednak co innego. Być może należałoby skorygować statystyki biorąc pod uwagę fakt, że polskie społeczeństwo nie nawykło do korzystania na co dzień z porad prawnych. Barierą nie są tu wcale koszty tych porad. Spectrum usług świadczonych na każdym poziomie i w niemal każdej cenie mamy już bowiem szerokie – od porad internetowych i bankowych kancelarii prawnych, przez działalność nobliwych kancelarii pamiętających jeszcze czasy zespołów adwokackich, po zespoły prawników pracujących z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć z zakresu zarządzania i marketingu prawniczego. Skrajnym przykładem mogą być inicjatywy porad pro bono organizowane przez oba samorządy – radcowski i adwokacki. Mimo sporego zainteresowania mediów, liczba osób korzystających z takich darmowych porad bywa zaskakująco niska.

Niewątpliwie jednak popyt na usługi prawne będzie w Polsce rósł wraz ze stopniowym wzrostem świadomości prawnej społeczeństwa. W dużym stopniu ów większy popyt wchłonie obecną podaż (nadpodaż) prawników. Tylko kiedy? I czy liczba aplikantów, a w konsekwencji radców i adwokatów, może rosnąć w tempie niemal geometrycznym w nieskończoność? Możnaby założyć, że to nie nasze zmartwienie, że wszystko ureguluje rynek. Nie sposób jednak nie dostrzegać faktu, że już dzisiaj rzesza świeżo upieczonych profesjonalnych pełnomocników nie może znaleźć swojego miejsca w zawodzie. I często boleśnie przekonuje się, że przyszłość, jaka jawi się po zdanym egzaminie końcowym, bynajmniej nie wygląda na świetlaną.

Inaczej postawione pytanie

Twierdzę, że jeśli mamy dyskutować o otwartości komercyjnych zawodów prawniczych, to nie dyskutujmy dziś o tym, jak mamić studentów wizją łatwego zarobku tzw. profesjonalnego pełnomocnika. Stawiajmy raczej pytanie, jak ma wyglądać aplikacja, by przyjęty system kształcenia zwiększył podaż dobrych prawników i konkurencyjność usług, a jednocześnie, by aplikacja (radcowska lub adwokacka) była jedynie jedną ze ścieżek, bynajmniej nie domyślną, wyboru wykonywanego zawodu przez prawnika.

Zacznijmy od egzaminów wstępnych na aplikacje. Zdecydowanie dobrze należy ocenić wprowadzenie takich egzaminów przeprowadzanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości we współpracy z samorządami. Ta forma jest zdecydowanie bardziej obiektywna od dawnych egzaminów korporacyjnych. Ich obecny kształt – w ostatnich latach stosunkowo łatwy test weryfikujący znajomość przepisów prawa – jest jednak nie dość satysfakcjonujący.

Kancelaria radców prawnych, Kraków

fot. Jerzy Ruciński

Nie sądzę, aby pogląd, by na egzaminie wstępnym sprawdzać również wiedzę ogólną oraz swobodę i kulturę wypowiedzi, tak jak choćby wciąż ma to miejsce we Francji i Włoszech, był zbyt tradycjonalistyczny. Gdy w mojej kancelarii radcowskiej ogłosiliśmy rekrutację na stanowisko asystentki partnera, w ciągu kilkunastu minut wpłynęło kilkaset maili. Jedynym wymogiem było wykształcenie średnie, dobra znajomość obsługi komputera oraz… języka polskiego, ze szczególnym uwzględnieniem zasad ortografii i interpunkcji. Przeważająca większość listów motywacyjnych pochodziła od absolwentów studiów wyższych. Analiza nadesłanych ofert pozwoliła na wstępne wytypowanie zaledwie kilku kandydatur, pozostałe aplikacje zawierały rażące błędy stylistyczne i ortograficzne. O tym, że wiedza „testowa” nie jest wystarczająca dla oceny predyspozycji do zawodu, miałam również okazję przekonać się podczas rozmów z niektórymi aplikantami. Choć uzyskiwali wysoką ilość punktów na egzaminie wstępnym, to dyskwalifikowały ich (przynajmniej w moim odczuciu) np. niedostatki w zakresie szeroko pojętej kultury osobistej.

Bardziej „predyspozycyjny” system sprawdzania przyszłych aplikantów zapewne zmniejszyłby liczbę osób przyjmowanych każdego roku na szkolenia korporacyjne. Dzisiaj mamy niewątpliwie do czynienia z ich „nadprodukcją”, co wpływa nie tylko na poziom kształcenia (grupy zajęciowe po 150 osób – zajęcia, które w dużej części są powtórzeniem wiedzy teoretycznej zdobytej na studiach), ale również na sytuację aplikantów na rynku pracy (zbyt mały popyt na prawników ze strony potencjalnych pracodawców). W tej sytuacji aplikacja jawi się – i jest to niestety smutna dla aplikantów prawda – jako swoista pańszczyzna. Płaca, na jaką można liczyć, jest zwykle na takim poziomie, że nie sposób się z niej samodzielnie utrzymać.

