Sobczak

Wielki powrót asesora

Krzysztof Sobczak

Rys. Łukasz Jagielski

Być może już w przyszłym roku w salach sądowych ponownie pojawią się asesorzy. Nad ustawą wprowadzającą tę instytucję pracują wspólnie Prezydent, Krajowa Rada Sądownictwa i Ministerstwo Sprawiedliwości. Miejmy nadzieję, że będzie to powrót bez potknięć.

Jak zapowiadają autorzy wstępnego projektu, „nowy” asesor będzie instytucją zbliżoną do urzędu sędziego. Powoływałby go Prezydent lub Przewodniczący KRS na czas określony, maksimum na pięć lat. O stanowisko takie mogliby się ubiegać na równych prawach asystenci i referendarze, absolwenci Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, przedstawiciele innych zawodów prawniczych, a także osoby, które ukończyły aplikację sędziowską czy prokuratorską lub mają odpowiedni staż pracy w sądzie i zdały egzamin sędziowski bądź inny egzamin zawodowy. W czasie tych pięciu lat próby asesor mógłby stanąć do kolejnego konkursu, tym razem na dożywotni urząd sędziego.

Propozycja przywrócenia asesury jest odpowiedzią na krytykę obecnej drogi dochodzenia do urzędu sędziego. Ma to być czas przyuczania kandydata do pełnienia roli sędziego oraz czas sprawdzania, czy posiada on potrzebne do tego predyspozycje.

Oczywiście, można powiedzieć, że funkcję asesorów w jakiejś mierze pełnią dziś asystenci sędziów i referendarze, którzy stanowią rezerwę kadrową zasilającą szeregi stanu sędziowskiego. Jest nawet w kręgach sądowych powiedzenie, że urząd sędziego to korona zawodów asystenta i referendarza – jako trawestacja innej maksymy, szczytnej, ale nie bardzo sprawdzającej się w praktyce. Faktem jest wszakże, że w ogromnej większości to asystenci i referendarze zostają dziś sędziami, co jest przedmiotem sporej krytyki tych ostatnich. Ale też generalnie obecny system naboru do urzędu sędziego nie ma dobrej opinii. Z przeprowadzonych w ubiegłym roku na zlecenie Krajowej Rady Sądownictwa badań w środowisku prawniczym wynika, że 57 proc. respondentów ocenia obecny system powoływania i kształcenia sędziów jako niewłaściwy.

Pewnym atutem asystentów i referendarzy jest to, że zanim wystartują w konkursie na stanowisko sędziego, co najmniej przez kilka lat praktykują w sądzie. Analizują sprawy, przygotowują decyzje i projekty wyroków. Taka praca, szczególnie pod kierunkiem dobrego sędziego, który potrafi być mistrzem, może wiele nauczyć. Jednak w stosunku do zadań asesora ma ona jedną słabość – asystent nie sądzi, nie wydaje wyroków. Nawet jeśli najlepiej przygotuje materiały dla sędziego i zaproponuje doskonały w sensie prawnym wyrok, to nie musi on mierzyć się z dylematami, przed którymi staje sędzia. A więc – czy wyrok będzie sprawiedliwy, czy kogoś nie skrzywdzi, czy w dostatecznym stopniu uwzględni wszystkie czynniki, w tym społeczne i psychologiczne. Asystent nie musi się martwić, że może pośle za kratki niewinnego albo zrujnuje kogoś nieuzasadnioną grzywną czy odszkodowaniem.

Asesorzy tymczasem, gdy jeszcze byli w sądach, orzekali podobnie jak sędziowie i w praktyce uczyli się przyszłego zawodu. Autorzy nowego projektu także proponują, by asesor orzekał w zasadzie w prawie wszystkich sprawach, jakie trafiają do sądów rejonowych. Wątpliwości są tylko w odniesieniu do spraw aresztowych.

I tu jest dobry moment, by przypomnieć, dlaczego zlikwidowano coś, co było dobre. Bo taka jest teraz ocena dawnej instytucji asesora i na jej bazie narodził się wspomniany projekt.

Asesorzy zniknęli z sądów w maju 2009 r. na skutek wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który stwierdził, że nie może wymiaru sprawiedliwości wykonywać osoba nieposiadająca atrybutu niezawisłości. Rzeczywiście, asesor mianowany przez Ministra Sprawiedliwości nie miał tak solidnego umocowania jak sędzia, choć pełnił obowiązki sędziego. Ale warto też przypomnieć praktyczny kontekst tej sprawy. Otóż skargę do TK skierował obywatel, który został przez asesora tymczasowo aresztowany. Potem okazało się, że niesłusznie i niepotrzebnie, zaś państwo zapłaciło odszkodowanie. Stąd właśnie wspomniane zastrzeżenie autorów obecnego projektu, by może asesorów trzymać z dala od decyzji aresztowych.

W poprzednim stanie prawnym nie było takiego ograniczenia. Rzecz jasna, nie było też obowiązku wyznaczania osób młodych, przeważnie dwudziestoparoletnich, świeżo po studiach i krótkiej aplikacji, do spraw, których uczestnicy mogli zostać pozbawieni wolności. A już szczególnie karygodne było wyznaczanie takich osób do decydowania o tymczasowym aresztowaniu, kiedy to bez procesu, po krótkim przejrzeniu akt i ewentualnie zadaniu paru pytań, oskarżony trafiał na wiele miesięcy, a czasem lat, do aresztu. To prezesi sądów uśmiercili dawnych asesorów, bo wyznaczali im takie właśnie sprawy. Jeśli ktoś nie wierzy, że tak właśnie było, niech popyta starszych adwokatów.

Asesor to taki praktykant, który dopiero uczy się zawodu. A więc powinien z początku dostawać prostsze sprawy. Niech zasiada w wieloosobowych składach razem z doświadczonymi sędziami, niech ćwiczy się na sprawach, w których nie ma zagrożenia karą pozbawienia wolności. Z czasem można mu będzie zakładać coraz cięższą zbroję, dawać coraz więcej samodzielności. Aż starsi i bardziej doświadczeni koledzy powiedzą: jesteś gotów, możesz iść w tej zbroi stawiać czoła najtrudniejszym sprawom.

Mam nadzieję, że autorom nowej ustawy, a w praktyce także środowisku sędziów, uda się tym razem wypracować dobry i bezpieczny model asesury.