Wojna dwóch wolności

Domaganie się od reporterów prawniczego profesjonalizmu, wołania o mniejszą emocjonalność przekazów medialnych, wszystko to już było. Gdy dotychczasowa obrona zawodzi, należy raczej pomyśleć o zmianie taktyki – pisze

.

Medialna wojna trwa w najlepsze, a sędziowie mają wrażenie, że znaleźli się w oblężonej twierdzy – tak relacje sądownictwa z prasą podsumowuje sędzia

w artykule opublikowanym w pierwszym numerze kwartalnika „Na wokandzie”. Po lekturze tego artykułu doszedłem do smutnego wniosku, że poprawa stosunków między naszymi środowiskami łatwa nie będzie. Przedstawiciele trzeciej władzy musieliby bowiem sięgnąć do arsenału innych niż prawne środków oddziaływania, właściwych przede wszystkim dla kreowania wizerunku czy utrzymywania dobrych relacji z otoczeniem. Korzystanie z narzędzi public relations wymagałoby jednak zmiany nawyków zawodowych, co z łatwością nikomu nie przychodzi.

Nieznośna niechęć do sprostowań

Prawnicy mają skłonność do analizowania zdarzeń pod kątem prawa i chętnie korzystają z jego przepisów. W sporach z prasą od razu wytaczają najcięższe działa: sprostowania i odpowiedzi. Nagminne odmawianie ich publikowania sędzia Celej umieszcza w katalogu głównych przywar dziennikarskiego światka.

Trudno bez rzeczowej analizy odnieść się do tak ogólnego zarzutu. Niemniej przyznać trzeba, że niechęć do zamieszczania sprostowań jest w środowisku wyczuwalna. Co zresztą zrozumiałe, bo kto lubi się publiczne kajać? A sprostowanie naprawdę dziennikarza boli. Po pierwsze, gdy stanowi jedyny przejaw zainteresowania publikacją, jaki dociera do autora. Po drugie, gdy dotyczy błahostki w żadnym stopniu niepodważającej prezentowanej przez niego tezy. Takie też bywają psychologiczne mechanizmy awersji żurnalistów do prostowania faktów.

Dla prawnika sprawa jest bezdyskusyjna – zbłądziłeś redaktorze w dochodzeniu do prawdy, skoryguj wypowiedź. Spójrzmy jednak na to z innej, wizerunkowej strony. Jeśli reporter z niewiedzy, ale bez złej woli, przypisze sędziemu np. pomylenie oskarżonego z pozwanym, poszkodowanego z pokrzywdzonym, to rzecznicy prasowi sądów nie muszą zaraz słać sprostowań. Strony internetowe niektórych sądów roją się od nich, jakby ich mnogość miała budować prestiż wymiaru sprawiedliwości. Po co kruszyć kopie, skoro w środowisku prawników i tak rozszyfrują, że głupotę palnął dziennikarz? Sędziemu tego typu pomyłki się nie zdarzają (chyba, że chodzi o językowy lapsus). Może więc w sprawach o mniejszym kalibrze wystarczy przytyk w liście albo telefon rzecznika do naczelnego? To też dotkliwa reprymenda. Powściągliwości w domaganiu się sprostowań powinna towarzyszyć troska o społeczny odbiór całej sędziowskiej korporacji oraz gotowość do prowadzenia prawnego sporu w razie nieuzasadnionej odmowy takiej wyjątkowej publikacji.

Powstrzymanie się od żądania prostowania każdego faktu bynajmniej nie oznacza wywieszenia białej flagi na twierdzy Temidy. Po prostu warto korzystać również z innych narzędzi komunikacji, takich jak konferencja prasowa lub informacja prasowa. Z konferencjami trzeba jednak uważać, gdyż to najcięższe PRowskie działo i wymaga zastosowania odpowiedniej amunicji, tzn. treść przekazu musi mieć swoją rangę.

Migawki czasem wykrzywione

Surowa ocena kompetencji dziennikarzy przez sędziów często wynika z niedostatecznego zrozumienia warunków, w jakich pracują ludzie mediów. Sędzia Celej zwraca uwagę, że wpadki świadczące o niedostatkach profesjonalizmu dotyczą przeważnie reporterów radiowych i telewizyjnych. Ganiąc ich pracę zauważmy jednak, że działają pod olbrzymią presją czasu, a ponadto skazani są na operowanie skrótem. Mają do dyspozycji sekundy i minuty, w których powinny się znaleźć odpowiedzi na podstawowe pytania: kto, co, kiedy, gdzie, jak, dlaczego? Oprócz tego wypada, by relacje zawierały ciekawy wstęp i błyskotliwą puentę.

