Krytykant – polska czarownica

Tagi: , , ,
Łukasz Gos

Fot. Krzysztof Wojciewski

Zasada, że lepiej pozostawić przestępcę bez kary niż skazać niewinnego, to część naszej kultury i zdobycz cywilizacyjna. Prawnicy podkreślają jej zastosowanie do oskarżonych o wszelkie możliwe przestępstwa. Z wyjątkiem zniesławienia – pisze doktorant Łukasz Gos.

Osoba zabierająca głos na forum publicznym z definicji ma ponosić ryzyko karne – przysłowiowy miecz Damoklesa wisi nad każdą jej wypowiedzią. Takie są konsekwencje obowiązującego od dziesięcioleci w polskiej doktrynie i orzecznictwie dominującego poglądu o odwróceniu ciężaru dowodu w sprawach o zniesławienie.

Norma z aluzyjnej wzmianki

Kwestię odpowiedzialności w tego typu przypadkach regulują przepisy art. 212-213 k.k. Ustawodawca nie przesądza w nich wprost, że to na oskarżonym o zniesławienie ciąży obowiązek udowodnienia prawdziwości stawianego w debacie publicznej zarzutu (patrząc historycznie, ostatni raz wyraźnie wspominał o tym kodeks zaborczy z 1903 r.) Z jednym wyjątkiem – dość aluzyjnej, z charakteru wpadkowej wzmianki w ostatnim zdaniu art. 213 § 2, traktującej o dopuszczalności dowodu prawdy na okoliczność zarzutu dotyczącego życia prywatnego lub rodzinnego powoda. Wszak mówi się w niej o „dowodzie prawdy”, nie zaś o „dowodzie nieprawdziwości” stawianego zarzutu.

Mimo dość wątłych, jak wynika z powyższego, podstaw normatywnych, pogląd o odwróceniu ciężaru dowodu w sprawach o zniesławienie niestety od wielu lat cieszy się niezachwianą pozycją. Jego uzasadnieniem ma być zagwarantowana w Konstytucji ochrona czci każdego człowieka. Jak twierdzą rzecznicy tej tezy, ochrona czci nie byłaby pełna, gdyby odpowiedzialność za zniesławienie nie kształtowała się na zasadzie ryzyka, w szczególności gdyby na korzyść oskarżonego rozstrzygano wątpliwości, których nie da się usunąć w toku postępowania. W ten sposób celowościowe w gruncie rzeczy argumenty o potrzebie „pełnej” ochrony czci wygrywają każde starcie z gwarancjami zapisanymi wyraźnie w normach kodeksowych.

Pomijając kwestię autorstwa wypowiedzi, którą w procesie o zniesławienie zobowiązany jest wykazać oskarżyciel (bo już stwierdzenie zawarte w znamionach przestępstwa, że kwestionowana wypowiedź „może narazić” na utratę zaufania potrzebnego do pełnienia określonej funkcji, zwalnia oskarżyciela z obowiązku wykazania jakichkolwiek poniesionych przez niego szkód, a nawet intencjonalności samego zniesławienia), osoba oskarżona o zniesławienie stawiana jest de facto przed koniecznością dowodzenia swojej niewinności. To dla oskarżonego prawdziwa „próba ognia”, pełna wyśrubowanych wymagań, czasem zupełnie oderwanych od rzeczywistości.

Diabeł ukryty w procedurze

Od pewnego czasu toczy się w mediach, także na łamach kwartalnika „Na wokandzie”, spór o zasadność istnienia w kodeksie karnym art. 212 i 213, a tym samym o celowość karalności zniesławienia. Co zaskakujące, stanowiska zajmowane przez polemistów, w tym prawników o znacznym autorytecie, są często bardzo radykalne, postulujące usunięcie art. 212-213 w ogóle lub wyłączenie spod ich zakresu całych szerokich kategorii wypowiedzi, choćby ocennych lub powołujących prawdziwe fakty lub też niewykorzystujących środków masowego przekazu.

Ale przecież każdy karnista dostrzec musi, że rzecz tak naprawdę nie w kwestii teoretycznej karalności określonych zachowań. Rzecz w opresyjnej procedurze obowiązującej w sprawach o zniesławienie, której uzasadnieniem są doktrynalne interpretacje ograniczające w tym jednym przypadku standardy rzetelnego procesu karnego. Najwyraźniej ochrona życia, zdrowia czy mienia nie wymaga, by oskarżonych o zabójstwo, pobicie czy kradzież skazywano niejako na wszelki wypadek. Natomiast z jakiegoś powodu ma tego wymagać ochrona czci, traktowana na specjalnych zasadach. Zauważmy, że nie jest to do pomyślenia nawet w przypadku seryjnych morderców!

