Prawnik w nowoczesnej Europie

O powinnościach środowiska prawniczego, ezopowym języku wspólnotowych przepisów oraz obawach przed nadmierną specjalizacją prawników – mówi prof.

, polski sędzia w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, były prezes Trybunału Konstytucyjnego.

– Panie Profesorze, czy natura współczesnego prawa rzeczywiście wymusza na uprawiających ten zawód coraz węższą specjalizację? Pana kariera jest tego zaprzeczeniem. Zaczynał Pan jako specjalista od prawa rodzinnego, potem zajął się bioetyką, następnie prawem konstytucyjnym, a teraz europejskim.
– W moim przypadku nie było tak, że z dnia na dzień rzuciłem prawo cywilne, by zainteresować się bioetyką, a potem ją odstawiłem na rzecz prawa konstytucyjnego. Od początku pracy na uniwersytecie prowadziłem zajęcia z prawa zobowiązań, a więc najbardziej dogmatycznej sfery cywilistyki. Jednocześnie miałem wykłady z prawa medycznego i biotechnologii. To, że udaje mi się równolegle uprawiać kilka dziedzin prawa, jest oczywiście kwestią zbiegu rozmaitych korzystnych okoliczności. Dodatkowo wyszedłem spod ręki mistrzów, którzy traktowali profesję prawniczą całościowo i namawiali, by nie ograniczać się do jednego poletka. Dlatego z żalem patrzę, jak w przeszłość odchodzi model prawnika uniwersalnego.

– Z czego wynikało i co daje renesansowe pojmowanie profesji prawniczej? I dlaczego jest ono coraz rzadsze?
Brało się ono zapewne z szacunku dla klasycznej kultury prawnej. Dziś zapominamy zwykle, że bez względu na to, którą z dyscyplin prawa uprawiamy, to ich korzenie są zbliżone. Prawo jest systemem, dlatego rozmaite rozwiązania i elementy, z których się składa, muszą do siebie logicznie pasować. Jeżeli tego nie zrozumiemy, nie będziemy mogli mądrze i skutecznie poruszać się także w swoich specjalnościach.

Nasilająca się segmentacja prawa jest zjawiskiem niebezpiecznym. Oczywiście, doceniam, że ktoś jest wybitnym znawcą funkcjonowania organów spółki prawa handlowego czy którejś z instytucji rynku finansowego. Ale jeżeli nie jest w stanie poszerzyć tej perspektywy i spojrzeć na swą ukochaną specjalizację pod kątem zasad całego systemu, będzie prawnikiem kiepskim. I zwykle nieskutecznym.

Zrozumiałem to w pełni w Trybunale Konstytucyjnym. Wydawałoby się wąskie, niemalże techniczne problemy, bywają tam poważnymi zagadnieniami konstytucyjnymi. Ot, choćby kwestia sposobu liczenia terminów przedawnienia roszczeń odszkodowawczych. Temat należący do klasycznej dogmatyki prawa zderzał się nagle w praktyce z gwarancjami konstytucyjnymi tyczącymi godności człowieka, jego prawa do ochrony integralności cielesnej. Chodziło bowiem o roszczenia odszkodowawcze z tytułu utraty zdrowia i zagrożenia życia.

– Jakie konsekwencje w podejściu do prawa spowodowało u nas włączenie polskiego systemu prawnego do wspólnej przestrzeni europejskiej?
– Podstawowa dzisiaj idea wykładni prawa w zjednoczonej Europie zakłada, że punktem kluczowym jest funkcja i cel przepisu, a nie jego dosłowne brzmienie. To przewrót iście kopernikański. Prawa nie czyta się już dosłownie, lecz zawsze zakładając jego racjonalność i dążenie do określonego celu. Nie litera jest najważniejsza, ale to, czemu norma ma służyć w sytuacji, w której będzie zastosowana. Interpretacja funkcjonalna jest co najmniej tak samo istotna, jak semantyczna.

