Więcej rozumu, mniej pamięci

Tagi: ,
Andrzej Szlęzak

Fot. Krzysztof Wojciewski

Rolą szkół prawa nie powinno być informowanie studentów o treści przepisów. Ich obowiązkiem jest uczenie czytania i pisania tekstów prawniczych, a więc tego, co w naszym zawodzie nazywamy myśleniem – głos mec. Andrzeja Szlęzaka w dyskusji o jakości kształcenia prawników.

Profesor Piotr Machnikowski pisał niedawno na tych łamach ( „Na wokandzie” nr 4, 2013) o kiepskiej kondycji akademickiej edukacji prawniczej. Dopatrywał się jej przyczyn zarówno w „skostnieniu formalnym” uczelni (publicznych), jak i w nie zawsze najlepszych przyzwyczajeniach kadry nauczycielskiej. Podpisuję się pod jego słowami.

Rzeczywiście, kształcenie prawników w Polsce ma się tak sobie. Wiem coś o tym, bo zarówno kształcę (mam nadzieję, że nie „tak sobie”), jak i pracuję z absolwentami, którzy z reguły intensywnego kształcenia wymagają. Choć uczelnia ma za zadanie przygotować prawnika „w ogóle”, zaś pod konkretne potrzeby pracodawcy musi uformować go już ten ostatni, to jednak to i owo, zwłaszcza metodę rozumowania prawniczego, prawnik powinien ze szkoły wynieść. Wynosi tymczasem bagaż informacji – bo nie wiedzy – o tym, co poszczególne przepisy głoszą.

Tak ukształtowany student, jeśli dostanie się na aplikację, uczy się dalej – w większości tego samego, podobnymi metodami. Na wstępie wita go egzamin testowy, w którym pytają go np. o to, czy apelację wnosi się w dwa, trzy czy cztery tygodnie od otrzymania wyroku z uzasadnieniem. Pytania są o treść przepisów, dlatego test zda ten, kto na pamięć nauczył się kodeksów. Obleje ten, który wprawdzie zapomniał, ile to tygodni (w realnym życiu można przecież zajrzeć do kodeksu, a po trzecim zajrzeniu i tak się zapamięta), choć np. potrafi przeprowadzić sensowny wywód w obronie trudnej prawniczo tezy – z kodeksem i komentarzem na boku, do wglądu.

Umiejętności myślenia nikt jednak od absolwentów nie wymaga. A nawet gdyby wymagał, to uczelnia do tego zadania nie przygotowuje. Aplikacja już bardziej, bo trzeba pisać projekty pism i umów, brać udział w rozprawach, szukać argumentów. Zauważmy, że największym osiągnięciem pisarskim na studiach jest praca magisterska – dzieło z reguły obszerne, choć nieoryginalne, a nierzadko i niesamodzielnie napisane. Może jednak lepszym rozwiązaniem byłoby pisanie przez studentów co semestr esejów, a więc poszukiwanie rozwiązań dla zagadnień praktycznych i teoretycznych z dziedzin uznanych za kluczowe dla edukacji przyszłego jurysty?

Problem więc w tym, że opuszczający uniwersytety magistrowie prawa nie są przygotowani do jego uprawiania. Więcej, w realiach życia nikt prawa nie uprawia w sposób, jak sobie owi młodzi magistrowie wyobrażają. Czy jest tak, jak głosi powszechne przekonanie, że prawnik to ktoś, kto zna odpowiedź na pytanie „co na to przepisy?”. Nie! Prawnik to ktoś, kto wie, gdzie znaleźć odpowiedź i jak zinterpretować to, co ustawodawca postanowił. Ta ostatnia umiejętność to jest właśnie „myślenie prawnicze”.

Pożytki z czytania i pisania

Czego więc uczelnia powinna nauczyć? Przewrotnie rzecz ujmując – czytania i pisania. Czytania ze zrozumieniem, umiejętności analitycznego traktowania tekstu przepisu, czytania jako nawyku niezbędnego do późniejszego „kształcenia ustawicznego”. Pisania zaś jako umiejętności syntezy tego, co wcześniej się przeczytało oraz sprawnego przeprowadzania koherentnego wywodu. A więc pisania i czytania.

