Między niezawisłością a nadzorem

Tagi: , , , , , , ,
Wojciech Hajduk, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości

Fot. Krzysztof Wojciewski

O postulacie odebrania Ministrowi Sprawiedliwości nadzoru administracyjnego nad sądami, skutkach likwidacji instytucji asesora oraz uzasadnieniu dla reformy znoszącej najmniejsze sądy – wywiad z sędzią Wojciechem Hajdukiem, Podsekretarzem Stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości odpowiedzialnym za organizację sądów powszechnych.

Panie Ministrze, od ponad pół roku nadzoruje Pan pion sądowniczy. Jest Pan jeszcze sędzią, czy już urzędnikiem?

– Jestem sędzią, przy czym wykonuję czynności urzędnicze. Przepisy u.s.p. pozwalają na delegowanie sędziego do różnych funkcji, w tym Podsekretarza Stanu.

– Krytycy wskazują, że kariera sędziego w Polsce zaczyna nazbyt przypominać karierę urzędnika.

– Dlaczego?

– Ukształtowanie systemu sprzyja karierze urzędniczej, typowo awansowej. A najprostszą drogą do awansu jest przypodobanie się zwierzchnikom.

– Zupełnie się z tym nie zgadzam. Sędzia może ubiegać się o stanowisko w sądzie wyższego szczebla, i tutaj Ustawa prawo o ustroju sądów powszechnych przewiduje konkurs, w którym decyzje podejmuje Krajowa Rada Sądownictwa, w każdym razie zwierzchnicy czy zgromadzenie sędziów wydaje jedynie opinie. Jeśli zaś chodzi o karierę quasi administracyjną, czyli awanse poziome, w ramach każdego sądu można zostać prezesem czy przewodniczącym wydziału i zupełnie naturalnym jest, że przełożeni dobierają sobie takich współpracowników, jakich potrzebują.

– Czy Panu Ministrowi podoba się wymiar sprawiedliwości ukształtowany w sposób biurokratyczny, w którym najwięcej pracy orzeczniczej wykonują sędziowie rejonowi, zaś im wyżej w strukturze, tym tej pracy jest mniej i tym lepiej jest ona opłacana?

– Nie wiem, czy tak jest do końca. Mam wrażenie, że dzisiaj doszło do pewnego przesunięcia akcentów i sądy wyższego rzędu mają równie dużo pracy jak sądy rejonowe. Generalnie wymiar sprawiedliwości jest przeciążony. Oczywiście, zdarzają się sądy, które pracują w komfortowych warunkach, ale w tej grupie większość to jednak sądy rejonowe.

– Oceny sędziów są zupełnie inne.

– Oceny sędziów rejonowych, którzy – co do pewnego stopnia rozumiem – są niezadowoleni, że ich koledzy funkcyjni mają być może więcej do powiedzenia i być może cieszą się mniejszym obciążeniem pracą. Ale tak też musi być. Jeśli ktoś pełni funkcje administracyjne, to swój czas dzieli na orzekanie i na kwestie administracyjne. Oczywiście, nadużywanie stanowiska funkcyjnego jest niedopuszczalne, choć nie podejrzewam, by w wymiarze sprawiedliwości takie sytuacje były liczne. Sam znam osoby funkcyjne, które orzekają w pełnym wymiarze, i to w najbardziej obciążonych sądach.

– Środowisko postuluje „wyjęcie” sędziów z Ministerstwa Sprawiedliwości. Takie kariery mają być przykładem konfliktu powołania sędziego z powinnościami urzędniczymi.

– To jest spojrzenie oderwane od realiów. Do niedawna również należałem do osób kontestujących sposób wykonywania nadzoru administracyjnego nad sądami, jednak każdy, kto przychodzi do Ministerstwa Sprawiedliwości, zaczyna rozumieć, że sędziowie są tu z przyczyn ustrojowych. Nadzór nad sądami musi być wykonywany przez ministra za pomocą sędziów. Jeśli zaś chodzi o departamenty, które nie wykonują zadań nadzorczych, np. legislacyjne, tam też powinni być sędziowie, choć w mojej ocenie w ograniczonym zakresie – do tych zadań, w których specjalistyczna wiedza oraz spojrzenie praktyczne są niezbędne.

