Za dużo sędziów, za mało sądzenia

Tagi: , ,
Sędzia Jolanta Machura-Szczęsna.

fot. Jacek Jankowski

Nadmierna komplikacja procedur, obarczanie orzeczników obowiązkami biurokratycznymi, zbyt duża liczba sędziów. Już dawno staliśmy się urzędnikami, również pod względem mentalnym. Czas przywrócić sędziemu należną rangę – pisze sędzia Jolanta Machura-Szczęsna

Kilkanaście lat temu, jako sędzia i równocześnie przewodnicząca wydziału, byłam w stanie orzekać w sali rozpraw średnio trzy razy w tygodniu. W tamtych czasach projekty nakazów zapłaty przygotowywała dla mnie protokolantka. Dziś, mimo że liczba sędziów wzrosła prawie dwukrotnie, a do wymiaru sprawiedliwości trafili referendarze i asystenci, nakazy muszę pisać osobiście. Sama przygotowuję też wszystkie uzasadnienia (po zniesieniu symbolicznych opłat za ich uzyskanie uzasadnień jest prawie tyle samo, co wyroków), gdyż nie mam asystenta. Dziś w sali rozpraw orzekam raz, a z wielkim trudem – dwa razy w tygodniu.

Przez ostatnie lata zmniejszył się poziom mojej satysfakcji z wykonywanego zawodu. Jestem bardziej przepracowana, a jednocześnie ilość załatwianych przeze mnie spraw jest mniejsza i muszę poświęcać im więcej czasu „za biurkiem”. Biurokratycznych obowiązków mam zresztą mnóstwo. Jako sędzia wykonuję to, co powinien robić asystent, referendarz, ostatnio nawet sekretarz.

Armia urzędników

10 tys. sędziów plasuje Polskę na czołowym miejscu wśród państw o najbardziej licznym korpusie sędziowskim w Europie (12. lokata w poziomie zatrudnienia sędziów zawodowych na 100 tys. mieszkańców, dane CEPEJ, 2010 r.). Nasz kraj jest również na jednym z wyższych miejsc pod względem wydatków publicznych na wymiar sprawiedliwości (zgodnie z danymi CEPEJ – 5. lokata). Jednocześnie polski wymiar sprawiedliwości wciąż cierpi na niską wydolność, postępowania toczą się zdecydowanie zbyt wolno. Wzrost nakładów na sądownictwo nie przekłada się bezpośrednio na wyniki. Sędziom nietrudno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Jedną z przyczyn jest przerost biurokracji.

To paradoks: im więcej sędziów i innych urzędników sądowych, tym dłuższe procedury, powolniejsze postępowanie, tym więcej zadań urzędniczych spadających na sędziego. Praktyka wcale nie potwierdziła, że zwiększenie kognicji sądów wymagało zwiększania ilości etatów sędziowskich. Przykładowo, w sprawach rejestrowych i wieczystoksięgowych, które ilościowo dominują w statystykach, nie ma w ogóle potrzeby udziału sędziów, nawet na funkcjach kierowniczych, mimo to sędziowie nadal w nich orzekają, podczas gdy brakuje ich w innych wydziałach.

Podobnie, nie ma potrzeby zatrudniania nowych pracowników w zasadzie tylko po to, aby prowadzili coraz bardziej skomplikowane statystyki. W ostatnich latach pojawiło się przecież wiele rozwiązań usprawniających pracę, chociażby systemy informatyczne, w których mnóstwo czynności można generować automatycznie. Prowadzenie statystyk też odbywa się dziś w zasadzie bez udziału człowieka.

„W pierwszej kolejności należałoby ujednolicić obciążenie sędziów w skali kraju i poprawić warunki ich pracy, a następnie opracowywać metody oceny tej pracy„

Utrzymując, a nawet wciąż powiększając i tak o wiele za dużą, rzeszę sędziów, toleruje się jednocześnie sytuację, że średnio jedna trzecia z nich de facto nie zajmuje się orzekaniem (lub czyni to w ograniczonym zakresie). Dotyczy to sędziów funkcyjnych (przewodniczących wydziałów, prezesów, wizytatorów), również sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości oraz sędziów pracujących w innych instytucjach, np. KRS. Dodajmy do tego szereg czynności, którymi coraz chętniej obarcza się szeregowych sędziów: kontrolowanie komorników, kontrolowanie tłumaczy przysięgłych, praca w komisjach wyborczych. W efekcie jedynie niewielki wycinek pracy sędziego rejonowego w dużym mieście to stricte „sądzenie”, czyli to, do czego jest on konstytucyjnie powołany. Ta sytuacja doprowadziła już do niemal całkowitego upadku autorytetu sędziego.