Dawno temu mój syn, wtedy przedszkolak, pytany na podwórku o to, co jego tata umie, odpowiedział z dumą (wiem, bo podsłuchiwałem), że „tata umie czytać i pisać”. Wrażenia nie zrobił, wobec licznych odpowiedzi kolegów, że „tata umie naprawić samochód”, „umie zrobić stół” czy „zreperować telewizor”. Nadal umiem „czytać i pisać”, co mi jednak szczęśliwie do wykonywania zawodu wystarczy. Nauczyły mnie tego nie same studia prawnicze, ale to, co przyszło po nich – przede wszystkim praca naukowa pod kierunkiem wyśmienitego uczonego i nauczyciela, nieżyjącego już prof. Zbigniewa Radwańskiego, a także aplikacja sędziowska. Nieprzydatna pod tym względem była jej część teoretyczna, sprowadzająca się do powtarzania materiału kursów akademickich, nierzadko w gorszym od nich wydaniu. Dużo bardziej pomocna okazała się część praktyczna – pisanie projektów uzasadnień wyroków czy rozważania z sędziami-patronami nad rozstrzygnięciami spraw, w jakich orzekali.

Niestety, edukacja prawnicza niewiele zmieniła się od czasów mojej młodości. Nadal uczy się pracy raczej pamięciowej, niż umysłowej, zwykle w schemacie „wykład – ćwiczenia (konwersatorium)”. I tak, najpierw profesor opowiada to, co sam lub ktoś inny napisał w podręczniku, potem asystent usiłuje studentom tłumaczyć, w czym rzecz. Choć zapewne lepiej wytłumaczyłby to profesor, skoro z reguły mówi o tym, co sam napisał, albo zna na wylot to, co napisali inni.

Może upraszczam. Na pewno nie wszędzie wykład jest mało interesującym powtarzaniem własnej albo cudzej książki. I na pewno nie wszędzie asystenci muszą być głównym źródłem wyjaśniania rzeczy trudnych, choć sami mogą jeszcze tych spraw nie ogarniać. Bez wątpienia, prawo jest trudne – nie w warstwie słownej, lecz koncepcyjnej. Wiedzę powinni studentom przekazywać ci najbardziej doświadczeni, a więc przede wszystkim profesorowie. Poza tym, prawo to bardziej rzemiosło niż nauka. Należy więc zaprosić do procesu dydaktycznego praktyków, by studenci mieli kontakt z tym, co tu i teraz dzieje się w prawie.

Jaki powinien być zatem model kształcenia uniwersyteckiego? Po pierwsze, bez klasycznie rozumianych wykładów, gdzie profesor mówi, a reszta słucha. Wyobrażam więc sobie ciąg seminariów, na które studenci przychodzą już po wstępnej lekturze podręczników, a więc z wiedzą o tym, o czym ma być mowa. A następnie pytają, dyskutują, rozwiązują kazusy – słowem, uczą się myślenia prawniczego. Prócz tego chodzą do sądów na rozprawy, które potem na zajęciach analizują. I bardzo dużo piszą – opinii prawnych, streszczeń obszerniejszych artykułów, umów oraz pism procesowych (pozwów, uzasadnień wyroków, decyzji administracyjnych, itd.). To z reguły będą robić w życiu zawodowym, a więc to właśnie powinna im oferować uczelnia.

Studenci

Fot. Rafał Guz / Fotorzepa / Forum

Student aktywny, student kreatywny

Może ktoś powiedzieć, że uczelnia ma formować intelektualnie, a nie tylko przygotowywać do zawodu. A formacja intelektualna to coś więcej niż prawniczy warsztat. Zgoda. Dlatego w Polsce studia prawnicze nie są – w modelu podstawowym – studiami drugiego stopnia (jak choćby w USA, gdzie na prawo idą już osoby z wiedzą akademicką wyniesioną z wcześniejszych studiów, zresztą najrozmaitszych), tylko kształceniem pięcioletnim, dostarczającym wiedzy o prawie, ale także historii, psychologii, socjologii, filozofii. I dobrze.

Powyższy model nie uchybia zarazem wdrażanej obecnie w Polsce koncepcji studiów prawniczych jako studiów II stopnia, z reguły trzyletnich, adresowanych do osób już akademicko ukształtowanych. W tym modelu naukę można ograniczyć do przedmiotów stricte zawodowych – tak właśnie, jak to się dzieje w USA. Ważne tylko, by nie przeładować programów kursami z dziedzin prawa o niepierwszorzędnym znaczeniu. Trzeba tutaj skupić się na tym, co najważniejsze – materialnym prawie cywilnym (w tym handlowym), karnym i administracyjnym (z elementami prawa podatkowego) oraz odpowiadającym ich procedurom, a poza tym na logice oraz teorii państwa i prawa. Do tego jeszcze nowy przedmiot, w USA nazywany legal writing (pisarstwo prawnicze) – traktujący o tym, jak skonstruować przekonywający wywód prawny, jak napisać ekspertyzę prawniczą czy jak ułożyć pismo procesowe. Powinno wystarczyć.