Dziś nie tylko prawo wspólnotowe, ale i narodowe konstytucje muszą być podporządkowane wykładni funkcjonalnej, inaczej ugrzęźlibyśmy w sieci absurdów i sprzeczności. Z drugiej strony współczesne teksty prawne pisane są specyficznym językiem, często pełnym niedookreślonych zwrotów, niemal ezopowym. W przypadku prawa europejskiego nie bez powodu – chodzi o to, by umożliwić dostosowanie konstrukcji prawa wspólnotowego do różniących się od siebie, czasem zasadniczo, systemów prawnych 27 państw członkowskich Unii Europejskiej.

– Ogólnikowość sformułowań ma być też sposobem, by regulacje, przynajmniej przez jakiś czas, nie pozostawały w tyle za galopującą rzeczywistością?
– Owszem, konieczność odpowiedzi na coraz to nowe wyzwania to kolejny argument na rzecz stosowania wykładni funkcjonalnej. Dynamika naszych czasów wymaga wyobraźni również od prawników interpretujących przepisy.

Europejski Trybunał Sprawiedliwości, w którym niedawno rozpocząłem pracę, oskarżany jest przez niemałą część elity prawniczej Europy o to, że jest zanadto kreatywny i narzuca, nigdzie wprost niezapisaną, regułę nadrzędności prawa wyłącznie z orzecznictwa. Tyle, że nikt z rozsądnych prawników nie zaprzeczy – zasada nadrzędności prawa europejskiego, po 40 latach stabilnego w tej kwestii orzecznictwa ETS, jednak obowiązuje. Ten przykład dowodzi zresztą siły wykładni Trybunału, odwołującego się właśnie do celów integracji europejskiej.

– To nowe podejście wymaga od prawników… starego podejścia – wzięcia choćby pod uwagę kwestii wartości. Tymczasem współcześni professionals są raczej skłonni do formalnego, czy wręcz technicznego, podejścia do zawodu.
– Socjologowie dowodzą jednak, że najbardziej formalistyczne podejście do prawa wykazują osoby nie mające wykształcenia prawniczego. To one z reguły trzymają się ściśle litery przepisu i są przekonane, że w prawie muszą być kazuistycznie opisane wszystkie warianty sytuacji. Swego czasu usiłowałem przekonać kolegów matematyków, że niektóre przepisy można różnie interpretować. Kontrowali każdy z przedstawionych przykładów.

Nowe podejście do rozumienia prawa, zawierające element filozoficzny czy aksjologiczny, rzeczywiście stoi w pewnej sprzeczności z tendencją do silnej specjalizacji. Do takiego rozumienia prawa trzeba zwyczajnie dojrzeć. Obserwując swoich doktorantów zauważam jednak, że młodym ludziom przychodzi to zadziwiająco łatwo. Szybko rozumieją, że trzeba łączyć różne piętra – znajdować odniesienia między elementami dogmatycznymi i aksjologicznymi, konstytucyjnymi czy europejskimi.

– Mówi Pan o grupce związanej z uniwersytetem, więc perspektywa może być myląca, a optymizm przesadzony.
– Owszem. Prawdziwe nieszczęście polega w Polsce na tym, że nie pojmują tych zależności prawnicy pracujący w administracji publicznej. To urzędnicy najczęściej stosują przepisy bez wyobraźni, ba, bez duszy. Nie zwracają uwagi na absurdalne konsekwencje, jakie niekiedy może mieć ich skrajnie formalistyczne podejście. Sam jako obywatel wiele razy tego doświadczyłem.

– Skąd się to bierze? Z wadliwego systemu kształcenia prawników?
– Być może. Ale zapewne największe znaczenie ma to, że w Polsce urzędnik to często człowiek ogarnięty strachem. Boi się odpowiedzialności za decyzje. Więc albo ich unika, przerzucając na kolegów, albo wydaje je na podstawie literalnej wykładni przepisu, bo tak wydaje się mu bezpieczniej.

– Panie profesorze, przymioty niezbędne prawnikowi to…
– Bezwzględna uczciwość, rzetelność w wykonywaniu zawodu, logika w myśleniu, ale też umiejętność przewidywania skutków podejmowanych działań. Konieczna jest też zdolność adaptacji do różnych ról i funkcji. Współczesny prawnik raz pracuje w kancelarii obsługującej korporacje, ale potem przychodzi zapaść i czasem musi znaleźć sobie inne miejsce w branży. W dzisiejszym świecie co jakiś czas przychodzi nam zmieniać firmę, dziedzinę, a nawet rolę społeczną.

