Dobrodziejstwa czwartej władzy

Choć pokusę odseparowania się przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości od osądu opinii publicznej łatwo zrozumieć, to usprawiedliwić jej już nie można – pisze dr

, adiunkt w WSZiP im. Heleny Chodkowskiej w Warszawie.

W inauguracyjnym numerze kwartalnika „Na wokandzie” zainicjowana została dyskusja na temat napiętych relacji pomiędzy wymiarem sprawiedliwości a mediami. Zarówno redaktor

, wskazująca na tytułową „niespełnioną miłość” między oboma środowiskami, jak i sędzia

, słusznie podkreślają, iż potrzeba zmiany postaw zarówno jednej, jak i drugiej strony, by oczyścić atmosferę. Przyłączam się do tych opinii. Rzetelne media potrzebne są sądom. Niezawisłe sądy potrzebne są mediom. Władze „trzecia” i „czwarta” powinny żyć w symbiozie. Ł ączą je wspólne zadania – przede wszystkim patrzenie na ręce egzekutywie, stanie na straży praw jednostki oraz czuwanie nad tym, by przepisy były przestrzegane i równe dla wszystkich.

Stracona pozycja

Dlaczego więc między sędziami a żurnalistami trwa „zimna wojna”? Wspomniani autorzy wskazują na zaniedbania ze strony dziennikarzy, którzy – i to jest ich grzech główny – nie potrafią uszanować powagi i autorytetu wymiaru sprawiedliwości. Dziennikarze bezceremonialnie tłoczący się tuż przed stołem sędziowskim sprawiają, że początek procesu często przypomina premierę wysokobudżetowego filmu. Nic dziwnego, że polscy sędziowie mediów zwyczajnie nie lubią. Uważają, że poprzez zmasowaną obecność kamer wywiera się na nich niedopuszczalną presję.

Na moment jednak pozwolę sobie wziąć media w obronę. Przecież „cwaniactwem” i „wyszczekaniem” dziennikarze próbują maskować swoją słabość! Sytuacja prawna żurnalistów pozostawia wiele do życzenia. Przede wszystkim, jak przysłowiowy „miecz Damoklesa”, wisi nad przedstawicielami tego zawodu art. 212 k.k. zezwalający karać więzieniem za słowo. Po drugie, prawo prasowe, archaiczne oraz nadmiernie surowe, krępuje dziennikarzy i zmusza ich do autocenzury.

W kształtowaniu niekorzystnej pozycji prawnej mediów negatywną niestety rolę odgrywa Trybunał Konstytucyjny, który uparcie ignoruje wytyczne Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Mam tu na myśli wielekroć oprotestowany w doktrynie wyrok TK z 30 października 2006 r. (zgodność z Konstytucją RP wspomnianego art. 212. k.k.), jak i wyrok z 29 września 2008 r., w którym zapisaną w prawie prasowym instytucję autoryzacji Trybunał uznał za legalną. TK w swoim wyroku uznał, że prawo osoby udzielającej wywiadu do późniejszego ingerowania w jego treść nie narusza wolności słowa. Wątpię, podobnie jak większość doktryny, że polskim władzom w postępowaniu przed ETPCz uda się obronić instytucję autoryzacji. Podzielam w pełni zdanie odrębne do wyroku z 2008 r. zgłoszone przez sędziego Andrzeja Rzeplińskiego.

Na straży wolności słowa

Właśnie, Strasburg. W krajach tzw. „starej” Unii Europejskiej o znaczeniu mediów w demokracji od dawna decyduje nie krajowa jurysprudencja, ale orzecznictwo ETPCz. Koncepcję szczególnej roli prasy w demokracji, jako przekaziciela informacji i ważnego uczestnika debaty publicznej, Trybunał w Strasburgu sformułował przed ponad trzydziestu laty w orzeczeniu „Sunday Times i inni przeciwko Wielkiej Brytanii” (wyrok z 26 kwietnia 1979 r., skarga nr 6538/74). W sprawie chodziło o sądowy zakaz publikacji artykułu prasowego, w którym dziennikarze komentowali proces między firmą farmaceutyczną, a rodzinami dzieci poszkodowanych na skutek zażywania produkowanego przez nią leku. Zdaniem strony pozwanej (rządu) opinie wyrażane przez gazetę były niedopuszczalne, gdyż miały wpływ na pozycję stron procesu, a tym samym naruszały powagę i autorytet wymiaru sprawiedliwości. Trybunał uznał jednak, że prasa ma prawo komentować toczące się postępowanie sądowe, gdyż tego oczekuje od niej społeczeństwo. Od czasu orzeczenia w sprawie „Sunday Times” przyjmuje się, że w dyskusji istotnej dla społeczeństwa mediom wolno więcej – tzn. dysponują one większą niż jednostka swobodą wypowiedzi, również wtedy, gdy formułują krytyczne oceny. Oczywiście, na dziennikarzach spoczywają także „obowiązki i odpowiedzialność”. „Czwarta władza”, miast gonić za tanią sensacją, powinna uprawiać tzw. odpowiedzialne dziennikarstwo (ang. reasonable journalism). Nie zmienia to faktu, że – zdaniem sędziów w Strasburgu – media są nie tyko „echem”, ale w poważnym stopniu gwarantem demokracji.