– Odnośnie podnoszonego „zurzędniczenia” funkcji sędziego, warto również zauważyć, że coraz więcej jest w sądach kontroli, wizytacji, patrzenia sędziom na ręce.

– Jeżeli przepisy nakładają na osoby funkcyjne, w tym również na Ministra Sprawiedliwości, sprawowanie nadzoru administracyjnego, czyli w dużej mierze nadzoru nad sprawnością postępowań, to tu w ogóle nie ma dyskusji. Proszę zauważyć, że pomimo tego nadzoru ze sprawnością postępowań nie jest w sądach najlepiej. A zatem ewentualne uchylenie nadzoru i pozostawienie oceny sprawności pracy do wyłącznego uznania danego sędziego rodziłoby negatywne skutki, także finansowe, związane z koniecznością wypłat odszkodowań z tytułu przewlekłości.

Każdy z nas piastuje godność sędziowską, ale z drugiej strony to jest praca, jak każda inna. Nikt dzisiaj nie ingeruje w niezawisłość, zresztą to jest niemożliwe, ale o sprawność trzeba dbać. Trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek instytucję, która by nie pilnowała właściwego wykonywania obowiązków przez swoją kadrę.

– Wspomniał Pan Minister, że nikt nie ingeruje w niezawisłość, jednak częste są głosy wskazujące, że reformy organizacyjne sądownictwa de facto poszerzają dominium Ministra Sprawiedliwości.

– Przeciwnie, wraz z ostatnią nowelizacją u.s.p. minister wyzbył się wielu uprawnień w zakresie nadzoru administracyjnego. Stworzono koncepcję nadzoru zewnętrznego oraz wewnętrznego i dziś tak naprawdę wewnętrzny nadzór administracyjny nad sądami sprawują ich prezesi. To dobre rozwiązanie, wyraźnie oddzielające uprawnienia władzy sądowniczej od wykonawczej, rozwiązanie idące dalej, niż standard wyznaczony przez TK.

Każda obawa o naruszenie niezawisłości sędziowskiej jest godna dostrzeżenia. Jednak od 20 lat mamy wolną Polskę i w obecnym systemie takie przypadki nie są możliwe

Warto jednocześnie zauważyć, że obecne przepisy u.s.p. dotyczące sprawowania nadzoru zewnętrznego są niedoprecyzowane. Przed ministrem postawiono szereg zadań, nie dając mu odpowiednich narzędzi. Chodzi np. o kwestię obowiązku kontroli nadzoru sprawowanego przez prezesów czy też inicjowania i podejmowania czynności w postępowaniach dyscyplinarnych. Jak zatem minister ma stwierdzić uchybienie w sprawowaniu przez prezesa sądu nadzoru wewnętrznego, a tym samym zarządzić lustrację lub wizytację, skoro nie zagwarantowano mu możliwości bezpośredniej oceny akt spraw sądowych, a więc możliwości stwierdzenia takich uchybień?

– Nawiązuje Pan do rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z grudnia 2012 r., które wprowadziło wprost uprawnienie ministra do wglądu w akta. Tę sprawę podaje się właśnie jako przykład poszerzania uprawnień egzekutywy kosztem sądów.

– Przez prawie 50 lat komunizmu, a następnie przez 20 lat wolnej Polski, minister miał, w ramach sprawowania nadzoru, bezpośredni dostęp do akt. Nawet Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że minister ma takie prawo i że nie jest to naruszeniem zasady niezawisłości. Przepisy zmieniły się 28 marca 2012 r. i w znowelizowanym u.s.p. tego wglądu nie ma wyraźnie wypowiedzianego. I kiedy chcemy doprecyzować tę kwestię, środowisko sędziowskie nagle nabiera zadęcia godnościowego.