Koronnym i cieszącym się długoletnią tradycją argumentem rzeczników tezy o odwróceniu ciężaru dowodu jest to, że akurat w procesie o zniesławienie role procesowe rzekomo się odwracają. A zatem, to oskarżyciel prywatny ma być tak naprawdę oskarżonym, a oskarżony tak naprawdę staje się oskarżycielem. Inne tradycyjne argumenty są takie, że np. jedynie skazanie autora zniesławiającej wypowiedzi przez sąd karny jest w stanie oczyścić dobre imię zniesławionego (lub uczynić to w sposób wystarczająco „pełny”), albo że każdy wyrok uniewinniający podjęty z braku wystarczająco przekonujących dowodów lub z uwagi na wątpliwości ujawnione w procesie oznaczać będzie podzielenie przez sąd zniesławiającego zarzutu. Choć stylistyczną hiperbolę tych argumentów często widać gołym okiem, to jednak nie wydaje się, by coś mogło zachwiać ich panowaniem w doktrynie.

To właśnie z tezy o odwróceniu ciężaru dowodu (i założenia, że w przypadku wypowiedzi publicznych karać należy niejako z definicji), wysnuwany jest wniosek, że jeżeli jakaś wypowiedź – także ocenna – nie poddaje się jednoznacznej weryfikacji, to należy traktować ją jak fałszywą. Na swój sposób jest to przecież logiczne. Zapewne z podobnych przesłanek wynika częsta praktyka sądów związana z nadmiernie dosłownym interpretowaniem znaczenia kwestionowanych w procesie wypowiedzi, ignorowaniem ich kontekstu lub ostrożnej formy. Dochodzi do tego pozbawione zasadniczego oparcia w treści przepisów, a wywodzone ze wspomnianych argumentów celowościowych, niestosowanie wobec pomawiających zapisanej w art. 5 § 2 k.p.k. zasady in dubio pro reo, czyli interpretowania nieusuwalnych wątpliwości na korzyść oskarżonego.

W jednym punkcie ze zwolennikami tezy o odwróceniu należy się jednak zgodzić. Faktycznie, trudno byłoby oczekiwać od zniesławionego udowodnienia, że nie jest przysłowiowym wielbłądem – złodziejem, alkoholikiem, osobą, która sąsiadowi zaorała miedzę czy kim tam jeszcze. Zauważmy jednak subtelną różnicę między brakiem akceptacji dla wysuwania gołosłownych i nieprawdopodobnych oskarżeń, a kształtowaniem odpowiedzialności oskarżonego na zasadzie ryzyka związanego z powodzeniem lub niepowodzeniem procesowego dowodu na bardzo restrykcyjnie wydestylowaną przez sąd tezę z jego wypowiedzi. Pomiędzy tymi rozwiązaniami jest przecież sporo miejsca na rozsądny kompromis.

Takiemu właśnie restrykcyjnemu dowodowi poddano oskarżoną o zniesławienie prof. Izabelę Lewandowską-Malec z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Sąd uznał, że podniesione w jej wypowiedzi „pozaprawne naciski” na organ prokuratorski mogły oznaczać wyłącznie zarzut stosowania korupcji bądź gróźb bezprawnych. Tezę tę następnie zweryfikował (przesłuchał prokuratorów, którzy stwierdzili, że akurat takich nacisków nie było), zaś negatywny wynik dowodu zaliczył na niekorzyść oskarżonej. Wyrok zakwestionował dopiero Trybunał w Strasburgu.

Krytyka

Rys. Łukasz Jagielski

Złudne oceny, złudne fakty

W toku dyskusji o karalności zniesławień Ministerstwo Sprawiedliwości prezentuje, na razie w dość luźnej formie, pierwsze propozycje kierunków modyfikacji obecnego brzmienia art. 212-213 k.k. Całkowicie usunięta miałaby zostać odpowiedzialność zarówno za oceny, jak i za pomówienia prawdziwe, czy też wypowiedzi o właściwościach danej osoby (w odróżnieniu od wypowiedzi o jej postępowaniu). Prasa bezkrytycznie powtarza, że oznaczać to będzie ponoszenie odpowiedzialności wyłącznie za umyślne posłużenie się fałszywym faktem.

