Chcieć to móc

Kazimierz Olejnik

Fot. Izabela Grambor

O zmianach czekających prokuraturę, ocenie trzech lat dorobku niezależnego Prokuratora Generalnego oraz potrzebie rzeczywistego nadzoru przełożonych nad postępowaniami – rozmowa z Kazimierzem Olejnikiem, byłym zastępcą Prokuratora Generalnego, obecnie prokuratorem w stanie spoczynku.

– Od zawsze chciał Pan być prokuratorem?

– Na studiach w ogóle o tym nie myślałem. Uważałem się za człowieka czynu, kusiła mnie kariera policjanta lub tajnego agenta. Myśl o pracy w prokuraturze pojawiła się po obronie pracy magisterskiej. Nie wiedziałem o niej wiele, bo nie znałem żadnego prokuratora. Na rozmowie kwalifikacyjnej szef ówczesnej prokuratury wojewódzkiej w Łodzi bardzo szybko skorygował moje wyobrażenia na temat walki ze złem. Powiedział, że proza prokuratorskiego życia to sprawy drobne, kradzież zająca na polu czy kłótnia sąsiedzka. Miał oczywiście rację, ale mnie się poszczęściło i przeżyłem w prokuraturze fantastyczną przygodę.

– W prokuraturze, która w ostatnich kilkunastu latach jest mocno krytykowana. Wciąż pojawiają się te same zarzuty: rozbudowany ponad miarę i nieefektywny nadzór, zła organizacja pracy, czasem działanie na polityczne zlecenie…

– Zła ocena w dużej części jest niezasłużona. Prokuratura prowadzi dziś 1,1-1,2 mln spraw rocznie, a publiczne baty, czasem słuszne, zbiera za wąski ich margines. Kilkanaście medialnych śledztw rzutuje na całość. Dlatego prokuratura musi bronić się swoją codzienną pracą, dobrymi śledztwami, wtedy wpadki zostaną wybaczone. Jedyne, co w ostatnich latach obserwuję naprawdę niepokojącego w tej instytucji, to brak wizji jej funkcjonowania, miejsca w systemie organów państwa, a także pewien upadek etosu służby prokuratorskiej.

W latach 90., kiedy tworzyliśmy wydziały ds. przestępczości zorganizowanej, wtedy nasze zaangażowanie było zupełnie inne. Pracowaliśmy po kilkanaście godzin na dobę, nieraz dłużej. Dziś zbyt często obserwuję kolegów, którzy swoją pracę zdają się traktować w kategoriach karier urzędniczych. Ja nie chcę prokuratora, który oskarża tylko w sytuacjach pewnych, kiedy ofiara ma nóż w plecach, a obok stoi sprawca umazany krwią. Chciałbym, żeby prokurator oskarżał – kiedy trzeba i przy poszanowaniu praworządności – również na dowodach poszlakowych, tam gdzie ma przekonanie, kto jest sprawcą. Chodzi o to, aby prokuratorzy nie szli po linii najmniejszego oporu i słabsze dowodowo czy trudniejsze sprawy umarzali.

– Jak ocenia Pan ostatnie trzy lata funkcjonowania prokuratury, po oddzieleniu funkcji Prokuratura Generalnego od Ministra Sprawiedliwości?

– Samej decyzji bronię. Zawsze głośno mówiłem, że oddzielenie jest niezbędne, jeśli prokuratura ma spełniać obowiązki wobec państwa i społeczeństwa, a nie wobec określonych sił politycznych. Pamiętam wszystkich ministrów sprawiedliwości po 1989 r. i różne stopnie ich politycznej dyspozycyjności. Do czego może doprowadzić ręczne kierowanie prokuraturą za pośrednictwem ministra pokazały lata 2005-07, to był przecież jeden wielki dramat. Jednak dziś niestety podzielam stanowisko Ministra Sprawiedliwości w negatywnej ocenie działań prokuratury – z tym zastrzeżeniem, że do pełnej oceny potrzeba profesjonalnej diagnozy w oparciu o fakty i dokumenty. Moja, siłą rzeczy, jest wstępna i powierzchowna, wynika przede wszystkim ze znajomości tego środowiska od środka oraz widocznych powszechnie wpadek prokuratury.

Prokuratura nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w konsekwencji zmiany dotyczące prokuratorów opracowują politycy

– Czy dobrze się stało, że na czele tej instytucji stanęła osoba niebędąca wcześniej prokuratorem?