Spór o niezależność

– Zasadniczy spór pomiędzy ministerstwem a sędziami sprowadza się do ustrojowych relacji między władzą wykonawczą a sądowniczą. Czy nie uważa Pan, że jest jednak coś na rzeczy w twierdzeniu, że nie można mieć niezależnych sądów jednocześnie dając władzy wykonawczej uprawnienia nadzorczo-kontrolne względem tych sądów?

– Wcale nie chcę bronić obecnego modelu nadzoru administracyjnego. On po prostu jest i w ramach tego modelu musimy funkcjonować i należycie wykonywać obowiązki.

– Istnieje niebezpieczeństwo – pytanie, na ile realne – że odpowiednie korzystanie z obecnych uprawnień może prowadzić do ingerencji w sferę orzeczniczą.

– Nie widzę dziś takiej możliwości. Oczywiście były takie przypadki, ale w historii już odległej, kiedy cała obudowa prawna była fasadą dla totalitarnego państwa. Od 20 lat mamy wolną Polskę i takie przypadki się nie zdarzają. A jeżeli kiedykolwiek będą próby naruszenia niezawisłości, bo przecież teoretycznie nie można tego wykluczyć, to obowiązkiem sędziego jest zawsze nadać bieg takiej sprawie.

– Rozumie Pan obawy środowiska o możliwe ingerencje w niezawisłość?

– Każda obawa o naruszenie niezawisłości jest godna dostrzeżenia. Jednak w obecnym systemie nie widzę, by takie przypadki były możliwe, nigdy też się z nimi nie spotkałem.

– Jak Pan interpretuje art. 173 Konstytucji, stanowiący o tym, że sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz?

– Treść tego przepisu została doprecyzowana stanowiskiem TK, który orzekł o konstytucyjności nadzoru administracyjnego ministra nad działalnością sądów.

– Głośnia jest w mediach koncepcja wyjęcia sądownictwa spod nadzoru Ministra Sprawiedliwości i przekazania go pod kuratelę Pierwszego Prezesa SN…

– Ten postulat dla sędziów brzmi bardzo atrakcyjnie. Zwiększenie swobody, zmniejszenie kontroli, każdy chciałby pracować w bardziej komfortowych warunkach. W mojej ocenie jednak, gdyby nadzór administracyjny nad sędziami sprawowany był przez samych sędziów, to sprawność postępowań by się nie zwiększyła, a może nawet uległaby
pogorszeniu. Jednak taka decyzja nie leży w gestii Ministra Sprawiedliwości, to jest pytanie do parlamentarzystów i do społeczeństwa. Podejrzewam jednak, że ta koncepcja nie spotkałaby się z jego aprobatą, gdyż stoi w sprzeczności z ideą kontroli społecznej nad funkcjonowaniem organów państwa.

– Spójrzmy na ukształtowanie sądownictwa administracyjnego, tam mamy pełną niezależność od władzy wykonawczej.

– Tylko proszę zauważyć, że sądów administracyjnych i orzekających w nich sędziów jest bardzo mało, w przeciwieństwie do sądów i sędziów powszechnych. Dodatkowo, sądy administracyjne działają w sposób zbliżony do wydziałów odwoławczych sądów powszechnych – sprawa kończy się na jednej rozprawie. Tak naprawdę problem sprawności postępowań w sądownictwie powszechnym dotyczy wydziałów pierwszoinstancyjnych i rozbudowanej procedury dowodowej. Gdybyśmy mieli taki system, że sprawa jest przygotowywana przez pełnomocników, wpływa do sądu i na pierwszym terminie jest rozstrzygana, dziś nie byłoby problemu sprawności i moglibyśmy zafundować sobie każdy system, włącznie z brakiem jakiegokolwiek nadzoru administracyjnego.

Łańcuch sędziowski, atrybut sędziego

Fot. Krzysztof Wojciewski

Sędzia w koronie

– Panie Ministrze, porozmawiajmy o obecnym modelu dojścia do zawodu sędziego. Sędziowie chcieliby być koroną zawodów prawniczych, tymczasem orzecznikami zostają dziś osoby bez doświadczenia prawniczego.

