Czas powrotów

Tagi: , ,

 

Łańcuch sędziowski, atrybut sędziego

Fot. Krzysztof Wojciewski

W tym roku nastąpi prawdziwy eksodus sędziów z resortu sprawiedliwości. Wrócą do orzekania. To efekt reorganizacji struktury urzędu, a także ograniczonych ostatnią nowelizacją prawa o ustroju sądów powszechnych uprawnień Ministra Sprawiedliwości. Działania redukujące liczbę resortowych delegacji zgodne są z postulatami środowiska sędziowskiego.

Resort zamierza sukcesywnie ograniczać liczbę delegowanych sędziów – dwudziestu z nich odejdzie z Ministerstwa Sprawiedliwości jeszcze w tym półroczu, kolejnych dwudziestu ma opuścić resort do końca roku. Tempo zmniejszania liczby delegacji zależy jednak od tego, czy na miejsce odchodzących osób uda się znaleźć fachowców nie-sędziów.

W 2005 r. w Ministerstwie Sprawiedliwości było zaledwie 75 sędziów, potem z każdym rokiem coraz więcej, z końcem 2010 r. w resorcie pracowało 158 sędziów, a w marcu 2011 r. nawet 163 (patrz ramka – przyp. red.). – Wyraźny wzrost liczby sędziów delegowanych do Ministerstwa nastąpił w 2007 r., gdy ówczesny wiceminister sprawiedliwości Andrzej Kryże zaczął przygotowywać zmiany zapowiadane przez Zbigniewa Ziobrę. Ktoś musiał pisać projekty tych ustaw i uznano, że najprościej sięgnąć po sędziów. Liczba sędziów oddelegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości zmniejsza się systematycznie od około roku i nadal będzie spadać. Obecnie oddelegowanych jest 146 sędziów – wyjaśnia Grzegorz Wałejko, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Minister może mniej

Konieczność ograniczenia sędziowskich delegacji do Ministerstwa wynika z przepisów nowelizacji ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, które wchodzą w życie 28 marca br.

Dotychczas Minister Sprawiedliwości sprawował nadzór administracyjny nad przebiegiem postępowań. Czynności te mógł, zgodnie ze wspomnianą ustawą (i konstytucyjną zasadą niezależności władzy sądowniczej), wykonywać wyłącznie za pomocą sędziów delegowanych do resortu. Po nowelizacji, nadzór administracyjny nad postępowaniami znajdzie się w gestii prezesów sądów okręgowych i apelacyjnych. Minister zacznie zaś monitorować nadzór prezesów. Do wykonywania wspomnianych zadań potrzeba więc będzie mniej sędziów.

Największa grupa sędziów delegowanych obecnie do resortu sprawiedliwości, a więc 55 osób, pracuje w Departamencie Sądów, Organizacji i Analiz Wymiaru Sprawiedliwości. Zajmują się oni również zarządzaniem sędziowskimi kadrami. – Zarządzanie kadrami to sędziowska część nadzoru. Takie czynności resortu jak budowa struktury sądów, przygotowywanie powołań prezesów, kontakty z nimi, muszą być wykonywane przez sędziów – wyjaśnia minister Grzegorz Wałejko.

Po nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych Minister Sprawiedliwości nie będzie też obowiązany do opiniowania kandydatów na stanowiska sędziów. Projekty takich opinii dotychczas przygotowywali ministrowi zatrudnieni w resorcie sędziowie. Minister nie będzie także powoływał prezesów i wiceprezesów sądów rejonowych. Od 28 marca kompetencje te przechodzą w gestię prezesów sądów apelacyjnych. Prezesów sądów rejonowych jest 321, wiceprezesów dwa razy więcej. W efekcie ubędzie ponad 960 decyzji kadrowych, w których przygotowywaniu uczestniczyli sędziowie delegowani do resortu sprawiedliwości.

Zatrudnieni w Ministerstwie sędziowie pracują też w Departamencie Wykonania Orzeczeń i Probacji. Nadal, choć już w mniejszym stopniu niż za czasów ministra Zbigniewa Ziobry, zajmują się też legislacją. Ich praktyka orzecznicza sprzyja bowiem tworzeniu spójnych przepisów. – Fachowość sędziów jest szczególnie wysoko ceniona, jeśli chodzi o legislację koncepcyjną i wykonawczą z zakresu prawa sądowego, podobnie jak przy organizowaniu egzaminów na aplikacje – zauważa Grzegorz Wałejko. Praktyczna wiedza prawnicza jest nieoceniona przy weryfikacji zadań egzaminacyjnych, stąd resort zatrudnia sędziów również w Departamencie Zawodów Prawniczych i Dostępu do Pomocy Prawnej.