W innej sprawie, „Observer i Guardian przeciwko Wielkiej Brytanii” (wyrok z 26 listopada 1991 r., skarga nr 13585/88), ETPCz doprecyzował, że uciszanie mediów nie powinno mieć miejsca, ponieważ pełnią one w społeczeństwie rolę „public watchdog” – psa łańcuchowego, którego zadaniem jest monitorowanie życia publicznego i reagowanie na nieprawidłowości. Przywołując sprawę tygodników Observer i Guardian warto pamiętać, czego dotyczyła. Chodziło o prawo gazety do publikacji pamiętników byłego szpiega, a więc udostępnienia opinii publicznej „newralgicznej” informacji, co nie leżało w interesie władz brytyjskich.

Nadwrażliwość i niezrozumienie

W Polsce, gdzie znajomość dorobku ETPCz nie jest powszechna, stosunki media – wymiar sprawiedliwości często są po prostu wrogie. Pamiętać przy tym należy, że dziennikarz na sali sądowej występuje w jednej z dwóch ról. Najczęściej w charakterze sprawozdawcy, przekazując wiadomości z toczących się postępowań. Ale też reporter może być stroną w sprawie, kiedy broni prawa do wolności wypowiedzi. Niestety, w obu przypadkach żurnaliści napotykają często na niechęć ze strony składów orzekających.

Troska o utrzymanie powagi wymiaru sprawiedliwości przeradza się zbyt często w nadwrażliwość. Sądy zbyt łatwo ulegają pokusie utajnienia rozprawy lub ograniczenia reporterowi dostępu do informacji. Na zorientowanych w swoich powinnościach dziennikarzy takie postępowanie działa jak płachta na byka. Efektem jest nieufność mediów, a nawet napastliwość w zdobywaniu informacji. Sprawę dodatkowo zaostrza niekonsekwentna postawa przedstawicieli pozostałych zawodów prawniczych. Oskarżenie i obrona nader chętnie idą do mediów, gdy może to przynieść korzyści ich stanowiskom. Ci sami jednak mecenasi i prokuratorzy, gdy sprawy przybierają zły obrót, nie mają nic do powiedzenia opinii publicznej.

Jeszcze poważniej wyglądają sytuacje, w których dziennikarz jest stroną procesu. I znów, jeśli chodzi o prawa i wolności obywatelskie, polskie sądy obowiązane są respektować wytyczne płynące z linii orzecznictwa Trybunału. Tymczasem – i o to mam największe pretensje do rodzimej Temidy – sędziowie nie chcą przyjąć do wiadomości, że media pełnią rolę „public watchdog”. Świadczy o tym szereg przegranych przez polskie państwo spraw przed ETPCz, w tym „Sokołowski przeciwko Polsce” dotyczącej skazania dziennikarza za zniesławienie polityka (wyrok ETPCz z 29 marca 2005 r., skarga nr 79555/01), „Dąbrowski przeciwko Polsce”, której przedmiotem było skazanie dziennikarza za krytyczne komentarze pod adresem uczestników postępowania sądowego (wyrok z 19 grudnia 2006 r., skarga nr 18235/02), „Kuliś przeciwko Polsce” dotyczącej skazania wydawcy gazety za publikację w niej krytycznego komentarza o rodzinnych relacjach polityka (wyrok z 18 marca 2008 r,, skarga nr 15601/02), czy też „Kuliś i Różycki przeciwko Polsce” (wyrok z 6 października 2009 r,, skarga nr 27209/03), która to sprawa dotyczyła ukarania właściciela i wydawcy gazety za publikację satyrycznego rysunku wyśmiewającego kontrowersyjną kampanię reklamową producenta żywności.

Masowość czyli brak profesjonalizmu Polskie sądy nie traktują mediów poważnie, jak ważnego uczestnika procesu kształtowania i rozpowszechniania informacji w pluralistycznym społeczeństwie. Tymczasem rola „publicznego obserwatora”, na skutek dziejącego się na naszych oczach skoku (a raczej szoku) technologicznego, z dnia na dzień rośnie. Skok ten związany jest przede wszystkim z karierą Internetu – medium unikalnego, bo dającego niespotykane dotychczas możliwości tworzenia i przekazywania informacji. Rozwój technologiczny skutkuje zaś nieuchronnie gwałtownym spłyceniem przekazu informacyjnego oraz obniżeniem poziomu dziennikarstwa.