Trudno natomiast doszukać się okoliczności łagodzących w krytykowanym przez sędziego zachowaniu dziennikarzy, którzy czynią nieopisany harmider w niewielkich salach rozpraw, gdzie toczą się sprawy budzące szczególnie żywe zainteresowanie prasy. Można jedynie wskazać na naszą skłonność do anarchii i z podziwem obserwować niemieckich reporterów, którzy karnie ustawiają się w dwóch rzędach. W pierwszym w kuckach siedzą dźwiękowcy wyposażeni w wysuwane statywy z mikrofonami. Drugi zajmują kamerzyści filmujący wypowiadającą się osobę, której widoku nie przesłaniają im głowy i plecy kolegów.

Organizacyjne potknięcia to drobiazg w porównaniu ze zjawiskiem obniżania się poziomu dziennikarskiego profesjonalizmu, na co również zwraca uwagę sędzia Celej. Faktem jest, że w ostatnim czasie, pewnie ze względów oszczędnościowych, część wydawców prasy lokalnej (wg prasoznawców to ok. 3 tys. tytułów), a więc tej, której obszar działania w większym lub mniejszym stopniu pokrywa się z właściwością miejscową sądów rejonowych, w ogłoszeniach o naborze na stanowiska dziennikarzy obniża kryteria zawodowe i jako jedyny formalny wymóg stawia posiadanie matury (sic!). Rzecz jasna redaktor-maturzysta z Temidą raczej nie podyskutuje. Z kolei w mediach ogólnopolskich największą siłę przebicia mają kiepsko opłacani, harujący od rana do nocy stażyści, którzy warsztatowe braki usiłują nadrobić zaangażowaniem, czasem tupetem.

Instrukcja obsługi tabloidu

Co jeszcze uniemożliwia sędziom poprawną współpracę z dziennikarzami? Zdaniem Dyrektora Wydziału Prawnego Biura KRS „niewłaściwie pojmowana przez dziennikarzy wolność prasy i słowa”, szczególnie widoczna w przypadku tabloidów. „Ataki na sędziów i sądy w ar

tykułach prasy bulwarowej typu Fakt czy Super Express były i są na porządku dziennym” – pisze

. Skoro bulwarówki najzacieklej szturmują sędziowską twierdzę, warto poświęcić im nieco uwagi.

Tabloid to pewien typ środków masowego komunikowania, także rodzaj specyficznego przekazu medialnego. Używa sensacyjnego stylu, populistycznego tonu, miesza życie publiczne z prywatnym, zamazuje granicę między informacją a rozrywką, między dokumentem a fikcją. Tabloidy ex definitione balansujące na granicy prawdy i fałszu są dla polskiego prawa nowym wyzwaniem. Pojawiają się nawet wątpliwości, czy powinny podlegać tym samym przepisom, co poważne media opiniotwórcze.

W Europie Zachodniej i USA, gdzie prasa bulwarowa ma dłuższą niż w Polsce historię, zwykło się nie brać na serio jej „wyroków”. W każdym razie jej realna siła jest znacznie mniejsza niż prasy opiniotwórczej. Przedstawiciele elit traktują tabloidy z dużym dystansem. „Tego ranka przeczytałem w poczekalni na lotnisku we Frankfurcie cztery gazety i poczułem się poinformowany. Jeśli w Ameryce nie ma się tego szczęścia, by trafić na The New York Times, jest się skazanym na lekturę gazet, z których trudno się czegokolwiek dowiedzieć. W USA nie ma już czegoś takiego jak prawdziwa wiadomość” – powiedział reżyser Wim Wenders, który po 30 latach pracy w USA powrócił do Niemiec (Die Zeit, 7 października 2004 r.). Z kolei Janusz Głowacki w autobiografii „Widok z okna” napisał o amerykańskich tabloidach, że ich czytelnicy nie chcą słów. „Chcą krwi i mięsa. Słowa mają gdzieś. Zwłaszcza, że nie każdy czytelnik umie czytać”. Wcześniej czy później również polskie tabloidy zajmą w społecznym obiegu informacji odpowiadające ich znaczeniu miejsce.

Siła przekazu

Zrozumienie specyfiki różnych rodzajów środków masowego komunikowania, zachodzących w nich zmian, a także wpływu na odbiorców jest podstawą ich sprawiedliwej oceny. Sędzia Celej podziela ten punkt widzenia i sygnalizuje bardzo istotny aspekt funkcjonowania mediów. Stwierdza mianowicie, że „środki społecznego przekazu są nie tylko narzędziem opinii publicznej, ale też tę opinię kształtują”. Zdaniem autora, w odniesieniu do sądownictwa wiadomo, z jakim skutkiem.

