Dubois

Zły urok zbrodni

Tagi: , , ,
Jacek Dubois

Rys. Łukasz Jagielski

Sprawozdania z procesów karnych poza funkcją informacyjną powinny służyć edukacji prawnej, a w przypadku stwierdzenia winy podsądnego dowodzić, że nieuchronną odpowiedzią na zbrodnię jest kara. Niestety, często relacje przypominają igrzyska sprawiedliwości, których uczestnicy mogą przesądzać kwestię winy i kary.

Przez ostatnie tygodnie media żyły sprawą Katarzyny W. oskarżonej o zamordowanie kilkumiesięcznej córki. Z większości komentarzy wynikało, że proces jest zbędny, bo dla dziennikarzy, którzy rzecz jasna nie mieli okazji zetknąć się z aktami sprawy, jej wina jest oczywista. Wyrok został wydany przez psychologa z profesorskim tytułem, który uznał oskarżoną za „czarownicę”.

Relacje z procesu przyciągnęły rekordową widownię, a maksyma „gwałt niech się gwałtem odciska” obrazuje nastroje większości spragnionych odwetu obserwatorów. Zastanawiam się, co powoduje, że im okrutniejsze zarzuty stawiane są oskarżonym, tym więcej ciekawych sądowego spektaklu. Zrozumiałe, że muszą uczestniczyć w nim strony, ale dlaczego widzowie, mając do dyspozycji inne kanały, dobrowolnie skazują się na udział w widowisku, którego skutkiem mogą być nocne koszmary.

Dlaczego naszą uwagę skupia okrucieństwo i czy mamy świadomość, że w ten sposób nieświadomie stajemy się kreatorami zbrodni? Bo jeśli zbrodnia umożliwia zdobycie medialnego rozgłosu, to zawsze znajdzie się szaleniec, który z takiej oferty zechce skorzystać.

Po latach spędzonych na rozprawach wydawało mi się, że nic już nie jest w stanie rozbić mojego zawodowego pancerza odporności na zło, bez którego nie byłbym w stanie wytrwać w sali sądowej. Myliłem się. Uczestnicząc, jako pełnomocnik pokrzywdzonych, w procesie zabójców pracowników Kredyt Banku w Warszawie przekonałem się, że czasem nawet profesjonalista nie jest w stanie udźwignąć bezmiaru okrucieństwa.

Gdy media pokazywały oskarżonych, wolałem odwracać wzrok, by nie patrzeć na pozbawione refleksji twarze. Najtrudniejsze okazało się odtwarzanie nagrań wizji lokalnych z podziemi banku. Oskarżeni z reporterską dokładnością, jak u Trumana Capote, trzymając w dłoniach atrapy pistoletów demonstrowali jak zamordowali cztery osoby. Wyobrażałem sobie, że gdyby dano im prawdziwą broń i poproszono o odtworzenie zdarzeń, bez namysłu zastrzeliliby też pozorantów.

Rozprawy były tak obciążające emocjonalnie, że musiałem szukać sposobu, by po nich odreagować. W końcu znalazłem. Uciekłem w krainę wyobraźni. Zacząłem pisać bajki dla moich synów, których bohaterem był kot podróżnik, poszukiwacz starożytnych skarbów. Terapia okazała się skuteczna, a pisanie stało się moją pasją. Dziś, by oderwać się od spraw, nad którymi pracuję – piszę, aby odpocząć od pisania – czytam akta ciekawych spraw.

Pewnego dnia natrafiłem na akta fascynującej sprawy, której bohaterami były… koty. Powództwo wniósł podróżnik odwiedzający najniebezpieczniejsze miejsca na świecie, odkrywca źródeł Amazonki, do tego trener komandosów. Powróciwszy z kolejnej ekspedycji, podróżnik zamieszkał w lokalu sąsiadującym z mieszkaniem właścicielki dwóch kotów. I rozpoczął się dramat.

Jak wynikało z pism do administracji budynku, którą podróżnik prosił o pomoc, koty niemal codziennie wdzierały się do jego mieszkania przez uchylone okno. Ta „inwazja” budziła jego strach. Opisywał, jak koty skacząc z parapetu wtargnęły do jego łóżka, co spowodowało jego gwałtowne przebudzenie i wstrząs realnie zagrażający jego życiu. Innym razem, po podstępnym przeniknięciu do mieszkania, skonsumowały produkty żywnościowe o wartości 210 zł. Na koniec doszło do tragedii. Finałem kolejnego wtargnięcia było zbicie bezcennej wazy. Miarka się przebrała i podróżnik złożył w sądzie pozew o zapłatę. Dochodził odszkodowania za zniszczenie naczynia z III wieku p.n.e, które dla celów procesowych wycenił na symboliczne 20 tys. zł.

Proces miał emocjonujący przebieg. Podróżnik wstawał i demonstrował jak był terroryzowany przez zwierzaki. Ripostując, pełnomocnik kocich interesów żądał określenia dokładnych terminów, kiedy koty miały wdzierać się do mieszkania, a następnie wykazywał, że koty przebywały wtedy na wakacjach. Przekonywał też, że zwierzaki od urodzenia żywiły się wyłącznie suchą karmą. I udowadniał, że nawet jeśli podróżnik żywił się takim samym pożywieniem, nie jest możliwe, by, biorąc pod uwagę cenę karmy, zwierzęta w ciągu jednego wieczora spożyły produkty za kwotę wynikającą z pozwu.

Kulminacyjnym punktem procesu była opinia biegłego powołanego do wyceny bezcennej antycznej wazy. Naczynie okazało się tandetnym współczesnym wyrobem o wartości nieprzekraczającej kilkuset złotych. Koty zwycięsko wyszły z procesu.

Czy można sobie wymarzyć lepszy pomysł na fabułę bajki niż historia nieustraszonego odkrywcy zastraszonego przez domowe kotki? Jednak bajki nie są dziś w modzie, a publiczność zamiast delektować się historiami w stylu Wiecha, woli relacje na żywo z procesów o najokrutniejsze zbrodnie. Przy procesie Katarzyny W. zainteresowani dostali dodatkową atrakcję w postaci możliwości głosowania czy oskarżona powinna być skazana na dożywocie. Widz może zatem skazywać za samo okrucieństwo czynu, nie zastanawiając się nad winą oskarżonej.

Proces się jeszcze nie rozpoczął, a werdykt społeczeństwa zostanie ogłoszony przez media. Brzmi to jak bajka, ale to rzeczywistość. Mimo, że kocham bajki, wolałbym, aby werdykty sądów opinii publicznej również zapadały w oparciu o rzeczową analizę dowodów, a nie pochopne oceny i emocje.