Można zaryzykować stwierdzenie, że sędziowie byliby łaskawsi dla dziennikarzy, gdyby dzisiejsi redaktorzy przypominali tych sprzed lat – fachowców, ekspertów, mistrzów pióra. Ale coraz mniej jest takich redaktorów! Bo kto ich potrzebuje? Podstawowym odbiorcą ważnego społecznie przekazu nie jest obecnie widz (czytelnik) elitarny, ale masowy. Przeciętny. Co więcej, rynek wymusza na dziennikarzach dostosowanie się do poziomu ich odbiorców. Żurnaliści wypaczają więc przekaz przez dodanie tendencyjnego komentarza lub ferowanie wyroku w niezakończonej sprawie, zgodnie z zasadą „publika chce krwi”. Tym samym naruszają tradycyjne normy współpracy z sędziami. Pogłębia to frustrację profesjonalistów i na pewno w jakimś stopniu wpływana ich postawę, kiedy podmiotem postępowania staje się dziennikarz. Bo trudno obecnie współczuć mediom.

W dobie Internetu każdy może być dziennikarzem. Dostępność nośników sprawia, że każdy z publiczności przysłuchującej się rozprawie może bez wysiłku zarejestrować, a potem puścić w obieg informację dotyczącą wymiaru sprawiedliwości. Każdy może dać komentarz na swoim blogu, na forum dyskusyjnym, etc. Przekazywanie informacji to coraz mniej elitarne zajęcie. Recenzje poczynań sędziów bywają niesprawiedliwe, gdyż coraz częściej wypowiadają je jednostki nieznające się na rzeczy.

Skazani na media

Sytuacja, w której praca sędziego bywa recenzowana przez laików budzi sprzeciw oraz próby odseparowania się przedstawicieli „trzeciej władzy” od osądu opinii publicznej. Psychologiczne motywy takich postaw łatwo zrozumieć. Sęk w tym, że usprawiedliwić ich już nie można.

Zgodne współdziałanie władz „trzeciej” i „czwartej” jest potrzebne tym bardziej, że we współczesnym szumie informacyjnym, raju dla przeciętności i cwaniactwa, bardzo łatwo społeczeństwem manipulować. Może to robić polityk, może też zwykły pieniacz. Próbując odzyskać do siebie zaufanie należałoby jednak zacząć od porządkowania własnych podwórek. Dziennikarze, w dalszym ciągu podkreślając swoją rolę „publicznego obserwatora”, powinni wypracować zasady dobrych praktyk przy okazji wypowiadania się o działaniach wymiaru sprawiedliwości, a następnie ich przestrzegać. Sędziowie bez wątpienia muszą w dalszym ciągu bronić autorytetu wymiaru sprawiedliwości. Równocześnie jednak „trzecia władza” powinna zaakceptować fakt, że w XXI w. osąd opinii publicznej nie powinien być ignorowany. Reprezentantem tej opinii są właśnie media. Lepiej mieć je po swojej stronie – nawet, jeśli oznacza to konieczność ustępstw dotyczących formy medialnego przekazu.

Przedstawiona propozycja wyjścia z klinczu, w którym znaleźli się dziennikarze i przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, nie jest łatwa do zrealizowania. Kłopot młodej polskiej demokracji polega na tym, że brak u nas tradycji silnej, ponadwiekowej prasy. I niezależnej, cieszącej się zaufaniem społecznym telewizji. Społeczeństwa Europy Zachodniej miały czas przygotować się do rewolucji technologicznej, wypracować dla władzy sądowniczej należny jej autorytet oraz nauczyć podstaw kultury prawnej kolejne pokolenia ery obrazu i dźwięku. Nas mnogość i multimasowość mediów zaskoczyła.

W niepewnej, rozkrzyczanej rzeczywistości trudno o wzajemne zaufanie i spokojny dyskurs. Czy jednak sędziowie mają inne wyjście, jak tylko ułożyć sobie stosunki z mediami? W świetle orzecznictwa strasburskiego, jeśli chodzi o prawa mediów i znaczenie swobodnej wymiany informacji w demokratycznym społeczeństwie, odpowiedź wydaje się jednoznaczna.

Autor jest doktorem nauk prawnych, adiunktem w WSZiP im. Heleny Chodkowskiej w Warszawie.
Specjalizuje się w prawie międzynarodowym publicznym oraz prawach człowieka.