– Powiem więcej, osoby bez doświadczenia zawodowego, relatywnie młode. Takie osoby dostają dożywotnią nominację i dla mnie jest to sytuacja zatrważająca, szkodliwa dla wymiaru sprawiedliwości. Uważam, że w przypadku osób kończących aplikację sędziowską powinien być okres weryfikacji, tj. sprawdzenia umiejętności, predyspozycji psychicznych i nieskazitelności charakteru.

– Jak zatem system dojścia do zawodu będzie zmieniany?

– Powrót do asesury byłby idealnym modelem. Orzekanie na czas określony nie narusza niezawisłości. Nominować asesorów mogłaby Krajowa Rada Sądownictwa, która jest organem postawionym na straży niezawisłości sędziów i niezależności sądów.

– Prawdopodobnie nie będzie to konstytucyjne.

– Może tak, może nie. Alternatywnie, mianowania asesorów mógłby dokonywać również Prezydent, na czas np. 4-5 lat, po czym druga nominacja, już sędziowska, byłaby dożywotnia. Chcemy wrócić do modelu asesury, szczegóły są do dyskusji.

– Nie uważa Pan, że do stanu sędziowskiego powinny trafiać przede wszystkim osoby z innych zawodów prawniczych?

– Gdy popatrzymy na państwa europejskie, to zobaczymy różne systemy dochodzenia do zawodu, a mimo to we wszystkich tych państwach sądy pracują dobrze, na w miarę równym poziomie. W Polsce najlepszy byłby system mieszany, czyli przechodzenie do zawodu doświadczonych prawników oraz ścieżka aplikacyjna.

– Przy liczbie 10 tys. sędziów ciężko będzie zagwarantować poziom zarobków skłaniający doświadczonych prawników do przechodzenia w stan sędziowski.

– Wbrew pozorom utrzymanie 10 tys. sędziów to dla budżetu państwa nie jest duży wysiłek. Oczywiście, by zawód był atrakcyjny, musi być atrakcyjny finansowo.

– A więc atrakcyjny nie jest?

– Jest już dość atrakcyjny. Na rynku z roku na rok mamy coraz większą liczbę adwokatów i radców prawnych, stąd powoli odnotowujemy zjawisko coraz częstszego kandydowania na stanowiska sędziowskie osób również z tych zawodów.

– Do zawodu trafiają dziś wyłącznie referendarze.

– W większości referendarze i asystenci, ale już adwokaci i radcowie powoli się zgłaszają, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach. Nie jest to oczywiście masowy napływ, ale mam nadzieję, że to się szybko zmieni.

W obronie wydziałów zamiejscowych

– Najważniejsza reforma, jaką realizuje Pan w resorcie, to zniesienie najmniejszych sądów i przekształcenie ich w wydziały zamiejscowe sądów większych. Środowisko sędziów nie widzi realnych korzyści z tych zmian. Jakie korzyści Pan znajduje?

– Korzyści nie widzi ta część środowiska, która była beneficjentem starego systemu. Tak się złożyło, że na etapie konsultacji osoby zarządzające wymiarem sprawiedliwości, choćby prezesi sądów apelacyjnych, nie zgłaszały uwag do tej koncepcji. Nie jestem jej autorem, jednak każdy, kto kiedykolwiek zarządzał sądem na dowolnym szczeblu, wie, że system musi być elastyczny, wydolny i musi dawać korzyści społeczeństwu. A nadmierne rozdrobnienie struktury sądownictwa utrudnia efektywną pracę.

– Jak ta reforma system uelastyczni?

– Jeśli mamy mały sąd, to mamy w nim niewielu sędziów. Dłuższa nieobecność dwóch albo trzech paraliżuje taki sąd.

– Tyle, że argument jest nie do końca przekonujący, gdyż mniejsze sądy miały statystycznie lepszą sprawność niż jednostki większe.

