Ile wolności, tyle odpowiedzialności

Tagi: , , , , , , ,
prof. Andrzej Zoll - przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego

Fot. Jerzy Ruciński

O kondycji państwa prawa po ćwierćwieczu transformacji, wyzwaniach polityki karnej oraz przyszłości czekającej młodych adeptów prawa – wywiad z prof. Andrzejem Zollem, przewodniczącym Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego.

- Państwo, racja stanu, dobro wspólne. To kategorie ważne?

– Oczywiście. Bez działania w myśl dobra wspólnego funkcjonowanie społeczeństwa, także samych jednostek, byłoby niemożliwe.

- Ależ Panie Profesorze, żyjemy w czasach ponowoczesnych. Dziś ważna jest indywidualna korzyść.

– Jestem pewny, że to moda przejściowa.

- Współtworzył Profesor kluczowe instytucje państwa prawa w Polsce, dając się poznać jako rzecznik działań na rzecz dobra wspólnego. Jednocześnie nigdy nie pełnił Pan funkcji politycznych…

– Oferty polityczne miałem wielokrotnie, w 1989 r. Jarosław Kaczyński proponował mi nawet startowanie do Sejmu. Ostatecznie, po zakończeniu rozmów Okrągłego Stołu, zostałem wiceprzewodniczącym Państwowej Komisji Wyborczej.

Zawsze odpowiadało mi raczej pilnowanie polityków, niż sprawowanie władzy. Do dziś uważam, że wybory powszechne, umożliwiając zmianę polityczną, są czymś podstawowym w demokracji, dlatego zabezpieczanie ich prawidłowości było pierwszym krokiem dla obrony młodej demokracji w Polsce. Później też zajmowałem stanowiska, których rolą było zabezpieczanie władzy przed zdegenerowaniem. I w Trybunale Konstytucyjnym, gdzie nie dopuszczaliśmy, by tworzone prawo było niezgodne z podstawowymi wymogami. I jako Rzecznik Praw Obywatelskich, gdy do pewnego stopnia patrzyłem władzy na ręce i „gwizdałem w gwizdek”, gdy działo się coś złego.

- Profesor Zbigniew Ćwiąkalski mawia, że w aktywnej polityce nie został, bo nie akceptuje brutalnej gry bez jasnych zasad, ciągłej „walki pod stołem”. Czy Pana wybory życiowe wynikały z podobnych pobudek?

– Będąc najpierw w Komisji Wyborczej, a później w Trybunale Konstytucyjnym, musiałem pozostać z boku życia politycznego. Nawet dzisiaj, jako sędziemu Trybunału w stanie spoczynku, nie wolno mi angażować się aktywnie w życie polityczne.

Generalnie uważam, że to kopanie się pod stołem nie jest konieczne. U nas wciąż ma miejsce, ale demokracja w Polsce będzie dorastać i powoli zaczniemy wybierać inny model sporu politycznego. Spór jest immanentną częścią działania politycznego, choć nie oznacza zaraz wrogości. Troska o dobro wspólne, od której zaczęliśmy tę rozmowę, powinna być powszechna dla ludzi władzy, powinna ich łączyć. Ale nasi politycy jakoś nie potrafią zrozumieć, że walka jest wyłącznie w okresie kampanii wyborczej. Z chwilą zdobycia władzy przez określoną siłę jej konkurenci powinni przyjąć, że to jest ta władza, którą wybrała większość narodu i przez cztery lata ma legitymację do rządzenia. W tym czasie opozycja ma zbierać punkty do przyszłej kampanii. Ma też wspierać rząd, by nie nastąpiło coś złego, a także kontrolować jego prace, by jednak był postęp w państwie. Kontrolować przez program pozytywny, czego u nas zupełnie nie ma.

- Jak Pan ocenia stan państwa prawa w Polsce po blisko ćwierćwieczu transformacji?

– Jesteśmy demokratycznym państwem prawnym, spełnione są podstawowe kryteria, które o tym decydują, są wybory. Mimo tych wszystkich politycznych awantur nikt poważny w Polsce nigdy nie kwestionował ich uczciwości. To jest ogromne osiągnięcie. Natomiast słabością tego systemu jest bardzo małe zaangażowanie obywateli. W Polsce partia zwycięska w wyborach uzyskuje 30-40 proc. głosów, przy frekwencji najczęściej poniżej 50 proc., co w sumie daje słabe kilkanaście procent elektoratu. Więc w zasadzie o jakich rządach większości mówimy? Niewielkie zaangażowanie obywateli jest rzeczywistym zagrożeniem dla demokracji, przy czym partiom niespecjalnie zależy, by ogólny elektorat zwiększać.

