Dary nowoczesności

Tagi: ,
Jacek Dubois

Rys. Łukasz Jagielski

Dlaczego prokuratura nie pozwala fotografować akt? Dlaczego sąd każe pisać wniosek o wykonanie zdjęć, którego i tak nikt nie rozpoznaje? Dlaczego treści orzeczenia strona nie może poznać przez telefon? Jak to możliwe, że w dobie informatyzacji mamy wciąż rozwiązania jak „za króla Ćwieczka”?

Jako osoba obdarzona antytalentem technicznym jestem zafascynowany nowinkami informatycznymi. Z nabożną czcią patrzę na kolegów uzbrojonych w najnowszy sprzęt elektroniczny, dzięki któremu ich praca jest wydajniejsza i lepiej zorganizowana. Czasem też przeżywam rozczarowania. Przykład? Do stolika w bufecie sądowym podchodzi mecenas pytając, czy kolega mógłby go zastąpić na rozprawie. Adwokat wyjmuje z teczki najnowszy model palmtopa. Uruchamia urządzenie, procedura wejścia w terminarz trwa kilka minut. Zniecierpliwiony mecenas mruczy pod nosem: „Notes panie kolego. Niech pan po prostu kupi sobie notes”.

Naukę zawodu pobierałem w zespole adwokackim. Ksero dopiero raczkowało, a Internet nie istniał. Gdy potrzebowałem kopii akt, ratunkiem okazywała się Pani Czesia, sekretarka zatrudniona w zespole. Rano szła do sądu, gdzie kaligraficznym pismem przepisywała protokoły i na popołudnie zamówione materiały były gotowe. Ćwierć wieku później wygląda to na metodę „jak za króla Ćwieczka”. Zreformowany wymiar sprawiedliwości zapewnia, że jest w stanie obsłużyć interesantów na najwyższym światowym poziomie.

Jednym z najciekawszych dla petenta miejsc jest siedziba Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie przy ul. Ostroroga. Akta są zawsze do dyspozycji. Jest tylko jeden kłopot – do budynku nie można wnieść aparatu fotograficznego, a więc zrobienie fotokopii jest niemożliwe. Urząd, by pomóc, gotów jest wykonać kserokopie samodzielnie, w cenie po złotówce za stronę. Przy dużych sprawach dostęp do akt może zatem pochłonąć kilka miesięcznych pensji. Realizacja prawa do obrony staje się dla osób uboższych iluzoryczna. A może zamiarem prokuratorów było podjęcie działalności gospodarczej dla podreperowania budżetu państwa?

Załóżmy jednak, że chcemy zapłacić, a kłócenie się o pieniądze jest małostkowe. Kserokopie są do naszej dyspozycji, musimy za nie zapłacić w kasie. Jest tylko jedna przeszkoda. Przy ul. Ostroroga prokuratura nie prowadzi kasy, tylko wiele kilometrów dalej, przy ul. Trębackiej. Trzeba jechać i wrócić z kwitkiem zapłaty. Ewentualnie możemy zapłacić przelewem, tyle, że ksero zostanie wydane dopiero, gdy pieniądze wpłyną na konto prokuratury. W najlepszym wypadku urzeczywistnienie konstytucyjnego prawa do obrony zajmie cały dzień.

Równie przyjazne są niektóre Biura Obsługi Interesanta w sądach. W dawnych czasach zacofania technologicznego, by zajrzeć do akt, wchodziliśmy do sekretariatu sądu, co zajmowało kilka minut. Dziś mamy ułatwienie. By akta już czekały na pełnomocnika, zamawiamy je internetowo. Trzeba jednak wykonać kilka czynności – wysłać maila z zamówieniem, na miejscu pobrać numerek i odczekać, aż w czytelni zwolni się stolik, oddać teczkę do depozytu. Musimy też napisać wniosek o zgodę na sfotografowanie akt, którego i tak nikt nie rozpoznaje. Celowość tego wniosku jest zagadką godną Sfinksa. Gdybyśmy chcieli odręcznie przepisać treść interesującego nas dokumentu, wniosek były zbędny Co innego, gdy chcemy uzyskać fotokopie.

W konsekwencji to, co mogliśmy przed laty dostać niemal od ręki, dziś, jeśli mamy szczęście, uda nam się zobaczyć dzień później. Nic nie jest jednak pewne. W praktyce, mimo że otrzymujemy maila zwrotnego informującego o przyjęciu „zamówienia”, nie mamy żadnych gwarancji otrzymania akt do wzglądu. Gdy następnego dnia przybędziemy do BOI może czekać na nas hiobowa wiadomość, że akt nie ma, bo… są gdzie indziej.

Problemem w sądach jest również poznanie treści orzeczeń, które zgodnie z ustawą są jawne. Sekretariaty odpowiadają, że nie udzielają informacji przez telefon. W konsekwencji ciekawski adwokat musi jechać do sądu, co w optymistycznej wersji oznacza przebicie się przez miejskie korki, a w pesymistycznej – przejechanie kilkuset kilometrów, jeśli sprawa prowadzona była w innym mieście.

Zmaganie się obrońcy z urzędnikami zajmuje kilka godzin dziennie, w rezultacie nie ma już czasu na faktyczną obronę

Ciekawostką adwokackiego rzemiosła jest też dowiadywanie się w czyjej dyspozycji przebywa zatrzymany. Funkcjonariusze z reguły odpowiadają, że nie udzielą takiej informacji, bo skąd mają wiedzieć, że pytający jest adwokatem, a nie terrorystą pragnącym uwolnić zatrzymanego. Adwokat z kolei nie ma narzędzi, by móc telefonicznie przeprowadzić dowód, że jest sobą. W konsekwencji, jeśli nie natrafi na życzliwą duszę, musi objechać wszystkie komisariaty w poszukiwaniu swojego klienta.

Podane przykłady to tylko wyrywek adwokackich kontaktów z administracją szeroko pojętego wymiaru sprawiedliwości. Gdyby mistrz Kafka opisał swoim piórem próby zdobycia widzenia z podejrzanym lub ustalenia, kiedy prokuratura planuje podejmowanie czynności z klientem, obok „Procesu” powstałoby kolejne arcydzieło. Zmaganie się obrońcy z urzędnikami zajmuje kilka godzin dziennie. W rezultacie adwokat prowadzący jednoosobową działalność nie ma już czasu na faktyczną obronę.

Nie chcę utyskiwać. Chcę pomóc. Mam jednak wrażenie, że nasza sprawiedliwość jest oszołomiona nowymi technologiami. Ze wszystkim, nawet z nowoczesnością, można sobie poradzić, jeśli przede wszystkim chce się rozwiązywać problemy, a nie przeprowadzać reformy.

Wystarczyłoby zeskanować akta, co wydaje się procedurą konieczną, by uchronić je przed ewentualnym zaginięciem. Stronom procesowym należałoby dać zakreślone dla nich uprawnienia dostępu. Okazałoby się wtedy, że kasy, dziesiątki urzędników, setki spędzonych w korkach godzin są niepotrzebne. Wystarczyłoby włączyć komputer i wszystko wyświetlałoby się na ekranach zainteresowanych.

Wymiar sprawiedliwości reformowany jest od tylu lat. Dlaczego nikt nie chce wybrać rozwiązań, które są najprostsze?