– Gdy patrzymy na wpływ spraw i liczbę etatów, to małe sądy z natury rzeczy musiały być w pewnym stopniu przeetatyzowane, właśnie na wypadek choroby czy urlopu dla poratowania zdrowia sędziego. W dużym sądzie, gdy zabraknie sędziego lub dwóch, żadna krzywda się nikomu nie dzieje. Mówiąc wprost, w połączonych sądach można bardziej racjonalnie układać obciążenie pracą. Z jednostki, która ma czterech czy pięciu sędziów, nie da się zabrać etatu do jednostki bardziej obciążonej. Ale z sądu, w którym jest piętnaście etatów orzeczniczych, jeden etat można już wziąć, bo obciążenie pozostałych sędziów zwiększymy tylko o jedną piętnastą.

– Pojawia się kwestia „dramatycznych” dojazdów sędziów ze zniesionych jednostek do sądów większych, po 40 kilometrów w jedną stronę…

– Całe życie dojeżdżałem do pracy i tego argumentu nie potrafię zrozumieć. Mamy XXI w., sędzia to nie jest osoba niemobilna, która musi siedzieć w miejscu. Zresztą, co mają powiedzieć zwykli obywatele? Użycie takich argumentów to kompromitacja osób je zgłaszających.

– Czy przyzna Pan, że ta reforma była pewnym obejściem konstytucyjnego zakazu nieprzenoszalności sędziego, w szczególności wynikających z niego gwarancji o charakterze pracowniczym?

– Nie ma praw bezwzględnych, w tym sensie każde prawo może być ograniczone w trybie ustawy. U.s.p. tę nieprzenoszalność ogranicza do konkretnych przypadków – sędziego może przenieść sąd dyscyplinarny, również reorganizacja sądu pozwala ministrowi na ustanowienie nowego miejsca służbowego sędziego. Proszę zwrócić uwagę, że sędziowie ze zniesionych jednostek faktycznie dalej pracują w tych samych budynkach, w tych samych sądach. W tym sensie argument o obejściu Konstytucji jest nadużyciem.

– Potwierdza Pan, że reforma jest pierwszym krokiem do całkowitej likwidacji małych jednostek, dziś wydziałów zamiejscowych, jako drogich w utrzymaniu?

– Dementuję, takiego zamiaru nie ma. Dysponujemy majątkiem sądów w małych miejscowościach, tam są miejsca pracy. Gdzie tych sędziów i urzędników mielibyśmy posadzić?

– Czy po tej reformie struktura sądownictwa będzie wystarczająco wydolna?

– Będzie bardziej wydolna niż obecnie.

– Jakie będą jej dalsze reformy?

– Biorąc pod uwagę reakcje, jakie miały miejsce w związku z wprowadzeniem wydziałów zamiejscowych, podejrzewam, że głębsza reforma byłaby dziś niemożliwa. Spodziewałbym się raczej oddolnych inicjatyw, wniosków prezesów odnośnie zmiany struktury podległych sądów, np. łączenia poszczególnych wydziałów czy zmian w ich obsadzie. Dzisiaj w połączonych sądach mamy np. po kilka wydziałów cywilnych, w których orzeka po jednym sędzim. Pytanie, czy taka jest potrzeba. Ale to pytanie do środowiska sędziowskiego, nie do ministra.

To, co już zostało uczynione w strukturze sądownictwa, umożliwi dobrą pracę. Reforma samej struktury to jednak za mało. Musi być jeszcze odpowiednie wsparcie dla sędziów oraz inaczej ukształtowana kognicja sądów. Ponadto, zakres czynności sędziów jest co do zasady zbyt szeroki i w efekcie wykonujemy pracę, którą wykonać powinny strony. To wszystko są konieczne zmiany, które muszą wspólnie zagrać, żadna z nich przeprowadzona osobno nie poprawi sytuacji.

Sędzia i menadżer

Wojciech Hajduk ma 47 lat, pochodzi z Rudy Śląskiej, studia prawnicze ukończył na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Od 1996 r. piastował stanowiska sędziowskie – najpierw w Sądzie Rejonowym w Gliwicach (w latach 1998-2001 pełnił funkcję przewodniczącego Wydziału Cywilnego tego sądu), następnie w Sądzie Okręgowym w Gliwicach (w latach 2002-2007 przewodniczący I Wydziału Cywilnego, zaś w latach 2007-2012 – prezes tego sądu).