Wiele lat temu miałem okazję uczestniczyć w zajęciach uniwersyteckich, najpierw w University of Michigan, potem w Oxfordzie. Oba te doświadczenia głęboko zapadły mi w pamięć. Zajęcia wyglądały tak właśnie, jak sobie wyobrażam nakreślone wyżej ujęcie modelowe. Studenci przychodzili na zajęcia z reguły przygotowani – zresztą nieprzeczytanie tego, o czym będzie mowa, byłoby marnotrawstwem czasu i pieniędzy, bo osoba nieprzygotowana nie jest w stanie sensownie brać udziału w zajęciach. Co więcej, prowadzący sprawdzali, czy studenci wiedzą, o co chodzi, zaś wykazanie się niewiedzą było wstydem dla zainteresowanego.

Nie twierdzę, że edukacyjny model amerykański jest najlepszy. Specyfika common law narzuca metodę kształcenia w większym stopniu nastawioną na kazuistykę. Z kolei system prawa kontynentalnego – wywodzący się z syntezy uniwersyteckiej, oparty na prawie stanowionym – musi większy nacisk kłaść na uczenie prawidłowości i reguł ogólnych, mniej zaś na kazuistykę. Niemniej, marzę o tym, by na zajęciach z prawa na pytania prowadzącego podnosił się las rąk, by studenci wyrywali się do odpowiedzi, by każdy chciał pokazać, że jest dobry, a i lepszy niż inni. Wprawdzie coraz częściej tak się zdarza i w Polsce, tyle, że nie jest to efekt dobrych programów nauczania. Dzieje się tak, gdyż studenci – w tych jakże konkurencyjnych czasach – już wiedzą, że kluczowa na rynku będzie ich „przewaga konkurencyjna”. Że jak się czegoś nie nauczą na studiach, to będą to musieli nadrobić później. Pozostali zaś będą w tym czasie uczyć się rzeczy nowych, w efekcie znajdą się o kilka kroków przed nadganiającymi stracony czas.

Uczyć więc należy metody, nie treści. Treści przyjdą przy okazji uczenia metody. Poza tym, uczyć należy tego, co najbardziej reprezentatywne dla pracy prawnika, a nie tego, co akurat umie pracownik naukowy, którego przedmiot, choćby drugorzędny, oferuje się studentom tylko po to, by Pan profesor mógł wykonać pensum. Nie ma zresztą ani potrzeby, ani realnych możliwości, by zapoznawać studenta z całym corpus iuris. Absolwent prawa da sobie radę z każdą materią, byle znał metodę, a więc wiedział, w jaki sposób się do tego zabrać.

Szansa dla niepublicznych?

Od ubiegłego wieku w Polsce zmieniło się wszystko. Gospodarka jest (w zasadzie) prywatna i nad bezpieczeństwem transakcji czuwają prawnicy. Stopień uregulowania relacji międzyludzkich (a raczej ich przeregulowania) jest jakościowo większy i prawnicy dbają o to, by uczestnicy tych relacji przestrzegali reguł gry. Rola prawników, choć niedoceniana, wzrosła w ostatnich dekadach niepomiernie, niewiele jednak zmieniło się na uniwersyteckich wydziałach prawa. A mogło, zwłaszcza w szkołach niepublicznych, bo państwowe, przede wszystkim ich model finansowania i zarządzania, najpierw zmienić musi państwo. Pisał o tym szerzej w swoim artykule prof. Machnikowski, więc nie ma powodu powtarzać tego, na co trafnie zwracał uwagę. Natomiast uczelnie niepubliczne – a w kilku takich uczyłem – w podobny sposób skrępowane nie są, więc mogłyby inaczej. Nie zostały jednak poddane rynkowej presji.

Z powodu niżu demograficznego uniwersyteckie aule niebawem opustoszeją. Pytanie, co będzie dalej. Pewnie będzie gorzej. Przyjmować się będzie na studia, a następnie promować, dosłownie każdego, kto zechce zapłacić. Na dłuższą metę taka polityka szkołom niepublicznym służyć nie będzie, gdyż studenci wybiorą równie wyludnione, choć bezpłatne, uczelnie państwowe. Szansą dla tych pierwszych będzie więc jakiś bardziej prorynkowo zorientowany model edukacji prawniczej – bo w szkole niepublicznej łatwiej wprowadzić zmiany, struktury są tam mniej skostniałe i rachunek ekonomiczny liczy się bardziej.

Zmiany filozofii i programów kształcenia kosztują. Kto zapłaci rachunek? Student nie, bo go nie stać. Państwo pieniędzy nie da, bo nie ma. Powinno być tak, że kto lepiej kształci, więcej od państwa dostaje – nieważne, czy jest to uczelnia publiczna, czy niepubliczna. Łatwo powiedzieć…