W świecie akt i komentarzy

Tagi: , , , ,
prof. Piotr Hofmański - sędzią Sądu Najwyższego

Fot. Krzysztof Wojciewski

O łączeniu pracy naukowej z orzekaniem, rewolucyjnych propozycjach Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego oraz o szansach dla młodych prawników – „Na Wokandzie” rozmawia z prof. Piotrem Hofmańskim, sędzią Sądu Najwyższego.

Należy Pan do grupy prawników, którzy łączą pracę naukową z praktyką. Czy to się da połączyć? Jak to się zaczęło?

– Dziś, po prawie 20 latach orzekania w sądach, nie czuję się tu „obcym ciałem” (śmiech). Rozpocząłem swoją karierę sędziowską w Sądzie Apelacyjnym w Białymstoku. Inaczej niż wielu kolegów, trafiłem tam nie z sądu okręgowego, a ze świata nauki, jako profesor tamtejszego uniwersytetu.

– Sam Pan zgłosił się na wolne stanowisko sędziowskie czy też o Pana zabiegano?

– Skorzystałem z zaproszenia prezesa sądu. Wyboru tej drogi nigdy nie żałowałem – z pewnością wzbogacenie pracy naukowej o aspekty praktyczne dobrze tej pierwszej służy, bo kwestie prawne obserwuję z innej, szerszej perspektywy. Pozytywny efekt daje również łączenie moich doświadczeń naukowych z doświadczeniami kolegów, którzy przeszli wszystkie szczeble kariery sędziowskiej, kiedy zasiadam z nimi w jednym składzie za stołem sędziowskim.

– Zarówno naukowo, jak i orzeczniczo zajmuje się pan instytucjami świadka koronnego i świadka incognito. Czy ich stosowanie nie nastręcza już problemów? Słyszymy o przypadkach podważania zeznań świadków koronnych.

– Z każdą instytucją prawną jest tak, że potrzebuje trochę czasu, by okrzepnąć. Niewątpliwie z oboma tak się stało i mamy już większą jasność reguł gry. W szczególności z instytucją świadka anonimowego wiązano wielkie nadzieje szerokiego jej stosowania, ale Sąd Najwyższy te zapędy utemperował.

– Na początku obowiązywania tej instytucji uznawano, że przepisy nie zabraniają przydawać statusu świadków incognito pokrzywdzonym. A przecież pokrzywdzony jest osobą znaną z imienia i z nazwiska, w tym charakterze jest przesłuchiwany, więc jego tożsamości nie można utajnić.

– Właśnie to miałem na myśli. Ze świadkiem koronnym jest chyba więcej orzeczniczych problemów. To pewnie wynika z jakości legislacji, która nie była najlepsza.

– A nie z jakości pracy organów ścigania? Prawnicy w sądach mówią, że organa ścigania idą niekiedy na łatwiznę ustanawiając świadkiem koronnym kogoś, kto za cenę wolności będzie gotów powiedzieć wszystko…

– Jakość legislacji przekłada się na jakość pracy.

– Co z instytucją prowokacji policyjnej? Granica między realnymi podstawami do rozpoczynania akcji a działalnością służb, które taką podstawę kreują, jest cienka.

– To sprawa dużo szersza, bo dotyczy problematyki czynności operacyjnych w ogóle. Mowa o granicach legalności tych czynności, a także granicach, w jakich czynności te można uznawać za podstawę dowodzenia w postępowaniu sądowym. Jeśli pojawiła się tendencja do wykorzystywania owoców czynności dowodowych niezależnie od tego, czy były wykonane zgodnie z prawem, to nie ma dla służb lepszej pokusy do łamania prawa. Bo nawet, jeśli ma się pełną świadomość naruszania prawa przy pozyskiwaniu informacji, to i tak myśli się o tym w perspektywie wykorzystania rezultatu pracy. I w konsekwencji to może skłaniać do takich działań. Sądzę, że ten blok zagadnień prędzej czy później trzeba będzie całościowo przejrzeć. To zadanie dla Komisji Kodyfikacyjnej – szczególnie od strony prawa karnego procesowego.

Model śledztwa determinującego przebieg całego procesu to model sowiecki, z którego do dziś nie udało nam się wyzwolić

– Komisja Kodyfikacyjna, której jest Pan współprzewodniczącym, proponuje prawdziwą rewolucję w procedurze karnej. Mówicie Państwo, że dzięki niej będzie szybciej i ciekawiej dla obserwatorów.