Od 12 marca do 17 września 2012 r. sędzia Hajduk pełnił w Ministerstwie Sprawiedliwości obowiązki dyrektora nowopowstałego Departamentu Sądów, Organizacji i Analiz Wymiaru Sprawiedliwości. Z dniem 18 września 2012 r. został mianowany Podsekretarzem Stanu w MS.

Wojna o sekretariaty

– Wspomniał Pan Minister o wsparciu zadań orzeczniczych. Jak powinno ono wyglądać?

– Chodzi o właściwe ukształtowanie pracy sekretariatów i właściwą liczbę asystentów sędziów.

– Dał się Pan poznać jako specjalista od rozliczania pracy sekretariatów w sądach…

– Okręg gliwicki, którym zarządzałem, był młody, bardzo obciążony i niedokadrowany – zarówno orzeczniczo, jak i urzędniczo. Sytuacja była trudna, dlatego działania naprawcze musiały być zdecydowane. Ważna była standaryzacja pracy sekretariatów. W każdym sądzie praca musi być tak samo zorganizowana, uproszczona i efektywna – po to, by można było oczekiwać podobnych efektów w skali okręgu. Zaproponowałem właściwy obieg akt w wydziale i właściwe odnotowywanie informacji o obiegu tych akt w systemie elektronicznej biurowości sądów. System w efekcie sortuje informacje w taki sposób, że z jednej strony alarmuje sędziego o możliwych opóźnieniach w dokonywaniu czynności, z drugiej – pozwala na porównanie obciążenia pracą poszczególnych urzędników w sekretariacie.

Dla części sędziów może to być niezrozumiałe, bo jeśli w referacie mają 40-50 spraw, to nie potrzebują żadnego elektronicznego systemu i mogą sobie ten referat porządkować z dnia na dzień. Ale jeżeli w referacie sędzia ma 200-300 spraw lub więcej, to nad tym nie sposób zapanować bez pomocy technicznej, zautomatyzowanej. Jedyną zasługą Gliwic było to, że zaproponowaliśmy, jak skonfigurować system e-biurowości tak, by automatycznie weryfikował tempo nadawania biegu sprawom.

– Ponoć nie obyło się bez ofiar.

– Była „wojna”. Prawda jest taka, że jak się proponuje coś nowego, to nowe zawsze uważane jest za złe. Szczególnie urzędnicy, ponieważ sędziów to w zasadzie nie dotyka, stawiali opór. Kierownicy sekretariatów uważali, że przecież wspaniale prowadzą sekretariaty i czego ja od nich oczekuję. Albo twierdzili, że się nie da, bo ich sekretariat ma specyficzną strukturę, inne zadania, a przez to jest jakoś szczególny. To oczywiście nieprawda, bo każdy sekretariat w każdym sądzie może pracować tak samo. Bojkotowano moje polecenia, nawet odłączano komputery z sieci po to, by nie było wglądu w stan spraw. W efekcie z kilkoma osobami musieliśmy się rozstać.

– Strach urzędników przed weryfikacją zaangażowania w pracę był tak wielki?

– Każdy urzędnik, także każdy sędzia, referendarz czy asystent, jest bardzo widoczny w tym systemie. Można skontrolować każdego z osobna i wszystkich wspólnie – w ramach jednego referatu, wydziału, sądu, także w ramach poszczególnych kategorii spraw prowadzonych w danym referacie czy wydziale.

– Z pozycji Ministra Sprawiedliwości też?

– Jeżeli będzie system centralny, a do tego dążymy, to będzie to również technicznie możliwe.

– I znów ingerencja w sferę orzeczniczą.

– W sprawność postępowania. Ale do tego sprowadza się nadzór administracyjny, jaki sprawuje Minister Sprawiedliwości. Jeśli okazuje się, że ta sprawność nie jest dobra, to znaczy, że kontrola jest potrzebna. Tu chodzi wyłącznie o wdrożenie narzędzia, które umożliwi bardziej efektywną pracę w sądach. Tych sądach, w których ta efektywność jest dziś niewystarczająca.