Otóż nie wiadomo. W dość powszechnym przekonaniu oddziaływanie mediów oparte jest na prostym schemacie: akcja – reakcja, krytyczny przekaz – krytyczny osąd odbiorcy. Tyle tylko, że to tak nie działa. Owszem, pionierzy badań nad komunikowaniem masowym w latach 20. i 30. XX w. byli przekonani o przemożnym wpływie mediów na bezbronnych odbiorców. Ówczesne poglądy kształtowała rosnąca popularność radia i kina oraz niedostrzeganie przez publiczność konwencji przekazu (vide panika w USA w dniu 30 października 1938 r. po radiowej audycji Orsona Wellesa o lądowaniu Marsjan). Przynajmniej od pół wieku pewne jest jednak, że medialny przekaz nie funkcjonuje na zasadzie bodźca wywołującego zamierzoną reakcję. Oddziaływanie jest wielopłaszczyznowe i obejmuje wpływ pozamedialnych czynników kształtujących poglądy odbiorcy (choćby tzw. przywódców opinii, jak udowodnili w swoim studium z 1955 r. amerykańscy socjologowie Faul L azarsfeld i Elihu Katz).

Skazani na konflikt

Relacje sędzia – autor materiału prasowego mają w sobie coś ze spotkania tytanów. Mianem autor obdarzano zwycięskich wodzów, którzy rozszerzali granice państwa (łaciński auctor wywodzi się od augere – powiększać, pomnażać), a potem także twórców pomnażających dziedzictwo duchowe. W momencie tworzenia autor jest niezachwianie przekonany o słuszności i znaczeniu głoszonych racji. Podobnie z sędzią. Czuje ciężar spraw, które przyszło mu rozpatrywać, co rodzi w nim poczucie wyjątkowości i misji, wzmocnione dodatkowo atrybutami niezawisłości. Ma przekonanie, że na podstawie prawa i dostępnego materiału dowodowego wydaje wolny, jedynie słuszny i sprawiedliwy wyrok. Takie są psychologiczne prawidła każdej pracy twórczej, która musi opierać się na znacznej dozie wolności umożliwiającej dokonywanie samodzielnych ocen, a także na prawie do błędu.

Zarówno sędzia, jak i dziennikarz są oczywiście świadomi pewnych ograniczeń (dla pierwszego to działanie ex lege, dla drugiego lege artis). Oceniając czyny i słowa innych (niewielu dane jest to prawo), przedstawiciele trzeciej i czwartej władzy działają dla dobra publicznego. Co zupełnie wyjątkowe, każdego roboczego dnia odwołują się do najwyższych wartości, po które zwykli śmiertelnicy sięgają od święta. Co ciekawe zaś, w hierarchii prestiżu oba zawody zajmują zbliżone lokaty (10. miejsce dziennikarz, 13. sędzia – badanie CBOS z 2006 r. na zlecenie Instytutu Filozofii i Socjologii PAN), także jeśli chodzi o uczciwość zawodową (4. miejsce dziennikarz, 5. sędzia – badanie CBOS dla Gazety Wyborczej z 3 marca 2006 r.).

Przeanalizujmy pod tym kątem skomplikowane, momentami nawet wrogie relacje mediów z wymiarem sprawiedliwości, a przynajmniej dla części z nich znajdziemy rozsądne wyjaśnienie. Co więcej, oprócz konfliktogennych czynników subiektywnej natury piętnem na wzajemnych relacjach odciskają się też obiektywne uwarunkowania. Sądy i media realizują funkcje kontrolne i oceniające (w sensie socjologicznym) właściwymi im sposobami i w różnych obszarach, w tym także wobec siebie. Musi to nieuchronnie prowadzić do antagonizmów potęgowanych obopólnym niezrozumieniem odrębności procedur.

Znamienny jest tu spór dotyczący zapisanego w Ustawie prawo prasowe zakazu wyrażania opinii o postępowaniu przed wydaniem pierwszego wyroku. Dla dziennikarza ten przepis będzie niepojętym, ograniczeniem kontrolnej funkcji prasy i jej prawa do krytyki. Dla sędziego – obiektywną gwarancją niezawisłości. W istocie spór między sądem a redakcją jest więc kwestią nie tylko prawną, ale i ambicjonalną. Przede wszystkim zaś kwestią granic wolności obydwu środowisk.

Autor jest dziennikarzem, przez wiele lat w prasie śląskiej i częstochowskiej zajmował się problematyką prawną