Czas powiedzieć otwarcie – liczba sędziów w Polsce już dawno przekroczyła punkt krytyczny. Z satysfakcją dostrzegam, że coraz więcej koleżanek i kolegów sędziów także dochodzi do podobnych wniosków. Dalsze nominacje prowadzą do coraz większego bezwładu sądownictwa. Szkodzą obywatelom, w końcu samym sędziom.

Mniejsza efektywność, gorsze orzecznictwo

W ostatecznym rozrachunku to sędzia – imiennie i dyscyplinarnie – odpowiada za sprawność prowadzenia postępowań, więc tylko on tak naprawdę jest zainteresowany doprowadzeniem „swojej” sprawy do zamierzonego efektu. Skoro nikt inny nie wykonuje za sędziego typowych urzędniczych czynności lub wykonuje je nieudolnie, nolens volens czyni to sędzia. Trudno jednak skupić się na rozwiązywaniu skomplikowanych zagadnień prawniczych lub pochylić nad problemem podsądnego, gdy biurko piętrzy się od akt. W konsekwencji spada efektywność pracy, gdyż w pierwszej kolejności sędzia skupia się na czynnościach czasochłonnych, acz prostych, co jest naturalnym i racjonalnym mechanizmem. I tak, z biegiem czasu i napływem dodatkowych obowiązków formalnych, sędziowie stają się typowymi biurokratami.

W Hiszpanii, która ma jeden ze sprawniej działających systemów sądowniczych w Europie, w każdym sądzie najniższego szczebla orzeka tylko jeden sędzia. Ma za to do dyspozycji własną kancelarię, która dba o wszystko to, czego sędzia robić nie musi i nie powinien. Za pracę swoją i swojej kancelarii, a więc za efektywność sądu, oczywiście odpowiada sędzia. Dlaczego w Polsce nie mogłoby być podobnie?

Ograniczenie liczby sędziów wymusiłoby większą profesjonalizację, a może jedynie przekadrowanie, personelu pomocniczego – asystentów i profesjonalnych sekretarzy. To z kolei odciążyłoby sędziego od typowo urzędniczych czynności, ale również pomogło mu w profesjonalnym przygotowaniu do orzekania, co w konsekwencji musiałoby przełożyć się na podwyższenie poziomu orzecznictwa oraz lepsze wyniki ilościowe. W każdym razie dopiero wówczas możnaby takich efektów od sędziów wymagać.

Sędzia nie brzmi dumnie

Wraz ze zwiększeniem liczby sędziów odwróceniu uległ pozytywny efekt związany z wprowadzeniem przed kilku laty do sądów asystentów i referendarzy. Coraz trudniej zapewnić pomoc asystenta każdemu z aż tak licznej armii orzeczników. Z kolei zawód referendarza, zamiast być funkcją czysto urzędniczą, stał się szczeblem na drodze prowadzącej do statusu sędziego, osiąganego dziś przez referendarzy niejako automatycznie, po upływie określonego czasu typowo „urzędniczej” pracy.

Jakie są tego konsekwencje? Referendarze, dysponując stosunkowo małym doświadczeniem zawodowym (zresztą nie ze swojej winy – zakres ich obowiązków jest przecież bardzo ograniczony), uzyskują nieodwołalnie status sędziego, a tym samym przenoszą do korpusu sędziowskiego typowo biurokratyczne nawyki. W dodatku, karuzela stanowisk w sądzie prowadzi do tego, że zadania awansujących referendarzy przejąć muszą sędziowie, de facto te same osoby, które jeszcze przed chwilą były referendarzami.

Często się słyszy, że nowi sędziowie już nie „sądzą”, lecz „załatwiają sprawy”. Typowe staje się permanentne kalkulowanie, czy sąd drugiej instancji nie uchyli czasem ich orzeczeń, a nie sprawne wydawanie odważnych, sprawiedliwych wyroków. Bo przecież uchylenie orzeczenia to niebezpieczeństwo opóźnienia kariery awansowej. Zresztą „pęd” do kariery, głównie funkcyjnej, to obecnie typowe dążenie wśród młodych sędziów. Paradoksalnie, jest to zjawisko racjonalne i poniekąd zrozumiałe. Przecież bycie sędzią oznacza dziś przede wszystkim biurokratyczną harówkę, z której każdy chce się jak najszybciej wyzwolić.