– Owszem. Dzisiaj postępowanie sądowe polega na weryfikacji wyników śledztwa lub dochodzenia, a więc powtarzaniu tych czynności – sprawdzaniu, czy świadek, który zeznaje po raz któryś z rzędu, mówi to samo. I to jest absurd. Świadek ma być przesłuchiwany przez prokuratora, tak jak dotąd, ale nie w jego gabinecie, tylko przed sądem. Tam ma się wszystko toczyć na żywo. W śledztwie czy dochodzeniu nastąpi zabezpieczenie tylko kluczowych dowodów, których nie będzie można powtórzyć na rozprawie, czy takich o fundamentalnym znaczeniu dla podjęcia decyzji o oskarżeniu. A całe postępowanie dowodowe ma być powadzone przed sądem.

– Są śledztwa, które trwają po kilka lat i przynoszą efekt dopiero w postaci aktu oskarżenia. Są w nich tysiące świadków, tony akt…

– Musimy z tym skończyć. Postępowanie przygotowawcze ma dostarczyć prokuratorowi informacji co do tego, czy wnieść skargę, czy nie. Następnie, już przed sądem, tej skargi trzeba będzie bronić. Zakładamy, że to jest model, który wymusi aktywność stron w procesie – przy pełnej bierności i obiektywności sądu. Sąd na początku procesu ma być tabula rasa, postępowanie ma się rozpoczynać w momencie wniesienia skargi, bez opasłych akt sprawy. Szybciej ma być m.in. dlatego, że akty oskarżenia będą spływać do sądu bezpośrednio po zdarzeniach.

– Czyli oskarżenie stałoby się czymś w rodzaju zarzutu, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa?

– Uczestnicy gry procesowej są przyzwyczajeni do swych obecnych ról i myślę, że to główna bariera, która będzie utrudniać oswojenie się z nowymi. Skoro jednak śledztwo w sprawie zabójstwa trwa dziś, powiedzmy, sześć miesięcy, to nie znajduję powodu, aby po zmianie miało trwać więcej niż dwa dni, trzy dni, a może nawet sześć godzin. To jest przecież kwestia sekcji zwłok, uzyskania – błyskawicznie przecież w takich sprawach – podstawowych informacji z miejsca zdarzenia, zrobienia oględzin, zorientowania się, kto co ma do powiedzenia. Najwyżej trzy dni i jedziemy do sądu.

– Również w śledztwach typu sprawa zabójstwa generała Papały?

– Oczywiście, są różne sytuacje, ja mówię o pewnym modelu, od którego będą odstępstwa.

– A jeśli np. zostanie znalezione ciało, zakopane gdzieś w lesie, i nie będziemy wiedzieć, co się stało? Co wtedy? Kiedy do sądu?

– Wtedy toczyć się będą czynności, które zmierzają do wyjaśnienia okoliczności na tyle, aby wnieść oskarżenie. Jeżeli mamy ciało, mamy podejrzenie śmierci gwałtownej, ale nie wiemy, kto jest sprawcą, to nie możemy rozpoczynać postępowania przed sądem – tak było i tak będzie. Mówię o sytuacjach złapania sprawcy na gorącym uczynku, zabezpieczeniu podstawowych dowodów w kilku krótkich czynnościach, niekoniecznie ich rejestrowaniu, bo nie jest to zadaniem postępowania przygotowawczego. Jeśli zachodzi podejrzenie, że dana osoba jest sprawcą, to idziemy do sądu i tam toczy się postępowanie dowodowe.

– I to da więcej gwarancji podsądnemu?

– Myślę, że tak. Dzisiaj formułowane są zarzuty, że w czynnościach wykonywanych przez ograny ścigania dochodzi do nadużyć. Ileż to razy mamy oświadczenia świadków, którzy twierdzą, że zmuszono ich do podpisania protokołów. Zdarzają się też naruszenia nietykalności cielesnej. To wszystko przed sądem wyglądałoby inaczej.

– Czy prokuratura i adwokatura są gotowe na rewolucję w k.p.k.? Czy one także powinny przejść reformę?