Pustki za sędziowskim stołem

Delegowanym do Ministerstwa Sprawiedliwości sędziom przysługuje dodatek funkcyjny, dodatek specjalny za wykonywane zadania, ryczałt na mieszkanie lub zwrot kosztów wynajmu, ryczałt na przejazdy komunikacją miejską, także zwrot kosztów weekendowych podróży do domu. W sumie, ich miesięczne świadczenia na delegacji mogą być nawet o 60-80 proc. wyższe niż wynagrodzenie w sądzie macierzystym, co oznacza dodatkowy przychód sięgający od 2,5 tys. zł do nawet 10 tys. zł miesięcznie. Delegacje ministerialne trwają od kilku miesięcy do kilkunastu lat.

W Ministerstwie sędziowie zajmują rozmaite stanowiska, do funkcji wiceministrów włącznie. Do resortu przychodzili ze wszystkich okręgów, z tym, że w ostatnich latach przestrzegano, by nie powoływać na delegacje ministerialne sędziów z Warszawy, gdzie są największe braki kadrowe. Wcześniejsze delegacje, zdaniem sędziów ze stolicy, znacząco uszczupliły stołeczne kadry. – Z mojego okręgu delegowano prawie 30 sędziów, co oczywiście rodzi problemy. Jesteśmy w tej nieszczęśliwej sytuacji, że kilkadziesiąt etatów sędziowskich stale mamy niezajętych – mówi sędzia Wojciech Małek, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Warszawie.

Ministerstwo namawia więc sędziów, którzy odejdą z Ministerstwa Sprawiedliwości, by zostali i sądzili w Warszawie. Takie osoby zachowają niemal wszystkie apanaże sędziego delegowanego (w tym dodatek funkcyjny wizytatora sądu okręgowego wynoszący do 1,6 tys. zł miesięcznie), nie otrzymają natomiast dodatku specjalnego. Zdecydowano również, że ministerstwo w pierwszej kolejności będzie rozstawać się z sędziami delegowanymi z sądów warszawskich.

Negatywne konsekwencje dużej liczby delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczą nie tylko stolicy. Prezesi sądów rejonowych wskazują na duże kłopoty organizacyjne związane z przerwaniem orzekania w sprawach prowadzonych przez delegowanego sędziego, a tym samym na wzrost przewlekłości postępowań. Z kolei sędziowie, którym przydzielono te sprawy, są nazbyt obciążeni pracą. – Zasadą jest, że delegowanie następuje tylko z takiego sądu, z którego jest to możliwe bez pogarszania sprawności orzekania. Oczywiście, każdy prezes powie, że u niego to niemożliwe, że nastąpi znaczne osłabienie pracy sądu. Ale to często przesada. Biuro analiz w Ministerstwie zawsze liczy obciążenie sądów i często okazuje się, że w takiej czy innej jednostce są rezerwy, zaś inni sędziowie mogą bez problemu przejąć sprawy, które prowadził delegowany kolega – podkreśla minister Wałejko.

Czasem trzeba dłużej

Duży wzrost i początek spadków
Liczba sędziów delegowanych do resortu
sprawiedliwości w ostatnich sześciu latach
Stan na dzień: Liczba delegowanych
sędziów
31.12.2005 r. 75
31.12.2006 r. 96
31.12.2007 r. 132
31.12.2008 r. 139
31.12.2009 r. 150
31.12.2010 r. 158
31.12.2011 r. 152

Sędzia delegowany do ministerstwa pozostaje nadal na swoim etacie sędziowskim, nie zwalnia go. Nie można więc na jego etacie zatrudnić innego sędziego, by odciążył tych, którzy przejęli sprawy prowadzone przez delegowanego kolegę.

– Z jednej strony narzeka się, że brakuje sędziów do orzekania, z drugiej zabiera się ich do Warszawy. To dwulicowość – twierdzi sędzia Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Stowarzyszenie w styczniu 2012 r. wyszło z własną inicjatywą zmian w zasadach delegowania sędziów do Ministerstwa Sprawiedliwości.

„Okres delegacji sędziego do wykonywania czynności administracyjnych w Ministerstwie Sprawiedliwości lub w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury może wynosić maksymalnie dwa lata. Sędzia w okresie delegacji nie może awansować do sądu wyższego rzędu albo do sądu administracyjnego. Wprowadzenie tych ograniczeń zapobiegnie dalszemu drenażowi kadry sędziowskiej prowadzonemu przez Ministerstwo Sprawiedliwości, którego efektem jest niemal 300 sędziów odsuniętych od wykonywania ich podstawowego obowiązku, jakim jest wymierzanie sprawiedliwości” – głosiła „Iustitia” w swoim oświadczeniu.