Togi

Fot. Krzysztof Wojciewski

Sędzia orzekający w sądzie pierwszej instancji to najniższa kategoria. Wobec nasycenia kadrą w sądach wyższego rzędu, młodzi sędziowie marzą o awansie poziomym. Statystyki mówią, że w niektórych sądach ponad połowa sędziów sprawuje jakieś funkcje, w przeważającej części sprowadzające się do nadzorowania pozostałych orzeczników. Jedną z przyczyn takiego zachwiania proporcji między „nadzorcami” i „nadzorowanymi” jest zbyt duża ilość sędziów. Jej zmniejszenie przywróciłoby sens bycia sędzią – nie zaś przewodniczącym, prezesem czy nawet ministerialnym urzędnikiem. W końcu nie od dziś wiadomo, że najlepsze rezultaty daje połączenie odpowiedzialności za efekty pracy z osobą, która tę pracę wykonuje, a nie z osobą nadzorującą.

Analizując statystyki dotyczące zarobków sędziów w krajach europejskich, łatwo zauważyć prostą zależność: im mniej sędziów, tym większe pobory. Stąd też kolejnym argumentem przemawiającym za koniecznością ograniczenia korpusu sędziowskiego jest realna perspektywa zwiększenie wynagrodzeń sędziów bez obciążania budżetu, a tym samym zapobieżenie dalszej pauperyzacji naszego zawodu. Verba veritas

O „zurzędniczeniu” naszego zawodu łatwo przekonać się w sali rozpraw. Coraz częściej za stołem sędziowskim siedzi typowy biurokrata, bez większego zawodowego doświadczenia, czasem dopiero terminujący w zawodzie – przepracowany, ciągle dyscyplinowany, niepewny zawodowej i życiowej przyszłości. Osoba coraz częściej pozbawiona pewności siebie. Te „braki” odejmują sędziom godność niezbędną dla zachowania autentycznego, niewymuszonego sankcjami prawnymi autorytetu.

Ograniczenie etatów sędziowskich z równoczesnym zapewnieniem orzecznikom faktycznego zaplecza asystencko-kancelaryjnego zdecydowanie przyczyniłoby się do zwiększenia autorytetu sędziego i poprawy efektywności wymiaru sprawiedliwości. W naturalny sposób wygasłe etaty spowodowałyby odblokowanie drogi rzeczywistego awansu do sądów wyższych szczebli i ograniczyłyby „parcie” sędziów do pełnienia funkcji administracyjnych – to z kolei odświeżyłoby kadrę i dodało pozytywnej motywacji sędziom już doświadczonym. Zaoszczędzone w ten sposób środki pozwoliłyby podnieść pensje asystentom i samym sędziom, w tym wprowadzić mechanizmy finansowego motywowania sędziów rejonowych, dzisiaj najbardziej sfrustrowanych.

Ważne jest oczywiście również dalsze upraszczanie procedur, dotychczas prowadzone w zasadzie bez konsultacji z praktykami, co przynosi efekty odwrotne od zamierzonych. Reszta zależy od efektywnego zarządzania (przywrócenie nacisku na organizowanie pracy, a nie nadzorowanie) oraz równomiernego obciążenia sędziów pracą – w skali kraju, sądu, wydziału.

Wyzwania są ogromne, tymczasem środowisko milczy w kardynalnej kwestii zbyt dużej liczebności stanu sędziowskiego. Ta inercja legitymizuje status quo i świadczy o tym, że jako grupa zawodowa zatraciliśmy zdolność nonkonformizmu. Nagłaśnianie żądań płacowych przy jednoczesnym tolerowaniu „psucia” sądownictwa nadmiarem etatów nie przydaje sędziom ani popularności w społeczeństwie, ani prestiżu. Zresztą w tym niechlubnym procesie uczestniczą przecież sami sędziowie – opiniując kandydatów na nowych sędziów na zgromadzeniach i w KRS.

Przywróćmy prestiż

Pora rozpocząć wygaszanie etatów sędziowskich do optymalnego poziomu. Małej grupie zawodowej łatwiej zachować prestiż, elitarny charakter, również nieodzowną w naszym zawodzie niezawisłość. Sędziowie powinni mieć poczucie bycia elitą nie tylko w społeczeństwie, ale też w środowisku prawników. Co więcej, obowiązkiem sędziów jest dopominanie się o rozwiązania organizacyjne i prawne przywracające im należny status. Szczególny charakter naszego powołania wynika z konstytucyjnych założeń i tylko z poczuciem wykonywania elitarnych obowiązków osiągniemy stan duchowej niezależności, tak istotny w zawodzie sędziego.

Czytelnym sygnałem, że przestaliśmy być urzędnikami, a na powrót staliśmy się sędziami, będzie sytuacja, w której „statystyczny” sędzia sądu rejonowego będzie ukontentowany już z samego faktu bycia sędzią, bez konieczności uczestnictwa w wyścigu do stanowisk funkcyjnych.