– To trudne pytanie, czy uda się zaktywizować strony. Dzisiaj prokurator kończy swoją aktywność w momencie, gdy wnosi akt oskarżenia do sądu. W większości procesów tak jest, bo sąd wszystko za niego robi. Jeżeli teraz prokurator będzie miał pełną świadomość, że bez jego aktywności sąd za niego nie zrobi niczego, że musi przeprowadzić dowód, to będzie musiał przyjąć postawę aktywną. Oczywiście, wymagać to będzie zasadniczych zmian w organizacji, być w może w strukturze prokuratury. Mamy trochę czasu – będzie długie vacatio legis, prace legislacyjne też jeszcze potrwają. Nowy model postępowania jest punktem wyjścia, natomiast sposób organizacji pracy aparatu ścigania, zupełnie inna rola obrońców, to wszystko są kwestie wtórne.

Świadek ma być przesłuchiwany przez prokuratora, ale nie w jego gabinecie, tylko przed sądem. Tam ma się wszystko toczyć na żywo

– Jaka będzie w tym modelu rola sądu odwoławczego? Czy przewidujecie Państwo szersze postępowanie dowodowe?

– Muszą działać inne reguły, bo on ma inne zadania. Bolączką obecnego postępowania odwoławczego jest to, że często sprawy z błahych powodów wracają do ponownego rozpoznania i to przedłuża proces, bo po każdym uchyleniu on zaczyna się praktycznie od początku. Chcemy, by sąd odwoławczy miał szersze uprawnienia w zakresie możliwości uzupełnienia przewodu sądowego i większe możliwości zmieniania orzeczeń pierwszej instancji bez konieczności uchylenia do ponownego rozpoznania. To da realną oszczędność globalną.

Liczymy też na szersze korzystanie z porozumień procesowych, czyli na uświadomienie braku konieczności prowadzenia procesu w sytuacji, kiedy wszyscy akceptują jego wynik. Dzisiaj mamy przekroczone 50 proc. spraw załatwianych w tzw. szybkich trybach, zakładamy, że po nowelizacji osiągniemy 80 proc.

– I owe 20 proc. procesów karnych to będą prawdziwe spory toczone przed sądem?

– Tak. Być może będą one wymagały zaangażowania dużych środków, większych sił, ale będą prawdziwymi procesami, takimi, jakie mieliśmy przed wojną. Jeżeli jeszcze uda nam się przebudować model procedowania przed sądem i zrezygnować z „kapania” po jednym terminie na miesiąc, tylko procedować dzień po dniu, to wtedy rzeczywiście proces karny będzie trwał możliwie krótko i krótko też będą stosowane areszty.

– Nowy model jest autorską koncepcją? Komentatorzy mówią o procesach w stylu amerykańskim.

– Kontradyktoryjność to zasada rzymska. Proces prowadzony jako spór stron przed bezstronnym sądem nie jest odkryciem Komisji Kodyfikacyjnej, ale powrotem do korzeni procesu w ogóle. To jest oczyszczenie procedury z naleciałości, rezygnacja z modelu śledztwa determinującego przebieg całego procesu – modelu sowieckiego, z którego nie udało nam się do tej pory wyzwolić. Przy czym odwoływanie się tutaj do wzorców amerykańskich nie jest do końca trafne. One polegają na czymś innym, czego nie chcemy wprowadzać, bo np. nie chcemy też targu o to, co ma być przedmiotem zarzutu. W systemie anglosaskim możliwie jest, że np. jeżeli sprawca przyzna się do czynu A, to nie będzie oskarżony o czyn B. My nadal będziemy się targować o karę, a nie o winę i zakres zarzutów.

– Zastanawialiście się Państwo w Komisji nad postulowanym przez niektórych naukowców przywróceniem instytucji sędziego śledczego?

– Jeżeli widzimy, że bolączka procesu polega na dublowaniu czynności w postępowaniu przygotowawczym i sądowym, to na chłopski rozum są dwie możliwości: zrezygnować z jednego albo z drugiego. Skoro chcemy mieć proces sądowy, sądowe gwarancje i postępowanie dowodowe przed sądem, to trzeba postępowanie przygotowawcze osłabić. Jeżeli zaś wprowadzimy sędziego śledczego do postępowania przygotowawczego, to przecież po to, aby przeprowadzał dowody, które będą miały walor dowodów sądowych, aby odciążyć sąd. Klasyczny sędzia śledczy, jakich mieliśmy w Polsce przed wojną, nie mieści się w proponowanym przez nas modelu.

– Bardzo jestem ciekaw, co z tym modelem zrobi parlament.