- „Milczący” obywatele uważają, że państwo jest dla polityków, urzędników. Oni nie widzą realnych wysiłków, wsparcia ze strony państwa, więc stan naszej demokracji nie bardzo ich obchodzi.

– To jest pewnego rodzaju wytłumaczenie, samousprawiedliwianie bierności przez takie osoby. Bardzo mi się taka postawa nie podoba.

- Ale jaki obywatel ma realny wpływ na wynik wyborów? Nie on decyduje, kto dostanie się do parlamentu, wpisywanie nazwisk na listy wyborcze jest poza nim.

– Nad tym warto by podyskutować. Czasem słyszymy postulaty partii politycznych, by to zmienić, ale po ich dojściu do władzy one cichną. Już w 1991 r. w PKW przygotowaliśmy kodeks wyborczy, którego założeniem była ordynacja mieszana do Sejmu, 2/3 posłów miało być wybierane w jednomandatowych okręgach. Takie bądź podobne rozwiązanie mogłoby być dla wyborców bardziej czytelne, odpowiadające ich przekonaniom.

- Wiele instytucji państwa Pan współtworzył. Co się nam nie udało, jeśli chodzi o Trybunał Konstytucyjny, Rzecznika Praw Obywatelskich?

– Pewne instytucje psujemy. Z wielką satysfakcją spostrzegałem, pełniąc funkcję RPO, że świat nam zazdrościł jakości regulacji dotyczących Rzecznika, jego wysokiej pozycji, bardzo szerokich kompetencji. W sposób znakomity od pewnego czasu osłabiamy jednak tę instytucję, powołując rzeczników resortowych. Poza tym tworzymy takich rzeczników, którzy są nimi nie do końca, bo powołuje ich minister i nie wiadomo, czy to jest już administracja, czy jeszcze niezależność. Zaczęło się od odrębnego Rzecznika Praw Dziecka, który powinien raczej być zastępcą RPO, a tym samym mieć silniejsze niż dzisiaj kompetencje. Do RPO i tak trafiają sprawy dzieci, zresztą jak to podzielić – sprawy dziecka i sprawy rodziny? Dziecko nie jest podmiotem odizolowanym od społeczeństwa.

Jeśli chodzi o Trybunał Konstytucyjny, to ta instytucja zdała egzamin i to dobrze. Porażką jest natomiast źle uregulowany sposób wyboru jego sędziów.

- Znana jest Pańska koncepcja, że czynny polityk nie powinien trafiać do Trybunału. Czy za Pana kadencji w Trybunale dochodziły do głosu zobowiązania polityczne?

– Trudno zweryfikować, czy to zobowiązania, ale podejrzewam, że takie przypadki mogły się zdarzyć. I dlatego twierdzę, że wybór do Trybunału powinien być inny. Kiedyś z przerażeniem wysłuchałem w telewizji, jak jeden z posłów powiedział, że „mamy już pięciu sędziów w Trybunale i trzeba uzyskać większość”. Uważam, że pewien okres przerwy, co najmniej jedna kadencja parlamentu, a więc cztery lata, powinien dzielić pełnienie funkcji parlamentarnych czy rządowych od zasiadania w TK. Do tego szeroka kontrola społeczna kandydatów na etapie wyłaniania sędziów i sam tryb bardzo staranny. U nas to jest trochę łapanka, i to robiona w ostatnich dniach przed upływem kadencji odchodzących sędziów. W efekcie często sędziami TK zostają osoby przypadkowe, niegwarantujące standardu apolityczności oraz odpowiedniego poziomu wiedzy prawniczej.

- Kolejna sprawa to fakt, że niektóre instytucje państwa prawa nazbyt często okazują się niewydolne.

– Nigdy nie jest idealnie, więc trudno, by funkcjonowanie tych organów od razu zaspokajało nasze wysoko postawione oczekiwania. Trzeba na to popatrzeć z pewną dozą zrozumienia.