– Warunkiem powodzenia takiego skoku jest chyba dobre przygotowanie ogólne do zawodu?
– To klucz. Da sobie radę ten, kto opanował podstawowe konstrukcje prawnicze i siatkę pojęć. Natomiast, jeśli ktoś bezmyślnie wykuł parę kodeksów i tylko bezbłędnie strzela z pamięci numerkami przepisów, to wcale nie znaczy, że jest dobrym prawnikiem. Przeciwnie – zwykle nic z nich nie rozumie i każda niespodziewana sytuacja skończy się dlań porażką.

Coraz ważniejsza staje się też umiejętność sprawnego formułowania myśli na piśmie. Obecnie narzędziem prawnika częściej jest pióro, czy raczej komputer, niż oracja na sali sądowej.

– Czyli awantura o ustne egzaminy dla aplikantów jest nieporozumieniem?
Logiczne konstruowanie wypowiedzi jest oczywiście ważną umiejętnością i każdy prawnik powinien nabyć ją podczas aplikacji. Ale większy nacisk powinno się kłaść na sprawne formułowanie tez i argumentów na piśmie. Tymczasem z tym są kłopoty. W trakcie studiów kandydaci na prawników zwykle nie piszą żadnych, prócz magisterskiej, prac. Na dobrych uniwersytetach zachodnich młodzi prawnicy nie bez powodu muszą co rusz przedstawiać pisemne eseje czy inne wypracowania.

– Rzetelność, uczciowość… Potoczny wizerunek prawniczej branży sprowadza się tymczasem do zamkniętej kliki cyników, gotowych za pieniądze uzasadnić każdą tezę odpowiadającą wymaganiom klienta.
– Podkreślam, że mówię o postulatach. Ale nieporozumieniem jest pogląd, że adwokat broniący oskarżonego czy pełnomocnik prowadzący sprawę przed sądem ma być absolutnie obiektywny. On ma zabiegać o interesy swojego mocodawcy. Nieporozumieniem są też częste zarzuty, że oto znani i szanowani mecenasi bronią groźnych przestępców, szefów mafii, itp. Przecież na tym właśnie polega rola i piękno tej profesji – że nawet najwięksi zbrodniarze i najniebezpieczniejsi przestępcy, kiedy stają przed wymiarem sprawiedliwości, mogą liczyć na pomoc adwokata.

Wymóg uczciwości dotyczy tego, że prawnik nie może np. wodzić swojego klienta za nos, mamiąc go palcem na wodzie pisanymi interpretacjami przepisów i sugerując, że wygra proces. Nie powinien też, co jest jednak całkiem oczywiste, posługiwać się nielegalnymi środkami – nakłaniać klienta do fałszywych zeznań, namawiać go do korupcji bądź przy niej pomagać.

– Sondaże socjologiczne sprzed paru lat pokazały, że nie jest to wcale oczywiste właśnie dla wielu adeptów prawa.
– Ta ankieta mnie przeraziła. Wyniki kolejnych były jednak inne.

– Albo wzrósł poziom hipokryzji i młodym prawnikom nie wypada już przyznawać się do takich chwytów.
– Może, ale to i tak krok do przodu, bo uznają przynajmniej, że łamanie prawa jest naganne.

– Czy nie ma Pan wrażenia, że prawnicy zaczęli stronić ostatnio od zaangażowania publicznego, w porównaniu zwłaszcza do okresu międzywojennego czy początków III RP? Kiedy ostatnio razem z innymi prezesami TK zabraliście głos odnośnie obowiązujących w państwie rozwiązań ustrojowych, niektórzy uznali to za działalność polityczną.
– Niegdyś zaangażowanie w sprawy publiczne należało do etosu tego zawodu. Ale dzisiejsze wycofanie się z tej roli wpisuje się w tendencję charakterystyczną dla całej inteligencji. Niepokoi mnie zwłaszcza to, że prawnicy, ale i inne środowiska, zabierają głos dopiero wtedy, gdy zagrożone są ich interesy grupowe. Tymczasem bezcennym walorem dawnej aktywności społecznej było m.in. to, że nie można jej było sprowadzić do poziomu rozgrywek politycznych, i w efekcie zlekceważyć.