– Uważałem, że sędzia na czele prokuratury wbrew pozorom może być wartością bezcenną, bo pomoże w przełamaniu impasu, da nowe otwarcie. Nie chcę zbyt pochopnie oceniać działalności prokuratora Seremeta, ale gdy trzy lata temu ubiegał się o urząd, to – podobnie jak każdy z kandydatów – na pierwszym miejscu wymieniał nową ustawę o prokuraturze, a więc nowe zasady i nową wizję funkcjonowania tej instytucji. Minęła ponad połowa jego kadencji i okazuje się, że Prokurator Generalny nic nie przygotował. Projekt opracowuje Minister Sprawiedliwości! Tak naprawdę prokuratura nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. W konsekwencji zmiany opracowują nam politycy.

– To źle? Prokurator Generalny projekt pisał, ale ponieważ nie był w stanie porozumieć się z Ministrem Sprawiedliwości, zawiesił te prace.

– Podstawowy błąd. Z jakimi przemyśleniami Prokurator Generalny będzie dziś uczestniczył w dyskusji nad projektem, który opracował minister? Przygotowanie przemyślanej koncepcji to wypracowanie pewnych rozwiązań. Ale dziś w prokuraturze tych rozwiązań po prostu nie ma, ma je za to minister. I część z nich jest dla prokuratury niekorzystnych.

– Które?

– Przede wszystkim – coroczne ustalanie przez rząd założeń polityki ścigania. Rzecz absurdalna, pokazująca, że świat polityki próbuje od kuchni ponownie uzyskać wpływ na prokuraturę. Jeśli prokurator nadal ma reagować na każde naruszenie prawa, to co rząd chce w tych wytycznych określać? Na które w tym roku, a na które w kolejnym? Czy bardziej na gwałty, a mniej na zabójstwa, czy odwrotnie?

– W czym w zarządzaniu prokuraturą Andrzej Seremet sobie nie radzi?

– Nie chcę oceniać pochopnie, ale gołym okiem widać, że jest bardzo pasywny, nie wytycza nowych horyzontów, prokuratura pod jego kierownictwem dryfuje od ściany do ściany. Firma o jasnych kryteriach hierarchicznego podporządkowania nie posiada wyrazistego szefa. Weźmy sprawę zabójstwa generała Papały. Przecież to kuriozum, że prokuratorzy z Warszawy w sądzie mieszają z błotem wersję przedstawioną przez prokuraturę łódzką, zaś Prokurator Generalny jakby zapomniał, na czym polega nadzór służbowy precyzyjnie określony w prokuratorskim regulaminie.

Na pierwszej linii
Prokurator Kazimierz Olejnik w latach 90. uchodził za jednego z największych speców od zwalczania przestępczości zorganizowanej. Pod jego nadzorem grupa prokuratorów rozbiła łódzką „ośmiornicę”. W sprawach, które prowadził jako prokurator, osobiście bronił też aktów oskarżenia przed sądem. Nieraz musiał korzystać z policyjnej ochrony. Na rozprawy chodził w kamizelce kuloodpornej. „Pogromca mafii” – pisały o nim media.Rocznik 1957. Po ukończeniu w 1982 r. prawa na Uniwersytecie Łódzkim trafił do łódzkiej prokuratury. Członek PZPR do rozwiązania partii, w latach 1988–89 – najmłodszy w kraju urzędujący szef Prokuratury Rejonowej (Pabianice pod Łodzią). Dalsza jego kariera związana jest z wydziałami śledczymi i nowotworzonym w prokuraturze pionem do zwalczania przestępczości zorganizowanej. W 2000 r., z nominacji ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego, Olejnik zostaje prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi. W kolejnych latach prasa pisała o konflikcie między nim a kolejną minister, Barbarą Piwnik (która cofnęła Olejnika do prokuratury okręgowej twierdząc, że dzięki temu będzie miał więcej czasu na walkę z przestępczością, a nie na papierkową robotę). Od 2003 r. Olejnik pełnił funkcję zastępcy prokuratora generalnego Grzegorza Kurczuka (SLD) i nadzorował pion „pezetów”.