– Nie jestem wolny od obaw, bo mamy pewne doświadczenia z pracy parlamentarnej. Wiadomo, że parlamentarzystom przychodzą do głowy różne pomysły, z różnych powodów. Są tacy, którzy chcą zaistnieć, niektórzy mają głębokie przekonanie o swojej racji, chociaż niekoniecznie znają się na materii. Parlamentarzyści to nie są fachowcy, ale taki jest urok demokracji. Ryzyko zatem istnieje, natomiast po to w procesie legislacyjnym uczestniczą eksperci, by przestrzec przed możliwymi konsekwencjami. Prawo jest jak skomplikowana budowa z klocków – wiadomo, co się stanie, jeśli z podstawy wyjmiemy choć jeden taki klocek.

– Oprócz pracy naukowej i orzekania jest Pan też rzecznikiem prasowym Sądu Najwyższego. Jak Pan widzi aktywność rzecznika sądu w dzisiejszej, medialnej rzeczywistości?

– Rola rzecznika prasowego nie zawsze jest dobrze rozumiana. Często spotykam się z prośbami dziennikarzy o skomentowanie jakiegoś orzeczenia, wyrażenie poglądu, czy jakiś wyrok jest trafny, czy nietrafny – oczywiście to nieporozumienie. Rolą rzecznika jest przybliżyć sens rozstrzygnięcia i jego motywacji, ale już nie polemizowanie z nim lub interpretowanie. Nie zawsze jest to łatwe, czasem trudno oddzielić sferę faktów od ocen.

– Niedawno zdarzyło się, że sędzia uczestniczył w publicznej debacie po wyroku, który sam wydał. Ów sędzia był też rzecznikiem prasowym swego sądu. Jego aktywność medialna spotkała się z krytyką.

– Rzadki to przypadek. Sam też niekiedy mam taką trudność, gdy muszę mówić o decyzji, w wydawaniu której uczestniczyłem. Instytucji zastępcy rzecznika nie ma, dlatego o swoich orzeczeniach staram się mówić w wyjątkowych przypadkach. Sędziowie z zasady są raczej niechętni do publicznego wypowiadania się w sposób inny niż przez wyrok i uzasadnienie. Ich aktywność publiczna kończy się na orzeczeniu, potem jest już tylko rzecznik.

– Czy kiedykolwiek namawiano Pana na medialne „odbijanie piłeczki” w sprawie jakiegoś wyroku, który Pan wydał, a który był potem komentowany?

– Nigdy bym sobie nie pozwolił na dyskusję na temat motywacji, która stała za takim, a nie innym rozstrzygnięciem.

– Z tym zastrzeżeniem, że orzeczenie SN zamyka sprawę. Tu zaś – w głośnej sprawie doktora G. – dopiero zapadł wyrok pierwszej instancji, ogłoszony ustnie, na motywy pisemne jeszcze czekamy…

– Dlatego ta sytuacja jest bardziej skomplikowana. Rozumiem ją i nie widzę powodu, by krytykować postępowanie tego sędziego. Zrobił tak, jak uznał za właściwe w tym wypadku i tak po prostu trzeba było postąpić. Zainteresowanie mediów było ogromne, a rolą rzecznika jest zająć stanowisko.

W todze i zza katedry
Piotr Hofmański (ur. 1956 r.) to dziś jeden z najważniejszych autorytetów w dziedzinie prawa karnego, w szczególności procedury. Absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (1978 r.), po studiach pracował w Urzędzie Dyrekcji Rejonowych Kolei Państwowych w Słupsku. Doktoryzował się także na UMK (1981 r.), a w 1980 r. odbył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Rejonowej w Toruniu.

Od 1982 r. związany z Uniwersytetem Śląskim, gdzie w 1990 r. uzyskał tytuł doktora habilitowanego. W 1997 r. z rąk prezydenta RP odebrał nominację na profesora nauk prawnych. Od 1992 r. przez dziesięć lat kierował Zakładem Prawa Karnego w Uniwersytecie w Białymstoku, aż w 2003 r. objął – po prof. Stanisławie Waltosiu – Katedrę Postępowania Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Autor ponad 300 prac naukowych, głównie z dziedziny procedury karnej, środków przymusu bezpośredniego i praw człowieka. Członek Rady Naukowej Instytutu Nauk Prawnych PAN, wiceprzewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego.

Pracę naukową łączy z orzekaniem. Po dwuletnim epizodzie w Sądzie Apelacyjnym w Białymstoku, od 1996 r. jest sędzią Izby Karnej Sądu Najwyższego, gdzie orzekał w licznych precedensowych sprawach, m.in. dotyczących świadka incognito czy lustracji.