TK działa w sumie dobrze i ma poważy autorytet w społeczeństwie. Ale weźmy sądy, jest bardzo dużo głosów krytycznych odnośnie ich funkcjonowania. Niewątpliwie są wśród sędziów osoby, które zdecydowanie nie powinny piastować tego urzędu. Kultura rozpraw bywa też bardzo niska, szczególnie wśród młodych sędziów, którzy w wieku 30 lat dostają olbrzymią władzę i zdarza się, że woda sodowa uderza im do głów. Wiele jest tutaj do poprawienia, natomiast ja bym za dużo nie grzebał w sprawach sądownictwa. Trzeba być bardzo ostrożnym z oceną sądów, wszystkich sądów, na podstawie znanych z mediów, pojedynczych przypadków.

Jestem za obecną reformą polegającą na przekształceniu najmniejszych sądów w wydziały zamiejscowe. To nieporozumienie i gra polityczna, gdy mówi się o ich likwidacji, podczas gdy sądy zostają w małych miastach, tylko prezes nie będzie prezesem, a kierownikiem oddziału zamiejscowego. Ta reforma jest naprawdę potrzebna, choćby w Małopolsce mamy taki przypadek, gdzie w pewnym sądzie dwie sędziny są w ciąży i sąd przestaje funkcjonować, bo nie można zebrać składu.

Kodeksy karne

Fot. Krzysztof Wojciewski

- Sędziowie mówią o zurzędniczeniu swojej funkcji, o przeroście biurokracji. Zresztą wiele dziedzin życia dotyka taka źle pojęta mentalność urzędnicza przejawiająca się ślepym przywiązaniem do procedur.

– I tu widzę pewną sprzeczność. Obecna reforma sądownictwa doprowadzi przecież do tego, że będzie mniejsza liczba sędziów sprawujących funkcje, więc idziemy w dobrym kierunku. A środowisko sędziowskie i tak protestuje. Funkcja jest czymś, co przeszkadza sędziemu. Przewodniczący składu orzekającego to jest potrzebna funkcja sędziowska i byłoby bardzo dobrze, gdyby pozostałe wykonywał ktoś inny.

Co do niezawisłości sędziowskiej, to polskie przepisy regulujące dziś tę kwestię są bardzo dobre. W księdze pamiątkowej, którą dostałem od współpracowników z okazji mojego jubileuszu, jest artykuł wybitnego karnisty niemieckiego, prof. Gössela z Monachium. Dramatyczny artykuł, pokazujący głęboką zależność sędziego niemieckiego od administracji, sędziego mianowanego przez ministra landu. Jesteśmy w Polsce w pewnych sprawach bardzo do przodu, powinniśmy bronić naszych rozwiązań dotyczących niezawisłości. Tymczasem mamy jeszcze niekiedy sposób myślenia pochodzący z poprzedniego systemu, kiedy sędzia miał dobrze nastawione ucho na oczekiwania władzy. W niektórych sędziach to pozostało, mam na to twardy statystyczny dowód. W 2000 r., kiedy sprawowałem funkcję RPO, mieliśmy w więzieniach ok. 55 tys. osadzonych. Przyszedł nowy Minister Sprawiedliwości z wyraźną polityką przykręcania śruby, zwiększania aresztów, kar pozbawienia wolności bez warunkowego zawieszenia. I co się naraz stało? W ciągu kilku miesięcy mieliśmy już 80 tys. osób w więzieniach. To jest niezawisłość sędziowska?

- Z drugiej strony środowisko podnosi, że to konkretne działania władzy wykonawczej obliczone są na ograniczanie niezależności sądów, w konsekwencji niezawisłości stanu sędziowskiego. Prezes sądu pozbawiony władzy kadrowej i budżetowej ma być takim przykładem.

– Nie zgadzam się. Myśmy już w 1989 r. o to zadbali, by wynagrodzenia sędziów i wszystkie kwestie dotyczące statusu sędziego określane były abstrakcyjnie w przepisach prawa, by nie były ustalane indywidualnie w odniesieniu do konkretnego sędziego. Jest immunitet, stan spoczynku, sędzia nie musi martwić się o to, czy będzie musiał dorabiać do emerytury. Nie ma więc realnych obaw, że dyrektor sądu, który kuso patrzy na jakiegoś sędziego, będzie mógł wpływać na jego orzecznictwo.

- Będzie mógł sędziemu odebrać urzędnika.

– To wprowadźmy przepis, że sędzia ma prawo do wyboru asystenta, który mu odpowiada. Zresztą idziemy w tym kierunku, coraz więcej sędziów będzie miało asystentów.