W czerwcu 2005 r. Kazimierz Olejnik uległ wypadkowi samochodowemu i doznał licznych obrażeń ciała, co spowodowało przeniesienie go w stan spoczynku. W listopadzie 2009 r. minister Krzysztof Kwiatkowski na wniosek Olejnika przywrócił go do czynnej służby, co pozwoliło mu wziąć udział w konkursie na funkcję Prokuratora Generalnego. Nie otrzymał jednak ani jednego głosu. Niedługo po powrocie do prokuratorskich obowiązków spotkał go drugi wypadek – złamał biodro i ponownie przeszedł w stan spoczynku.

– Prokurator generalny mówił, że nie miał instrumentów prawnych, aby pogodzić obie prokuratury.

– I to jest jeden z największych problemów – prokurator generalny uważa, że nic nie może. Tymczasem pamiętam, że kiedy występował na forum Krajowej Rady Sądownictwa, jako kandydat na szefa prokuratury, miał najlepszy program – wszystko mógł, wszystko umiał, wszystko miało być śpiewająco. Potem okazało się, że prokurator Andrzej Seremet przyjął tezę, że nic nie może.
Ja uważam, że może bardzo wiele, wystarczy tylko korzystać z instrumentów, które posiada. Być może łatwiej jest mu twierdzić, że nic nie może, bo wtedy nic nie musi. Kadencja płynie, niedługo się zakończy, a prokurator generalny ma święty spokój. Tyle, że nam wszystkim chodzi o realizację ambitnego programu, o wdrożenie nowej prokuratury do systemu organów państwa. Tu się niewiele dzieje i przez to mamy sprawy prowadzone fatalnie, sprawy typu Amber Gold, zaś prestiż i pozycja prokuratury są coraz gorsze.

– A jak się Panu podoba pomysł na powiązanie niezależności i nadzoru w prokuraturze?

– W projekcie ustawy o prokuraturze napisano, że szef ma prawo zapoznawać się, sygnalizować, wskazywać kierunki. Tak jak też dziś, bo nie ma żadnych przeszkód, by przełożony to robił. Jednak rzeczywistość prokuratorska – z tego, co wiem – wygląda zupełnie inaczej. Przełożeni coraz rzadziej interesują się tym, co robi prokurator liniowy, bo uważają, że jest on niezależny, więc może robić, co chce.
Niezależność prokuratorska to jednak nie to samo co niezawisłość sędziowska. Niezależna ma być prokuratura, nie prokurator. Niezależna od świata polityki, innych organów państwa, podmiotów zewnętrznych, które chciałyby wpływać na tok prowadzonych postępowań. Prokurator oczywiście też jest niezależny w ramach spraw, które prowadzi, ale to nie znaczy, że ma być niezależny od instytucji, w której pracuje, i od swojego przełożonego. Zgadzam się jednak, iż zagadnienie niezależności prokuratora wymaga nowego ukształtowania.

– Jako zastępca Ministra Sprawiedliwości – Prokuratora Generalnego ingerował Pan w śledztwa?

– Nie wyobrażałem sobie, aby nie wiedzieć, jaka będzie decyzja w sprawie, którą się interesowałem. Pytałem podwładnego, dyskutowaliśmy. W wielu przypadkach go przekonywałem, zdarzało się, że nie. Pamiętam wycinek sprawy Rywina, dotyczący słów „lub czasopisma” dopisanych do projektu ustawy o mediach. Śledztwo prowadziła prokuratura warszawska. Ja uważałem, że samowolna zmiana projektu ustawy po przejściu przez legislację rządową to przestępstwo. Prokuratura warszawska uważała, że nie. Nie przekonałem ich, umorzyli sprawę, ale ja uznałem, że jest to decyzja błędna, poleciłem ją uchylić i przekazałem śledztwo do innej prokuratury. I dziś, po wielu perturbacjach w tej sprawie, mamy prawomocny wyrok skazujący.

– Jak zatem powinna wyglądać formuła nadzoru służbowego nad prokuraturą?