– Wracając do noweli procedury karnej, jak widziałby Pan – mając perspektywę tak głębokiej zmiany przepisów i praktyki – szanse dla młodego prawnika u progu zawodowej kariery?

– Może zabrzmi to brutalnie, ale proces karny w nowej formule zacznie prawidłowo funkcjonować dopiero po latach, kiedy prawnicy, którzy przez dziesiątki lat funkcjonowali w innych realiach, odejdą z zawodu – co także dotyczy mnie w jakimś sensie (śmiech). Po prostu młodzi ludzie będą już kształceni w innej świadomości. Akurat w obszarze spraw karnych otworzą się szersze możliwości.

Niezależnie od faktu otwarcia zawodów prawniczych, barierą w rozwoju rynku usług prawnych jest cały czas stosunkowo niskie zapotrzebowanie na te usługi. Ten model stwarza możliwości jego zwiększenia, przede wszystkim poprzez wprowadzenie instytucji obrony na żądanie.

– Czyli?

– Zakładamy, że w procesie, w którym tak wiele będzie zależało od aktywności samego oskarżonego, a sąd nie będzie go już wyręczał, oskarżony nie będzie mógł być pozostawiony samemu sobie, bez ochrony prawnej. Najprostszym rozwiązaniem jest zaproponowanie obrony z urzędu dla wszystkich. Ale to by było niedobre z różnych powodów, także finansowych. Zresztą, prawo do obrony obejmuje również prawo do niekorzystania z pomocy obrońcy. Z tego dylematu można wyjść właśnie poprzez instytucję obrony na żądanie, która polega na tym, że jeśli nie masz obrońcy z wyboru i żądasz wyznaczenia obrońcy z urzędu, to sąd ci go wyznaczy, bez dyskusji, czy jesteś biedny, czy bogaty. Ale rzecz jasna to i tak będzie sporo kosztowało. Będą to wydatki, które wejdą w skład kosztów procesu.

– A nie grozi to sytuacją, że tylko niewinni i ubodzy będą sięgać po obrońcę na żądanie?

– Nie sądzę. Wynik procesu karnego nie jest przecież „dwubiegunowy”. Nawet na sprawie, w której dochodzi do skazania, można wyjść lepiej lub gorzej. Obrońca to – co do zasady – nie tylko gwarancja walki o oczyszczenie z zarzutu, ale także gwarancja, iż zostanie podjęta walka o korzystniejszą kwalifikację prawną, o uwzględnienie w szerszym zakresie okoliczności łagodzących, itd. Zakładam, że z instytucji obrońcy na żądanie skorzysta wielu z podsądnych i to niezależnie od statusu majątkowego czy poczucia winy, bo będzie to możliwe bez angażowania od razu własnych środków.

– Panie Profesorze, kolejni prezesi SN od lat utyskują na stale pogarszającą się jakość wnoszonych kasacji. Faktycznie jest aż tak źle?

– Mogę mówić o sprawach karnych i muszę przyznać, że jakość kasacji jest słaba. Jednak daleki byłbym od twierdzenia, że wynika to ze słabości stanu adwokackiego. Przecież niekoniecznie jest tak, że słaba kasacja to słaby adwokat. Często bywa, że autorzy kasacji działają pod presją swych klientów.

– Teoretycznie mogą odmówić…

– To jasne, szczególnie, gdy jest się obrońcą z urzędu. Można odmówić sporządzenia kasacji, gdy nie znajduje się podstaw do jej wniesienia. Myślę,
że występuje tu także niekiedy pewna presja finansowa…

– W końcu jesteśmy na konkurencyjnym rynku usług prawnych…

– I to nie jest nic złego. Płacę, więc oczekuję, że kasacja będzie wniesiona – o ile się da. Ale są takie sprawy, w których po prostu nie da się napisać dobrej kasacji, bo zostały dobrze osądzone i tyle. Wówczas, jakikolwiek byłby to tuz palestry, kasacja będzie kasacją słabą.

– Co pan myśli o postulacie wyselekcjonowania grupy adwokatów i radców prawnych uprawnionych do wnoszenia kasacji?

– Myślę, że taki zabieg nic nie poprawi. Co więcej, selekcja musiałaby się dokonywać rękoma samych samorządów zawodowych. Nie będzie jej obiektywnych kryteriów, dlatego obawiałbym się tu dominacji względów pozamerytorycznych. Jeśli zaś miałyby być jakieś ograniczenia, to wyłącznie o charakterze proceduralnym.