Moje doświadczenia ze środowiskiem sędziowskim są wprawdzie ograniczone, ale nie podzielam jego argumentów. Mieliśmy z racji prac w Komisji Kodyfikacyjnej trochę kontaktów ze stowarzyszeniem sędziowskim, które aktywnie protestuje przeciwko zmianom status quo w wymiarze sprawiedliwości. Muszę powiedzieć, że to, co od nich dostaliśmy jako uwagi do projektu nowego k.p.k., wyraźnie szło w kierunku przekonania, że sędzia nie powinien za dużo pracować. Wszędzie tam, gdzie chodziło o zwiększenie aktywności sędziego w postępowaniu, krytyka była jednoznaczna.

- Drażliwą kwestią jest też sposób reformowania wymiaru sprawiedliwości. Bywa tak, że leczymy objawy, nie przyczyny. Przykład pierwszy z brzegu – jeśli mamy za mało miejsc w zakładach karnych, to zlikwidujmy świetlice. I problemu, na papierze, nie ma.

– Generalnie mamy za dużo ludzi w zakładach karnych. I reforma Kodeksu karnego, którą dzisiaj przygotowujemy w uzgodnieniu z Ministrem Sprawiedliwości, ma doprowadzić do istotnego zmniejszenia liczby osób pozbawionych wolności, przy jednoczesnym nie liberalizowaniu kwestii odpowiedzialności za popełnione czyny. W tym celu musimy zintensyfikować środki karne stosowane na wolności. Dużą szansę daję tu dozorowi elektronicznemu. To bardzo dolegliwy środek, jednocześnie ekonomicznie dużo tańszy niż kara pozbawienia wolności, społecznie zaś prowadzący do mniejszych szkód.

Proszę zauważyć, że, po pierwsze, obraz stanu przestępczości w Polsce jest w mediach znacznie przesadzony, mamy bowiem stopień zagrożenia przestępczością na poziomie średniej europejskiej. Po drugie, pozbawianie kogoś wolności w celu jego resocjalizacji zawiera w sobie daleką niespójność, zwłaszcza jeśli dotyczy to przewin lżejszego kalibru. Chcąc uspołecznić człowieka nie możemy wyciągać go ze społeczeństwa…

- Pańska ocena sposobu tworzenia prawa w Polsce?

– Miałem okazję pełnić funkcję przewodniczącego Rady Legislacyjnej przy premierze Buzku i obserwowałem, jak z rządu wychodziły zupełnie przyzwoite projekty, które potem były psute już w AWS, kiedy różne frakcje wychodziły z kontrprojektami wobec własnego rządu. Bardzo często byłem też świadkiem rozmów typu „ten projekt opozycji jest świetny, ale nie możemy go poprzeć, bo to projekt opozycji, musimy wyjść z innym lub go totalnie skrytykować”. To jest chore, ale taki mechanizm obserwujemy przy działaniu każdej nowej władzy.

Druga sprawa to nieuzasadniony imperatyw zmieniania ustaw. W Polsce, gdy stwierdzimy, że jakiś wycinek życia społecznego nie funkcjonuje jak należy, to zaraz nowelizujemy prawo – zupełnie nie badając przyczyn takiej dysfunkcji. W efekcie, nowelizując nie trafiamy w sedno problemu i dalej coś nie funkcjonuje jak należy. Nie bierze się zupełnie pod uwagę elastyczności prawa i tego, że w ramach określonej normy możliwe są dość znaczne zmiany polityki działania. Dodatkowo, cała technika legislacyjna poszła u nas bardzo do dołu. Widzę to również po sobie, po pracach w Komisji Kodyfikacyjnej. Aktualnie mamy kwestię środków zabezpieczających, to bardzo gorący temat, musimy w krótkim czasie zamknąć sprawę groźnych przestępców objętych amnestią z 1989 r. O środkach zabezpieczających jest dziś kilkanaście przepisów, z ilomaś paragrafami, Makarewicz w grobie się przewraca! Nie uczymy się zupełnie znakomitej przedwojennej szkoły legislacji. Proszę zobaczyć – w 1918 r., gdy tworzyliśmy zupełnie nowe państwo, ile dzienniki ustaw miały tomów, stron, a ile mają ich dzisiaj?

