Czekając na Godota

rys. Łukasz JagielskiMamy doręczeniowe perpetuum mobile. Sądy same dzwonią do stron, by powiadomić je o terminach rozpraw. Prokuratorzy wożą apelacje służbowymi samochodami, zaś adwokaci i ich klienci przeczesują miasto w poszukiwaniu punktów odbioru korespondencji sądowej.

Promienie słońca leniwie przebijają się przez szybę, rozgrzewając moje zmarznięte zimą ciało. Za oknem, w miejsce śnieżnych bałwanów, widać pierwszych rowerzystów. W powietrzu czuć wiosnę… W takich momentach wyobraźnia działa ze zdwojoną intensywnością. Pod zmrużonymi powiekami pojawia się obraz wypełnionych wiatrem żagli. Ach, wyruszyłoby się w morską podróż… Tylko, jak co roku, przeszkodą jest ten przeklęty prawniczy kalendarz przypominający, że jednak trzeba iść do sądu. A może tym razem się uda?

Sięgam po swój kalendarz. Zaskoczenie. Same wolne terminy! Mogę wsiąść do samolotu i ruszyć w nieznane. Po chwilowej euforii przychodzi opamiętanie. Jak to się mogło stać? Rozmowa z sekretarką wyjaśnia zagadkę. Od ponad dwóch tygodni nie pojawił się w naszej kancelarii listonosz. Mogę mieć zatem wyznaczone terminy rozpraw nic o tym nie wiedząc.

Doręczyciel podczas ostatniej bytności zapowiedział, że szybko do nas nie wróci, bo mu się to nie opłaca. Jego argumentacja to perełka współczesnej myśli ekonomicznej. Za dostarczenie listu dostaje 50 gr, a ma tyle miejsc do obejścia, że do wszystkich i tak nie zdąży dotrzeć. Opłaca mu się zatem iść tam, gdzie przychodzi dużo listów. Naszą kancelarię uznał za niedużą, a zatem nierokującą stosownego zarobku, dlatego nie planuje szybkiego powrotu.

Takie są dylematy współczesnego pocztyliona. Gdybym chciał sprostać jego wymaganiom i rozwinąć działalność, by jednak dostawać przesyłki, to i tak teraz nie mam na to szans, bo nie da się rozwijać kancelarii nie chodząc do sądu. W tej rozgrywce to doręczyciel dyktuje warunki.

Zdając sobie sprawę z własnej bezradności mogę się tylko zastanawiać, co dzieje się z moją korespondencją. Przez głowę przemykają kolejne obrazy. Przesyłki wróciły do sądu z adnotacją „adresat nieznany” i w ten sposób zostałem na stałe wyeliminowany z prawniczej mapy Warszawy. Bardziej optymistyczna wizja jest taka, że leżą w czeluściach wielkiego magazynu, z którego przeterminowane wracają do nadawcy.

„ Czy orzecznictwo sądów przyjmie tezę, że klient nie ponosi odpowiedzialności
za błędy pełnomocnika powstałe w wyniku „korków” pocztowych?” 

Przerażony taką wizją chcę sam szukać moich przesyłek. Tylko gdzie? Najprościej dowiedzieć się w biurach doręczyciela. Niestety, jego telefony od kilku tygodni milczą jak zaklęte. Zasięgnięcie języka u adwokackiej konkurencji wiele nie daje. Koledzy, którzy mieli szczęście i dostają chociaż awiza, po listy chadzają w różne miejsca – do sklepu „Marcheweczka” albo do rybnego. Można przeczesywać podobne placówki, tylko trochę głupio buszować w czasie pracy po pasażach handlowych.

Od koleżanki dowiaduję się, że dostała ustnie, przez telefon, wezwanie z sądu do usunięcia braków pozwu w terminie siedmiu dni pod rygorem jego zwrotu. Pracownica sekretariatu wyjaśniła, że sąd musi jakoś funkcjonować. Ciekawe, czy umyślne nieodebranie takiego telefonu będzie równoznaczne z odmową przyjęcia przesyłki?

Z krótkiego rozeznania, które przeprowadziłem, wyłania się oryginalny obraz rzeczywistości. Sądy same dzwonią do stron, by powiadomić je o rozprawach. Prokuratorzy wożą apelacje służbowymi samochodami, by mieć pewność, że gdzieś nie zaginą. Zaś adwokaci i ich klienci przeczesują miasto w poszukiwaniu punktów odbioru sądowych przesyłek.

Wygląda na to, że zwycięzcy przetargu na doręczanie korespondencji sądowej udało się stworzyć ekonomiczne perpetuum mobile. Klienci sami zajmują się wzajemnym zawiadamianiem się, zaś operator może się skupić na działalności z zakresu public relations. Ma czas, by dowodzić, że system działa doskonale, zaś wszelka krytyka to robota dotychczasowego monopolisty wściekłego, że stracił rynek, wspomaganego przez lobby leniwych adwokatów, którzy nie chcą sami odbierać przesyłek. Gdyby system pocztowy nowego operatora działał tak sprawnie, jak jego system propagandy, bylibyśmy pierwszym krajem, w którym listy osiągnęłyby prędkość ponaddźwiękową.

Myśląc o tych podróżach listów uświadamiam sobie, że one mogą jednak kiedyś nadejść. Skumulują się przez kilka tygodni i naraz pojawi się ich kilkaset. Drżę. Czekanie na Godota to nie zabawa. Kto odpowie za niedotrzymanie terminów, gdy kilkunastu apelacji naraz nie uda się napisać? Czy orzecznictwo sądów przyjmie tezę, że klient nie ponosi odpowiedzialności za błędy pełnomocnika powstałe w wyniku „korków” pocztowych?

Czekając na pierwsze orzeczenia w „przeterminowanych” sprawach będzie się można zastanawiać, jak doszło do tego, że przetarg na obsługę pocztową wymiaru sprawiedliwości wygrała firma, której infrastruktura powinna wywołać raczej uśmiech politowania Temidy.