– Niezależność indywidualnego prokuratora trzeba powiązać z zasadą jednolitego działania prokuratury i z jednoosobową odpowiedzialnością każdego przełożonego. Inaczej się po prostu nie da. Nie może być tak, że Prokurator Generalny pisze informację o działaniach prokuratury za rok miniony i ponosi osobistą odpowiedzialność za opisywane tam decyzje, na które w istocie nie ma wpływu. Nie mam wątpliwości, że w ramach nadzoru przełożony prokuratora może wszystko – nie tylko zapoznać się z aktami, ale i wykorzystać swoje uprawnienia do ukształtowania decyzji końcowej w sprawie. Jeśli prokurator referent ma inną koncepcję na prowadzenie sprawy, przełożony musi swoją wolę wyrazić na piśmie, aby był ślad, kto zdecydował. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, w jaki sposób to przeprowadzić, odsyłam do zapisów regulaminu prokuratorskiego o nadzorze służbowym.

– Przedstawiciele środowiska prokuratorów często podkreślają, że w sprawnym prowadzeniu postępowań często przeszkadzają im same przepisy…

– Pamiętam początek lat 90., kiedy do kraju wchodziła przestępczość zorganizowana. Nie mieliśmy wtedy żadnych instrumentów, by ją zwalczać – prowokacji policyjnej, kontrolowanego zakupu, małego ani dużego świadka koronnego, świadka incognito… I w tej materii musieliśmy się odnaleźć. Jest w prawie stara zasada, że najmądrzejszy przepis źle realizowany doprowadzi do całkowicie odmiennych niż zamierzone skutków. A najgłupszy, najbardziej koślawy, ale mądrze wyinterpretowany, da dobre efekty. Kwestia skuteczności prokuratora liniowego, jak i generalnego, sprowadza się do chęci podejmowania problemów. Nie znaczy to oczywiście, że zmiany w prawie nie są potrzebne, choćby ustawa o prokuraturze.

– Lada chwila Sejm uchwali przełomową nowelizację k.p.k. Czy prokuratura poradzi sobie z koniecznością większej aktywności w sali sądowej?

– Mam wrażenie, że ta nowelizacja to pomocna dłoń dla sędziów, nie dla prokuratorów. Czy ktoś przekalkulował, czy obecna kondycja i liczebność prokuratury zezwala na bardziej bezpośredni, aktywny udział w procesie? W jednym z prokuratorskich okręgów koledzy sami to zbadali i wyszło, że prokuratorów musiałoby tam być czterokrotnie więcej. Na dziś nierealne jest, aby ten sam prokurator przeprowadził osobiście śledztwo i osobiście oskarżał w sądzie na wszystkich rozprawach. Ale jest też dobry prognostyk – nowelizacja k.p.k. zbiegła się z pracami nad prawem o prokuraturze i minister Marek Biernacki dostrzega powiązanie tych dwóch kwestii.

– Wróćmy do Pańskich doświadczeń, które przypadły na okres, gdy prokuraturze zdarzały się działania na polityczne zamówienia. Spytam przewrotnie: dlaczego prokuratorowi opłaca się bycie dyspozycyjnym?

– Zbyt wiele lat mam za sobą w firmie, w różnych epokach i okresach, abym twierdził, że takie sytuacje się nie zdarzały. Tak bywało za każdej opcji. Niektórzy koledzy tylko utrzymywali poprawne relacje z decydentami, a obowiązki wypełniali zgodnie ze sztuką. Ale zdarzało się, że ich decyzje w śledztwach były uzależniane od politycznych układów. Jednak ci prokuratorzy, którzy poszli na współpracę polityczną, zazwyczaj przegrywali, bo to zawsze jest na krótką metę.

– Często dzwoniły te polityczne telefony?

– Pewnie dzwoniły do tych, którzy je odbierali. Ja robiłem swoje.

– A jeśli ktoś do Pana zadzwonił, to słyszał w odpowiedzi: „nie mamy o czym rozmawiać”?

– Od początku głośno mówiłem, że jeśli chodzi o moje decyzje, to polityka nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Starano się przypiąć mi łatkę człowieka Leszka Millera – po tym, jak powołał mnie na funkcję zastępcy prokuratora generalnego. Mówiono, że jestem po to, aby w Warszawie pilnować interesów lewicy. Ja się wtedy przekornie uśmiechałem i odpowiadałem, żeby policzyć, ilu notabli lewicy postawiliśmy w stan oskarżenia, a była to chyba większość baronów wojewódzkich, że nie wspomnę o aferze starachowickiej. Tym, którzy widzieli we mnie człowieka Millera odpowiadam, że poszczególne nominacje otrzymywałem za lewicy i prawicy. Jedno z największych wyróżnień otrzymałem od ministra – prokuratora generalnego Lecha Kaczyńskiego, który zablokował próbę odwołania mnie z funkcji w Łodzi. Więcej, awansował mnie.