Wiele jest do poprawienia w wymiarze sprawiedliwości, natomiast ja bym za dużo nie grzebał w sprawach sądownictwa. Trzeba być bardzo ostrożnym z oceną wszystkich sądów na podstawie znanych z mediów, pojedynczych przypadków

- Nowy projekt Kodeksu postępowania karnego, który wyszedł spod Pana ręki, jest krokiem milowym, by w polityce karnej pewne rzeczy usprawnić. Powstaje jednak wątpliwość, czy choćby szerokie stosowanie trybów konsensualnych nie przyniesie uszczerbku dla samej idei sprawiedliwości.

– Ta wątpliwość nie jest pozbawiona uzasadniania. Trzeba jednak sobie powiedzieć, że w żadnym systemie nie ma tak, by 100 proc. popełnionych przestępstw zostało ukaranych – nie tylko ze względu na niewydolność policji, która nie jest w stanie ujawnić wszystkich przestępstw, ale również dlatego, że aparat sprawiedliwości jako całość nie byłby w stanie temu podołać. Temu służy umorzenie postępowania z powodu znikomej społecznej szkodliwości czynu, temu służą inne blokujące przepisy, które nie doprowadzają do zakończenia sprawy wyrokiem skazującym. To się oczywiście dzieje z pewną szkodą dla sprawiedliwości.

Do pewnego stopnia podobny mechanizm działa przy konsensualnych trybach. W Komisji Kodyfikacyjnej uważamy jednak, że lepiej będzie dla skuteczności sądów, jeśli pewne kategorie spraw rozstrzygniemy poza rozprawą. Pewną gwarancją dla sprawiedliwości będzie tu wymóg zgody pokrzywdzonego na takie rozstrzygnięcie. Jesteśmy tutaj blisko nowej filozofii działania wymiaru sprawiedliwości – sprawiedliwości naprawczej. W tej filozofii funkcja prawa karnego to również likwidacja konfliktu wywołanego przestępstwem. Tryb konsensualny tę funkcję spełnia, choć oczywiście może nie do końca spełnia funkcję odwetową, retrybutywną.

- Wątpliwości może też budzić wprowadzenie większej kontradyktoryjności postępowań – z uwagi na to, że w praktyce instytucja obrony z urzędu przybiera formy dalece niedoskonałe.

– Rola obrońcy z urzędu jest nieco przesadzona, Polacy coraz częściej będą sięgali po obrońcę z wyboru. Jestem tu optymistą i sądzę, że stan zamożności społeczeństwa będzie się poprawiał. Obrona z urzędu ma być jednak zabezpieczeniem na wypadek, jeśliby to życzenie się nie spełniło. A od tego jest Naczelna Rada Adwokacka, żeby dbała o etykę obrońców. Również sąd powinien sygnalizować przypadki, gdy osoba biorąca udział w postępowaniu jako obrońca z urzędu nie spełnia swoich obowiązków.

Podstawowa wartość nowego k.p.k. jest taka, że to nie sąd będzie w Polsce śledczym, bo przecież dzisiaj powtarza on czynności prokuratury od początku do końca. Dziś prokurator może spać na rozprawie, zupełnie się wyłączyć, i temu ewidentnemu marnowaniu sił i środków, w konsekwencji także psuciu autorytetu wymiaru sprawiedliwości, musimy zaradzić. Nie bez znaczenia jest też szkodliwy wpływ obecnego modelu procesu karnego na wizerunek sędziego, który w oczach oskarżonych uchodzi za instytucję związaną z prokuratorem, więc nieobiektywną. Tymczasem sędzia ma być tym, który rozstrzyga sprawę, a nie udowadnia winę oskarżonemu.

- Panie Profesorze, pomówmy o prokuraturze. Czy oddzielnie urzędu Prokuratora Generalnego od Ministra Sprawiedliwości nam nie wyszło, czy też politykom trudno się rozstać z wpływem na bieg postępowań w prokuraturze?

– Myślę, że jedno i drugie. Na pewno nie wszystko przy tym rozdzieleniu zostało do końca uporządkowane. Mam wątpliwości, czy aż tak duża niezależność prokuratora oraz obecna rola Krajowej Rady Prokuratorów, to są właściwe rozwiązania. Samo rozdzielenie było konieczne i zostało dokonane w ostatnim momencie. Doprawdy trudno sobie wyobrazić polityczne piekło, jakie byśmy dziś mieli, gdyby śledztwo smoleńskie prowadził Minister Sprawiedliwości. Na pewno jednak niezależność prokuratora nie może przybierać kształtu niezawisłości sędziowskiej.