Uczyć praktycznie

Warunkiem zwiększenia podaży dobrych prawników i konkurencyjności usług jest również zmiana modelu trzyletnich aplikacji radcowskich i adwokackich będących de facto powtórzeniem studiów akademickich. Obecny model po prostu nie ma racji bytu.

Kilkugodzinny blok wykładów w tygodniu plus wymóg jednego dnia praktyki w kancelarii (oprócz pierwszego roku, bo wtedy praktyki odbywa się w sądzie lub prokuraturze), do tego dwukrotny w ciągu miesiąca „kontakt” z patronem (model obowiązujący aktualnie na aplikacji radcowskiej) – to nie są proporcje zapewniające aplikantom wymaganą dawkę kontaktu z „żywym prawem”. Zaryzykuję tezę, że żadna Okręgowa Izba Radców Prawnych lub Okręgowa Rada Adwokacka nie jest w stanie przygotować od strony praktycznej 150 czy 200 prawników do wykonywania zawodu. Aplikacja mogłaby być skrócona nawet do dwóch lat, ale za to skoncentrowana niemal wyłącznie na zajęciach praktycznych, włączając w to praktyki albo pracę w kancelariach. Oczywiście, dla aplikantów trzeba by znaleźć odpowiednią ilość kancelarii (patronów) mogących zapewnić im takie szkolenie przez rzeczywisty udział w bieżącej działalności kancelarii.

Warunkiem zwiększenia podaży dobrych prawników i konkurencyjności usług jest również zmiana modelu trzyletnich aplikacji radcowskich i adwokackich będących de facto powtórzeniem studiów akademickich

I tak wracamy do punktu wyjścia – najważniejszym regulatorem pozostaje rynek. Kancelarie są w stanie wchłonąć tylu aplikantów, ilu jest im potrzebnych do fachowej obsługi wykonywanych zleceń. Adwokaci i radcowie powinni więc móc dobierać sobie aplikantów, aplikanci powinni mieć możliwość ubiegania się o odbywanie praktyk w ramach aplikacji u wybranych przez siebie prawników. Wygranymi, po obu stronach, byliby najlepsi – na egzaminie końcowym nastąpiłaby weryfikacja zdobytej wiedzy, umiejętności i doświadczenia.

Przyjęcie omówionej powyżej, z konieczności skrótowo, propozycji pogodziłoby zarówno teoretyczne potrzeby rynku co do ilości potrzebnych pełnomocników, jak i rozwiązało frustrujący aplikantów problem braku praktycznego przygotowania do świadczenia usług prawnych.

Aplikant za ograniczeniami

Dostęp do zawodów radcy prawnego i adwokata należy pozostawić bezsprzecznie otwarty, czas natomiast poważnie zastanowić się nad granicami tej otwartości. Współorganizowanie egzaminów przez Ministerstwo Sprawiedliwości i samorządy to model działania, który się sprawdził. Pilne zmiany potrzebne są natomiast w zakresie kryteriów naboru, a co za tym idzie, formule egzaminów wstępnych, a także organizacji szkolenia aplikantów tak, aby przewagę zyskał praktyczny wymiar nauki zawodu.

Dodam tylko, że chcąc się przekonać, w jakim stopniu moje przekonania odbiegają (bądź nie) od poglądów samych aplikantów i świeżo upieczonych prawników, przeprowadziłam mały sondaż wśród niemal dwudziestu współpracowników kancelarii, w której jestem partnerem – aplikantów i radców prawnych. Co zdumiewające, mówią oni niemal jednym głosem o tym, że dzisiaj dostęp do zawodu jest zbyt łatwy, a system kształcenia na aplikacji to rozwiązanie zastępcze. Postulują jednocześnie podwyższenie wymogów na egzaminie wstępnym, zmianę jego formuły (na niewyłącznie testową) oraz zmianę modelu aplikacji na praktyczny.

Czy wynika to z koniunkturalizmu obecnych aplikantów czy z antycypacji ich przyszłej sytuacji na rynku? Odpowiedź na to pytanie nie ma większego znaczenia. Ważniejsze jest, by w dyskusji nad przyszłym kształtem rynku usług prawniczych brać pod uwagę i ten głos. Niezwykle reprezentatywny, bo pochodzący przecież od tych prawników, którym całkiem niedawno otwarto (zbyt) szeroko drzwi do zawodu.