W Polsce ciągle nasila się ów fatalny schemat myślenia, jakoby każdy, kto wypowiada się na tematy publiczne czy polityczne, miał w tym jakiś osobisty interes bądź reprezentował którąś z partii. Jestem zapewne człowiekiem absolutnie naiwnym, bo uważam, że w kraju jest wielu ludzi, którzy mogą kompetentnie i bezinteresownie wypowiadać się na ważkie społecznie tematy.

– W związku z ostatnim uzupełnianiem składu Trybunału Konstytucyjnego pojawiła się teza, że partyjny w istocie podział sędziowskich foteli w Trybunale i odpowiadający mu rzekomo rozkład głosów podczas wydawania werdyktów jest czymś naturalnym. Jej zwolennicy lubią powoływać się na przykład Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Sugerują, że tylko u nas obłudnie udaje się, że polityczne przekonania sędzia zostawia w szatni. Jak to więc jest z tym upolitycznieniem?
– Sędziowie, jak wielu innych obywateli, mają zwykle poglądy polityczne. Sam mam wyraziste przekonania w tym zakresie. Od sędziowskich poglądów trzeba jednak odróżnić sędziowską bezstronność. Bo mając polityczne sympatie, nie muszę być wcale politycznym sędzią. W Trybunale Konstytucyjnym wiele razy odkładałem je na bok. Ba, głosowałem wbrew nim – za wyrokiem, za którym przemawiały argumenty prawne. T

ak było choćby w przypadku ustawy kombatanckiej przewidującej automatyczne odebranie uprawnień ludziom, którzy pracowali w PRL–owskich formacjach bezpieczeństwa. Opowiedziałem się, w zdaniu odrębnym, za uznaniem niektórych przepisów tej ustawy za sprzeczne z konstytucją. Uważałem, że w państwie prawa powinna obowiązywać tzw. sprawiedliwość proceduralna, i to wobec wszystkich obywateli.

Podobnie było z ustawą lustracyjną. Chociaż byłem w owym czasie przekonany co do celowości lustracji, nie mogłem zgodzić się na proponowane wtedy przez ustawodawcę swoiste domniemanie winy, sprawiające, że każda osoba, która podpisała podsunięty jej przez służby papier, była traktowana jako TW. Stąd też przyjęta przez nas tzw. materialna definicja tajnego współpracownika.

– Czy obecna kondycja zawodu prawnika odpowiada wyobrażeniom, które miał Pan podejmując studia?
– Początkowo wcale nie myślałem o zostaniu prawnikiem. Chciałem studiować historię, bo ona zawsze mnie pasjonowała i wydawała się dużo ciekawsza. Uległem jednak namowom rodziny i przyjaciół, którzy powtarzali, że prawnik to bardziej konkretny, dający większe możliwości zawód.

Zaczynając studia na Uniwersytecie Warszawskim miałem szczęście spotkać wielkich uczonych, znakomitych nauczycieli i ciekawe osobowości. Ale potem przeszedłem kilka kryzysów i byłem bliski rzucenia tego kierunku. Prawo wydawało mi się ogromnie sformalizowaną, stechnicyzowaną wręcz dziedziną, pozbawioną zaplecza filozoficznego i humanistycznego oddechu. Warto pamiętać, że nie było wtedy mowy w Polsce o poważnej filozofii prawa. Antynaukowa i zdogmatyzowana marksistowska teoria zakładała m.in., że prawo to odzwierciedlenie woli klasy robotniczej i tym podobne bzdury. Dobrze w ten komunistyczny dogmat wpisywało się stwierdzenie, że decyzja partii komunistycznej, a w istocie jej sekretarza, ma większą moc, niż normy przyjęte w drodze legalnych procedur. To wszystko było potwornie zniechęcające. Stąd moje różne ucieczki, chociażby w prawo cywilne.

– Wybrał je Pan, bo było gałęzią stosunkowo mało podatną na wpływy ideologiczne?

– Więcej, zająłem się najpierw prawem rodzinnym, a w jego ramach instytucją rodzin zastępczych i rodzinnych domów dziecka, ponieważ ta sfera była szczęśliwie daleka od polityki. A już bioetyka w tamtych czasach uchodziła za dyscyplinę kompletnie abstrakcyjną.