Istnieje pewne nieporozumienie dotyczące dyrektyw Rady Ministrów odnośnie kierunków polityki karnej. Musimy pamiętać, że rząd jest odpowiedzialny za stan bezpieczeństwa państwa, więc kwestia realizacji polityki karej prowadzonej w państwie nie może być dla niego obojętna. Rząd powinien zatem dawać pewną ocenę stanu bezpieczeństwa wewnętrznego, analizować politykę karną i wyciągać z tego wnioski. Te wnioski nie powinny wiązać Prokuratora Generalnego, ale powinien on mieć ich świadomość. Inaczej mówiąc, prokurator powinien móc w Sejmie powiedzieć choćby to, że rząd wyciągnął określone wnioski, ale on uważa je z takich a takich powodów za nietrafne i się do nich nie zastosował.

Drugi konieczny kierunek zmian to wzmocnienie roli procesowej Ministra Sprawiedliwości, który powinien mieć możliwość zaskarżenia każdego orzeczenia, mieć możliwość wyjścia z nadzwyczajną kasacją na wzór RPO czy PG – a więc oddziaływania na politykę karną nie drogą dyrektyw, tylko żądania rozstrzygnięcia sporu przez Sąd Najwyższy.

- Nie mogę odmówić sobie pytania o artykuł 212 k.k. Dlaczego Pan, liberał, tak bardzo broni odpowiedzialności karnej za zniesławienie?

– Nie wiem, czy tak do końca jestem liberałem. A bronię z tego powodu, że wolność słowa musi się wiązać z odpowiedzialnością za słowo. Nie ma odpowiedzialności bez wolności, ale też nie ma wolności bez odpowiedzialności, to są dwie strony tego samego medalu. Jeżeli dziś mówimy, że dziennikarz musi mieć pełną wolność słowa, że nie ma cenzury, to nie znaczy przecież, że może pisać absolutnie wszystko.

- Spór o art. 212 dotyczy prawa mediów do krytykowania władzy, bo na tym gruncie przepis ten jest najczęściej wykorzystywany. I dziennikarz uprawiający taką krytykę ma zazwyczaj bardzo małe możliwości zweryfikowania stopnia prawdziwości informacji, które są dla tej władzy zarzutem.

– Ależ proszę bardzo, jest tu cały aparat dotyczący rzetelności, art. 12 i 14 prawa prasowego mówiące o obowiązkach dziennikarzy. Wolność w krytykowaniu władzy jest tu znacznie rozszerzona, odpowiedzialność – zawężona. Wystarczy dołożenie szczególnej staranności w zbieraniu materiałów, która nawet przy podaniu nieprawdy wyłącza odpowiedzialność.

- To są kwestie dość uznaniowe. Czy Profesor naprawdę wierzy, że sady rejonowe orzekające w takich sprawach są przygotowane do badania niuansów relacji władza – media?

– Jeśli nie są, to trzeba wystąpić do Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, żeby się nauczyły. Proszę też zwrócić uwagę na to, co dziś proponuje Komisja Kodyfikacyjna. Zawężamy art. 212 tylko do pomówienia o fakty, które są nieprawdziwe. Jeśli ktoś umyślnie łże na temat drugiej osoby, że coś zrobiła, to ma za to nie odpowiadać?

- Nie widzę spraw w Polsce, by dziennikarze umyślnie łgali w celu zdyskredytowania polityków, nie mówiąc już o poniżaniu zwykłych obywateli.

– Nie ograniczajmy tego wyłącznie do dziennikarzy. Przecież to jest przepis również dla tych, którzy w radio występują, dzwonią i różne rzeczy wygadują, piszą do gazet i redaktorzy to publikują. Jeśli ktoś rozpowszechnia informacje, które są nieprawdziwe, to niech za to odpowiada, nie mam tu żadnych hamulców.

- Panie Profesorze, jesteśmy w okresie otwierania dostępu do zawodów regulowanych. Przedstawiciele profesji prawniczych alarmują, że w ich przypadku ten dostęp jest już zbyt szeroki.

– Dostęp do zawodów, wcześniej dramatycznie ograniczany przez korporacje zawodowe, powinniśmy byli otworzyć i nie sądzę, by kiedykolwiek w przyszłości nastąpiła konieczność jego ograniczania. Dlaczego z prawnikami nie ma być tak, jak jest z architektami czy lekarzami, że każdy, kto chce i ma ku temu przygotowanie, mógł świadczyć usługi prawnicze? Ktoś, kto jest dobry, zawsze na tym rynku sobie poradzi – niezależnie od tego, jak bardzo będzie on konkurencyjny. Wierzę w konkurencję, ona przynosi w znakomitej większości pozytywne owoce, i dla rynku, i dla samych konkurujących.