– Dostrzega Pan konieczność zwiększenia liczby asystentów sędziów. Co sprawi, że ten zawód stanie się atrakcyjny? Dziś mamy wolne etaty asystenckie, na które nie ma chętnych.

– Zniesiemy wymóg, że asystentem można zostać wyłącznie po ukończeniu aplikacji ogólnej w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. Do pracy na tym stanowisku wystarczy ukończenie studiów.

– Co z postulatem podniesienia zarobków asystentów? Ze stworzeniem możliwości awansów w obrębie tego zawodu?

– Poziom zarobków asystentów nie jest wystarczający, ale jestem pewny, że dla absolwentów prawa okaże się atrakcyjny. Oczywiście, stworzymy również ścieżkę zawodowego awansu. Prowadzimy na ten temat rozmowy z asystentami, szczegóły są dyskutowane.

– Czy sędzia powinien mieć prawo wyboru asystenta, który mu odpowiada?

– Nie. Na pokładzie statku nie może być czterdziestu kapitanów, od tego jest prezes sądu i jego dyrektor, oni ponoszą odpowiedzialność za sprawną pracę podległej jednostki.

– A czy zakres obowiązków asystentów będzie zwiększany?

– Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Sprawiedliwości w sprawie czynności asystentów sędziów, sędzia może zlecić asystentowi wykonanie wszelkich zadań niezbędnych do przygotowania sprawy do rozpoznania.

– Postulat dotyczy szerszych uprawnień, np. wydawania przez asystentów zarządzeń w przedmiocie braków w pozwie, uiszczenia opłaty, odnotowywania prawomocności orzeczeń…

– Jest to temat do dyskusji.

– Czy w kontekście odciążenia sędziów planuje się przekazać dodatkowe uprawnienia referendarzom?

– Planujemy m.in. uprawnienia w postępowaniu egzekucyjnym, a także w postępowaniu w sprawach o wykroczenia.

– Czy również w tej grupie będzie zwiększane zatrudnienie?

– Nie jest to przewidziane. Kończy się proces migrowania ksiąg wieczystych i w grupie referendarzy mamy dziś duże zasoby kadrowe, które można sensownie wykorzystać, także z korzyścią dla orzekających sędziów.

W wieży z kości słoniowej

– Panie Ministrze, na kanwie niedawnego rozstrzygnięcia w tzw. sprawie „doktora G.” odżył temat obecności sędziów w debacie publicznej, a szerzej – uczestnictwa w dialogu ze społeczeństwem. Czy miejscem na ten dialog nie powinny być m.in. ustne motywy orzeczeń?

– Język sędziego musi być zrozumiały, tak w ustnych motywach, jak i w uzasadnieniu pisemnym, opartym na analizie prawnej. Sędzia ma w ustnych motywach dużo swobody i może formułować dość swobodnie swoje myśli, o ile oczywiście nie narusza to dóbr osobistych innych osób. Moim zdaniem sędziowie powinni jednak unikać wikłania wymiaru sprawiedliwości w debatę polityczną.

– Skutkiem powściągliwości bywa to, że wymiar sprawiedliwości jest w tej debacie nieobecny, niejednokrotnie z konsekwencjami niekorzystnymi dla opinii o sędziach i sądach.

– Zasady etyki zawodowej zabraniają sędziemu wypowiadania się w sprawach, które prowadzi bądź już zakończył. Od wypowiedzi medialnych jest prezes sądu bądź rzecznik prasowy. Z chwilą ogłoszenia wyroku rola sędziego w sferze publicznej się kończy i nie powinien uczestniczyć w medialnej czy politycznej debacie, która przecież niewiele różni się od dyskusji w przysłowiowym maglu.

– Sędzia jest więc skazany na milczenie?

– Takie jest moje przekonanie, choć mogę się mylić. Sędzia musi pozostać sędzią, którego zdanie, w formie wyroku wydawanego w imieniu Rzeczypospolitej, jest wiążące i niepodważalne – rzecz jasna z wyjątkiem drogi odwoławczej.