Ostatnio Stowarzyszenie zmieniło swoje ustalenia liczbowe. Sędzia Przymusiński, w mailu do dziennikarza „Na wokandzie”, stwierdza: „Nie ma i nie było 300 sędziów w MS. Zaktualizowaliśmy nasze stanowisko: wskazujemy obecnie, że tych sędziów jest ponad 150”. Stowarzyszenie nie zmieniło jednak meritum swojego stanowiska. – Po dwóch latach delegowania sędzia powinien decydować – albo wraca do orzekania, albo traci prawo powrotu do sądu i musi startować w konkursie na stanowisko sędziego. A w czasie tych dwóch lat nie powinien awansować – przekonuje sędzia Bartłomiej Przymusiński.

– Rygorystyczne przestrzeganie maksymalnego dwuletniego okresu delegowania doprowadziłoby do degrengolady jakości pracy Ministerstwa, a także jakości prawa projektowanego w ministerstwie – twierdzi minister Grzegorz Wałejko. Zdaniem ministra, dwa lata jako maksymalny okres sędziowskiej delegacji byłby zbyt krótki. Przez kilka miesięcy sędzia delegowany uczy się w ministerstwie nowych zadań i techniki pracy, nabiera doświadczenia, zatem przy założeniu, że delegacje mogłyby trwać dwa lata, zdobyte umiejętności sędzia mógłby wykorzystywać zaledwie przez kilkanaście miesięcy. – To nieracjonalne. Nie istnieją też racjonalne powody, dla których sędzia w trakcie delegowania nie mógłby awansować z sądu rejonowego do okręgowego – mówi minister Wałejko. – Zdaję sobie sprawę z faktu, że część środowiska sędziowskiego generalnie bardzo źle odnosi się do kwestii resortowych delegacji. Być może wynika to z niewiedzy, że niektóre czynności ministerstwa wobec sądów, takie jak np. nadzór nad czynnościami administracyjnymi sądów związanymi bezpośrednio z działalnością orzeczniczą, mogą być wykonywane wyłącznie przez sędziów. Minister, a więc władza wykonawcza, nie może pełnić tych zadań z ich wyłączeniem. Postulat radykalnego ograniczenia delegacji do ministerstwa zdaje się więc wynikać z niezrozumienia zasad ustrojowych i roli sędziów w Ministerstwie Sprawiedliwości – podkreśla minister.

Gdzie ci fachowcy?

Obecne zasady delegowania do resortu budzą duże emocje wśród sędziów, wyrażane zwłaszcza podczas anonimowych dyskusji w Internecie: „To wam zawdzięczamy, że jest coraz gorzej w sądownictwie. To, że ciężko pracujecie przez osiem godzin jest żałosnym argumentem, bo w tym czasie pięć razy wyjdziecie na miasto. Każdy sędzia warszawski doskonale wie, jaką macie ciężką pracę na delegacji. Jak tak ci ciężko, to wróć do macierzystego sądu i zacznij rozpoznawać sprawy, które teraz muszą za ciebie załatwiać inni. Ale tego nie zrobisz, bo nie chcesz tyrać za połowę tego, co teraz, i przed wcześniejszym wydeptaniem sobie awansu”. Podobne anonimowe opinie nie są rzadkością.

– W Ministerstwie Sprawiedliwości powinno pracować góra 20 sędziów, spec-fachowców z wybranych dziedzin – żeby inicjować, rozwijać, nadzorować, czyli jako osoby kreatywne. Tymczasem większość ze 150 sędziów w ministerstwie przerzuca papiery. Czemu sędzia ma wyręczać innych prawników? – pyta sędzia Jacek Ignaczewski z Sądu Rejonowego w Olsztynie. Wskazuje, że dezorganizuje to pracę sądów, bo powstaje „dziura etatowa”. – Sam za ministra Ziobry przez rok dezorganizowałem pracę w swym wydziale, bo byłem delegowany do ministerialnego Biura Analiz i Etatyzacji Sądownictwa. Wydawało mi się, że jestem tam od reformy wymiaru sprawiedliwości i nie plamiłem się pracami biurowymi. Likwidowano wtedy asesurę w wyniku wyroku Trybunału Konstytucyjnego, miałem wymyślić, co zrobić po tym orzeczeniu. Widzę jednak, że nie wziąłem udziału w żadnej reformie. Dziś jeden z sędziów mojego sądu też jest delegowany do ministerstwa. Przerzuca papiery, a my się męczymy – twierdzi sędzia Ignaczewski.

– Minister Sprawiedliwości korzysta z pomocy sędziów nie tylko w obszarach, w których jest do tego zobowiązany ustawowo, ale także wtedy, gdy jest to wskazane ze względów pragmatycznych i dobrze służy jakości pracy resortu. Oczywiście, w wielu dziedzinach sędziowie mogliby być zastępowani innymi fachowcami, dlatego chcemy stopniowo „wyprowadzać” sędziów z pionów, w których ich obecność nie jest wymagana prawem – podsumowuje minister Grzegorz Wałejko.