Dziś jestem nieco rozczarowany nie prawem, ale środowiskiem prawniczym. Jest ono nie tylko zdezintegrowane, ale zgubiło gdzieś dawny etos. Zawód prawnika staje się profesją coraz bardziej techniczną, jego reprezentanci są zimnymi pragmatykami, nader elastycznie podchodzącymi do metod walki o interesy klientów. Albo, jak w przypadku prokuratorów, urzędnikami często bezwolnymi wobec aktualnego decydenta politycznego.

– Kariera nade wszystko?
– Po 1989 r., gdy w Polsce pojawił się normalny rynek, prawnicy poczuli, że nastał ich czas. Świetnie, że ich wiedza i fachowość zaczęły mieć wreszcie swoją cenę. Jednak zarabianie pieniędzy stało się dla niektórych narkotykiem. Stracili kontakt z innymi wymiarami rzeczywistości. Patrzyłem z przerażeniem na kolegów, którzy pracując po 20 godzin na dobę finansowo wychodzili na tym świetnie, ale skończył się dla nich uniwersytet, o życiu publicznym, rodzinnym czy towarzyskim nie wspominając. Ten model funkcjonowania w branży próbują powielać tabuny młodych prawników. Patologie narastają, bo i tort jest już z grubsza podzielony, i konkurencja większa.

Cieszy jedno. Teraz, po 20 latach III RP, młodzi ludzie są o wiele lepiej przygotowani do wykonywania zawodu, niż moje pokolenie. L epiej znają języki, są po stażach na najlepszych uczelniach świata. Gdy dostaję aplikacje na referendarzy w moim biurze sędziego ETS, to aż dech zapiera. Okazują się też być mądrymi i miłymi ludźmi.

– Co Polacy, zasiadający w gremiach w rodzaju Trybunału w Strasburgu czy ETS, mogą wnieść do międzynarodowej kultury prawnej?
– Każdy z sędziów przynosi swoją tradycję. Dzięki temu orzecznictwo europejskie może być tak oryginalne i bogate. To, że w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu zasiadać zaczęli sędziowie z postkomunistycznej Europy, musiało wpłynąć na werdykty w sprawach związanych z przemianami ustrojowymi po 1989 r. To m.in. dlatego orzeczenia te były tak wyważone. Dowodziły znajomości realiów transformacji i wyczucia panującej atmosfery.

Oczywiście warto pamiętać, że sądy międzynarodowe nie są instytucjami, w których mamy do czynienia z reprezentacją narodową. Jako sędzia ETS jestem przywiązany do mojego kraju i spoglądam na regulacje europejskie przez pryzmat tradycji, która mnie jako prawnika ukształtowała. Jednak moim obowiązkiem jest bronić ducha prawa wspólnotowego i idei integracji europejskiej.

Rozmawiał

Autor jest dziennikarzem specjalizującym się w tematyce prawnej, autorem książkowych wywiadów i monografii.
Ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Od Trybunału do Trybunału
W l. 1993-1996 prof. Safjan pełnił funkcję dyrektora Instytutu Prawa Cywilnego Uniwersytetu Warszawskiego, w l. 1996-1997 r. prorektora UW. Obecnie jest profesorem w Katedrze Prawa Cywilnego UW. Należy do wielu stowarzyszeń, m.in. Association Internationale de Droit, Ethique et Science (od 1990 r.), Académie Internationale de Droit Comparé (od 1995 r.) oraz Association Henri Capitant des Amis de la Culture Juridique Française, w którym w latach 1994-1998 pełnił funkcję Sekretarza Generalnego Sekcji Polskiej. Jest członkiem Komitetu Helsińskiego w Polsce. Autor ok. 200 publikacji naukowych oraz autor lub współautor 18 publikacji książkowych z zakresu prawa cywilnego, prawa medycznego, prawa europejskiego i konstytucyjnego.

W l. 1997-2006 prof. Safjan był sędzią Trybunału Konstytucyjnego, w tym w okresie 1998-2006 jego prezesem. Od października 2009 r. jest sędzią Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z siedzibą w Luksemburgu.