– Czyli nie opłaca się wchodzić w układy z politykami?

– Są profity polityczne, ale jest coś ważniejszego – odbiór wewnętrzny, prokuratorski. Koledzy doskonale wiedzą, czy ich szef się układa, czy naciska i w jakim kierunku. Kiedy w 2005 r. władze przejęło PiS, minister Ziobro był przekonany, że byłem zaangażowany w pilnowanie interesów lewicy. Odbył bardzo wiele rozmów z różnymi prokuratorami i pytał ich, na ile prokurator Olejnik naciskał, aby kogoś wybronić, nie postawić mu zarzutów, nie oskarżyć. Jego uzysk po tych rozmowach był zerowy.

– Jakie widzi Pan korzyści z bycia prokuratorem?

– To praca dla osób o dużej wrażliwości osobistej i społecznej, chcących walczyć ze złem, z bezprawiem, walczyć o sprawiedliwość – po „jasnej stronie mocy”, dla poszanowania praw jednostkowych, publicznych, dla swojego państwa. Jeśli ktoś tego nie czuje, to się w prokuraturze męczy.

– Da się tę walkę z siłami zła pogodzić z satysfakcja finansową?

– Kiedy rozpoczynałem pracę w prokuraturze, moją pierwszą pensją było niecałe 20 dolarów. Dzisiaj prokurator zarabia godnie, zważywszy zwłaszcza na stabilizację zatrudnienia – choć daleko nam jeszcze do standardów europejskich. Oczywiście, jeśli ktoś chce robić pieniądze, to powinien pójść do innego zawodu prawniczego. Nie zaglądam kolegom do kieszeni, ale na pewno zarobki w adwokaturze czy notariacie są większe. To jest kwestia wyboru. Albo pieniądze, albo perspektywa – przy odrobienie szczęścia – przeżycia niesamowitej przygody.

Dzisiaj, po latach prób, został ukształtowany w miarę czytelny system wynagradzania prokuratorów. Niestety, ostatnio okazało się, że próbuje się go rozmontować. Myślę, że zbyt niezależna prokuratura, na którą nie da się wpływać, chociażby szantażem finansowym, niektórym przeszkadza. Tymczasem państwo prawa nie może istnieć bez sprawnej prokuratury.

– Doradza Pan młodym ludziom karierę prokuratorską?

– Dziś nie ma łatwego chleba w żadnym z zawodów prawniczych. Mój starszy syn jest prokuratorem, młodszy – aplikantem adwokackim. Na pewno aplikacje państwowe są bardzo wymagające. Od dwóch lat zasiadam w komisji ds. naboru na aplikację do KSSiP. Egzamin jest piekielnie trudny, sito niezwykle gęste. Uczę też w tej szkole, to jest fenomenalna, rewelacyjna i bardzo zaangażowana młodzież. Być może prościej jest na aplikacji adwokackiej, radcowskiej, gdzie przyjmuje się każdego, kto przekroczy dany pułap punktów. Tyle, że to podejście błędne, bo nie uwzględnia elementów rynkowych. W efekcie nauka może i jest łatwiejsza, ale o pracę po jej ukończeniu znacznie trudniej.

– Ciągnie Pana do prokuratury? Po wypadku samochodowym z 2005 r. na krótko powrócił Pan do czynnej służby, ale szybko wrócił do stanu spoczynku.

– W 2009 r., po czterech latach rehabilitacji, podjąłem decyzję o powrocie. I niestety, zły los spowodował, że w 2010 r. miałem kolejny wypadek, przewróciłem się, złamałem nogę w biodrze i znów musiałem przejść w stan spoczynku. Do dziś nie mogę sobie pozwolić na życie na pełen gwizdek. Dlatego tak dużo satysfakcji sprawia mi możliwość nauczania w KSSiP, pan minister jest uprzejmy powoływać mnie do komisji kwalifikacyjnych na aplikacje w Krajowej Szkole, utrzymuję też kontakty ze środowiskiem prokuratorskim. Dopóki mam co przekazać młodzieży, będę to robił. Opowiadam im o sprawach, nad którymi pracowałem ja lub moi koledzy – raz lepiej, raz gorzej. Mówię o tym, co z życia wzięte. Myślę, że to ma sens.