Bitwa o podpis, wojna o nadzór

Tagi:

rys. Łukasz JagielskiSędziowie wygrali potyczkę w kampanii zmierzającej do ograniczenia władzy ministra nad sądami. Decyzji o przeniesieniu sędziego nie podpisze już wiceminister. Cała wojna może przynieść jednak więcej szkody niż pożytku.

Zwycięstwo jest ważne, choć dość słabe. Oparto go na kruczku prawnym, a nie na słuszności argumentów. Rozstrzygający ten spór Sąd Najwyższy w pełnym składzie stwierdził, że postanowienie o przeniesieniu sędziego na inne miejsce służbowe wbrew jego woli, ze względu na możliwy wpływ takiego postanowienia na standard niezawisłości sędziowskiej, nie jest zwykłą decyzją administracyjną. A zatem nie obowiązuje tu generalna w administracji zasada, że szefa organu może w części prac wyręczyć jego zastępca.

Był o to spór typowo prawniczy. W Sądzie Najwyższym w tej sprawie wcześniej zapadały sprzeczne wyroki, co więcej, przy ostatecznej, przesądzającej uchwale, jedenastu sędziów zgłosiło zdania odrębne. Teraz, nawet jeśli szefem resortu zostanie nieprawnik, jak Jarosław Gowin, który przenosin nie chciał osobiście autoryzować, to będzie już wiedział, że ma jednak usiąść i osobiście podpisywać wszystkie decyzje.

Czy gdyby byłemu ministrowi ktoś tę kwestię wyjaśnił, gdyby minister siadł i dokumenty osobiście podpisał, to całego sporu by wtedy nie było? Oczywiście, że nie. Sędziom, którzy go wywołali, nie chodziło przecież o czystość zasad postępowania administracyjnego. W tej wojnie stawką jest storpedowanie wszelkich pomysłów naruszania status quo w strukturze polskiego sądownictwa, a szerzej – administracyjna niezależność sądów i sędziów.

Części środowiska sędziowskiego, bo przecież nie całemu, od początku nie podobała się akcja Gowina łączenia małych sądów z większymi, co dla niektórych z nich musiało oznaczać konieczność przeniesienia się do innego miasta lub częstego dojeżdżania do pracy. Nikt przecież nie lubi takich utrudnień, chociaż miliony pracowników na całym świecie muszą się z nimi codziennie godzić. Sędziowie, którzy uważają się za grupę pracowniczą o specjalnym statusie (i w dużym stopniu taką grupą są), byli zdania, że do dojazdów do pracy zmusić ich żadna siła nie może.

„ W tej wojnie stawką jest storpedowanie wszelkich pomysłów naruszania status
quo w strukturze polskiego sądownictwa, a szerzej – administracyjna niezależność
sądów i sędziów”

Ponieważ nie udało się wówczas przekonać władzy, że sędziego nikt „ruszyć” nie może, to znaleziono kruczek prawny. I zrobili to sami sędziowie, którzy pełniąc swoje sędziowskie urzędy, takich sztuczek z zasady nie lubią. I nie szczędzą krytyki adwokatom, którzy nie mogąc wygrać sporu dla klienta przy pomocy faktów i dowodów, sięgają po podobne metody.

Słabość sędziowskiego zwycięstwa polega również na tym, że opinia publiczna wcale nie została przekonana, że nie należy likwidować małych sądów. Polacy dowiedzieli się jedynie, że minister Gowin miał słabych doradców. Będzie to też zwycięstwo jednorazowe, bo już żaden minister podobnego błędu nie popełni. Jeśli więc dojdzie do kolejnej próby reformy obecnej struktury sądownictwa, kontestujący ją sędziowie będą musieli użyć mocniejszych argumentów.

Czy ta potyczka przybliża środowisko sędziów–kontestatorów do wygrania szerszej batalii, niezakończonej jeszcze, o ograniczenie, a może nawet zniesienie nadzoru Ministra Sprawiedliwości nad sądami?

Minister od lat w sędziowskich wypowiedziach prasowych krytykowany jest za swą „polityczność”, która ma rzekomo zagrażać niezależności i niezawisłości sądownictwa. Oczywiście nie można takiego niebezpieczeństwa bagatelizować, szczególnie, że w najnowszej historii Polski słyszeliśmy już polityków próbujących sugerować sędziom, jak mają orzekać. Zresztą, statystyki sądowe pokazały później, że taki nacisk ma swój częściowy skutek w orzecznictwie. Niech nas Bóg broni przed podobnymi praktykami w przyszłości. Pytanie tylko, czy odebranie nadzoru nad sądami ministrowi i przekazanie go pierwszemu prezesowi Sądu Najwyższego, jak chcą jedni, lub Krajowej Radzie Sądownictwa, jak proponują inni, uchroni nas przed takim zagrożeniem?

Pierwszy prezes lub przewodniczący KRS siłą rzeczy musiałby pod wieloma względami „wejść w buty” ministra, czyli dzielić budżetowe pieniądze i sprawdzać ich wydawanie, kontrolować sprawność i skuteczność pracy podległych sobie struktur. Założenie, że robiłby tylko rzeczy miłe sędziom, a przykrych by nie zauważał, wydaje się naiwne. Dość szybko środowisko sędziowskie znalazłoby powody, by tego nowego nadzorcę też znielubieć.

A co w sytuacji, gdyby na stanowisko sędziego–nadzorcy panująca akurat władza wypromowała swojego sympatyka i egzekwowałaby od niego późniejszą wdzięczność za to wyniesienie? Przyglądając się scenie politycznej i znając mechanizmy władzy, takiej okoliczności wykluczyć nie sposób. A wtedy może się okazać, że akurat nie znajdzie się odpowiednio mocny kruczek prawny dla, tym razem naprawdę koniecznej, obrony sędziowskiej niezależności.