- Problem w tym, że w Polsce rynek usług prawniczych nie jest zbyt rozwinięty. Jakie rady odnośnie budowania kariery daje Pan swoim studentom?

– Z tym rynkiem nie jest tak źle, jeśli się weźmie pod uwagę, że bardzo niski odsetek osób korzysta z fachowej pomocy prawnej. Co więcej, ze względu na tworzenie się globalnego rynku polscy prawnicy coraz częściej będą musieli obsługiwać cudzoziemców w Polsce i polskich obywateli w sprawach związanych ze stosowaniem prawa obcego lub europejskiego. To są poważne wyzwania stojące przed młodymi adeptami tego zawodu.

- Obchodził Pan we wrześniu jubileusz 70-lecia. Wedle Pańskich przekonań to cezura wykluczająca, choćby w przypadku sędziów TK, dalszą aktywność zawodową. Jaka będzie ta Pańska emerytura?

– Symboliczna (śmiech). Jest to cezura, która dzisiaj nie oznacza dla sędziów TK końca sprawowania urzędu. W moim przypadku oznaczała wygaśnięcie stosunku pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim i konieczność przekazania kierowanej przeze mnie Katedry Prawa Karnego. Będę jednak jeszcze przez rok prowadził na UJ wykład z prawa karnego, wykładam też w Wyższej Szkole Prawa i Administracji Przemyśl-Rzeszów. Kieruję pracami Komisji Etyki w Nauce oraz Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego przy Ministrze Sprawiedliwości, w której chciałbym doprowadzić do końca projekt nowelizacji Kodeksu karnego. Mam więc wiele obowiązków, które nie pozwalają mi pamiętać, że jestem emerytem.

Prawnik-instytucja
Trybunał Konstytucyjny

Fot. Piotr Potrebka

Profesor Andrzej Zoll (ur. 27 maja 1942 r.) jest jednym z najwybitniejszych specjalistów w dziedzinie prawa karnego w Polsce. Studia prawnicze ukończył w 1964 r., w 1968 r. obronił doktorat, habilitację – w 1973 r., zaś w 1988 r. otrzymał tytuł profesorski.Profesor Zoll bierze czynny udział w życiu społecznym, będąc jedną z postaci, które najbardziej przyczyniły się do przemian w Polsce po 1989 r. Uczestniczył w rozmowach Okrągłego Stołu przy „podstoliku” prawniczym. Wśród pełnionych przez niego funkcji wymienić należy m.in.: wiceprzewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej w wyborach 4 czerwca 1989 r., sędzia (od 1989 r.) oraz prezes (1993-1997) Trybunału Konstytucyjnego, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej (1990-1993), przewodniczący Rady Legislacyjnej przy Premierze (1998-2000), a także Rzecznik Praw Obywatelskich (2000-2006). Był wiceprzewodniczącym Komisji ds. Reformy Prawa Karnego, która opracowała projekt kodeksu karnego z 1997 r.

Do najważniejszych publikacji Profesora należą: „Zasady odpowiedzialności karnej” (1998 r.), „Odpowiedzialność lekarza za niepowodzenie w leczeniu” (1988 r.), „Okoliczności wyłączające bezprawność czynu” (1982 r.) oraz trzytomowy „Kodeks karny. Komentarz”, którego Profesor jest redaktorem i współautorem. Do podstawowych zainteresowań prawniczych Profesora należą: aksjologiczne i konstytucyjne podstawy prawa karnego, zasady odpowiedzialności karnej, problematyka winy oraz kary, prawa i wolności obywatelskie oraz prawa człowieka.

Doktor honoris causa uniwersytetów w Moguncji i Wilnie oraz Akademii Medycznej we Wrocławiu. Członek czynny Polskiej Akademii Umiejętności oraz Polskiego PEN-Clubu, wchodzi w skład Akademii Nauki i Sztuki w Salzburgu. Wyróżniony nagrodą im. A. von Humboldta za osiągnięcia w rozwoju prawa karnego i demokracji (2003 r.) oraz nagrodą Totus za szerzenie kultury chrześcijańskiej w zakresie prawa (2007 r.).
(źródło: www.law.uj.edu.pl)