Tak ujmowane propozycje nie rozwiążą jednak naszego problemu. Dlaczego? Dlatego że w praktyce trudno jest odróżnić i oddzielić oceny od faktów, a jeszcze trudniej oceny podlegające weryfikacji od tych, które weryfikacji podlegać nie powinny. Poza tym stwierdzenie faktów często wymaga pewnych czynności ocennych, przede wszystkim związanych z wiarygodnością źródeł, badaniem tzw. ciągów przyczynowych, itd. Zauważmy też, że o ile z niektórymi wypowiedziami da się normalnie polemizować w toku debaty, to w sądzie przy odpowiednio restrykcyjnej interpretacji (nastawionej na nadanie im możliwie najbardziej drastycznego sensu i postawienie oskarżonego w najgorszej możliwej sytuacji prawnej) zostaną one uznane za nieudowodnione. W efekcie autor takiej wypowiedzi ma zagwarantowany wyrok skazujący, co przez osoby niezorientowane w temacie będzie – być może zresztą publicznie – przedstawiane tak, jakby wykazano mu oszczerstwo.

Z kolei wyraźnie rysujący się postulat karania tylko za wypowiedzi nieprawdziwe jest nie do zrealizowania na płaszczyźnie samej tylko czystej definicji znamion przestępstwa. Co nam bowiem przyjdzie z rzekomej bezkarności wszystkich pomówień prawdziwych, jeżeli w praktyce będzie można uniknąć skazania tylko wtedy, gdy skutecznie przeprowadzi się rygorystyczny dowód przed sądem, zaś przeciwnik procesowy nie zdoła wytknąć najdrobniejszej wątpliwości?

Nie może być tak, że jeżeli czyjaś interpretacja lub nawet sposób przytoczenia faktów nie okażą się całkowicie niepodważalne, to z konieczności uznajemy, że taki mówca nie zdołał przedstawić dowodu na prawdziwość swojej wypowiedzi i wobec tego powinien za nią ponieść odpowiedzialność karną tak samo, jak gdyby udowodniono mu świadome oszczerstwo. Nie należy też oczekiwać od zwykłych śmiertelników nadludzkiej powściągliwości oraz przenikliwości w interpretowaniu rzeczywistości. Mogłoby się bowiem okazać, że oczekiwania wobec dziennikarzy, radnych, przedstawicieli organizacji pozarządowych czy innych dyżurnych krytykantów są wyższe niż próg stawiany sądom, które przecież, zgodnie z art. 7 k.p.k., „kształtują swe przekonanie na podstawie wszystkich przeprowadzonych dowodów, ocenianych swobodnie z uwzględnieniem zasad prawidłowego rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego”.

W zgodzie z zasadami

Zanim więc weźmiemy się za formułowanie nowych definicji pomówienia, być może na początku powinniśmy rozważyć, jakiego chcemy tutaj procesu i jakiej formy ponoszenia odpowiedzialności. Jest to pytanie nie tyle o to, jakie dokładnie zachowania mają być karane, a bardziej o to, jak ma wyglądać owo karanie. Sama definicja przestępstwa nie określa przecież kto i w jakich warunkach poniesie odpowiedzialność – o tym decyduje przede wszystkim procedura, a zwłaszcza to, kogo obciąża ciężar dowodu oraz jaka jest waga tego ciężaru.

Czy zatem proces o zniesławienie ma służyć wyłącznie realizacji interesów pokrzywdzonego, czy też ma być rozliczeniem oskarżonego z jego własnej realnej winy – z zachowaniem powszechnie przyjętych reguł, a więc przede wszystkim udowadnianiem oskarżonemu winy przez oskarżyciela oraz rozstrzyganiem nieusuwalnych wątpliwości na korzyść tego pierwszego.

W mojej ocenie, musimy przede wszystkim przyjąć chłodne, spokojne spojrzenie na kwestię ochrony czci, która wcale nie jest ani najważniejszym dobrem człowieka, ani też jedynym związanym z jego godnością. Zresztą, godności sprzeciwia się również sprowadzanie obywatela do roli biernego obserwatora rzeczywistości, któremu de facto nie wolno jej komentować, kształtowanie jego odpowiedzialności karnej na zasadzie ryzyka oraz całkowite, instrumentalne poświęcenie interesowi przeciwnej strony procesowej. Nie mówiąc o niejako wpisanym w obecny model zatarciu różnicy między kimś, kto nie podołał wyśrubowanemu wymogowi dowodowemu, a rzeczywistym oszczercą świadomie posługującym się nieprawdziwym zarzutem. Przesadne dążenia, tak w legislacji, jak i w orzecznictwie i doktrynie, skutkujące nieuzasadnionym prymatem czci nad innymi dobrami, należy w końcu rozładować, uspokoić, a ostatecznie – porzucić.

Mam świadomość, że polemika z powszechnie akceptowanym poglądem o odwróceniu ciężaru dowodu może okazać się „walką z wiatrakami”. Lepiej jednak ją podjąć niż trwać w sytuacji przypominającej polowanie na czarownice.