Historia przed sądem

Tagi:

fot. Krzysztof WojciewskiETPCz jest narzędziem politycznym. Stawianie wobec niego oczekiwań jak wobec krajowego wymiaru sprawiedliwości to nieporozumienie – pisze historyk w nawiązaniu do dyskusji o wyroku Strasburga w sprawie śledztwa katyńskiego.

Orzeczenie wydane przez Europejski Trybunał Praw Człowieka z 21 października 2013 r. w sprawie śledztwa katyńskiego prowadzonego przez Federację Rosyjską zostało w Polsce przywitane z oburzeniem. Trybunał uchylił się bowiem od oceny działań rosyjskiej prokuratury w ramach postępowania prowadzonego w latach 1990–2004, które nad Wisłą powszechnie krytykowano. Wielu komentatorów wskazywało na to, że wyrok jest niezrozumiały i godzi w społeczne poczucie słuszności. Witold Kulesza określił go nawet w „Na wokandzie” jako crimen laesae iustitiae (por. „Sądowa obraza sprawiedliwości” – NW nr 1/2014).

Gwałtowne protesty i emocjonalne oceny wydają się przesadne. Przede wszystkim dlatego, że – wbrew powtarzanym nad Wisłą opiniom – żaden wyrok sądowy nie może Polakom odebrać prawa do pamięci. Orzeczenie ETPCz w żadnej mierze nie jest też narzędziem do zwycięstwa w walce o pamięć i cześć zamordowanych.

Sprawiedliwość czy polityka?

Arystoteles pisał, że polityka to sztuka rządzenia państwem, której celem jest zachowanie dobra wspólnego. Sądy są w tym znaczeniu bez wątpienia instytucją polityczną. Ich działanie ma na celu ochronę ładu prawnego, który z kolei ma służyć dobru wspólnemu, tak jak rozumieją je członkowie określonej wspólnoty.

Sytuacja wydaje się stosunkowo prosta wtedy, gdy mówimy o sądach krajowych. Wspólnota obywateli jednego kraju jest z zasady bardziej homogeniczna niż wspólnota ponadnarodowa. Szczególnie wyraźnie ten problem pojawia się w przypadku sądów międzynarodowych. Każdy taki sąd powstaje w ramach umowy, w której – z punktu widzenia formalnoprawnego – wszystkie państwa są sobie równe.

W praktyce bywa jednak inaczej. Doskonale wiadomo, że jedne kraje mają większy potencjał, np. ekonomiczny, niż inne, co pozwala wywierać rozmaite naciski na poszczególnych członków wspólnoty. W ten sposób polityka w brutalny sposób ingeruje także w działania sądownictwa międzynarodowego. Żeby nie szukać przykładów daleko – Serbia oraz Chorwacja wydały trybunałowi haskiemu zbrodniarzy wojennych po wojnie w byłej Jugosławii dopiero pod groźbą wprowadzenia bolesnych sankcji gospodarczych i politycznych. Nietrudno jednak wyobrazić sobie sytuację, gdy z powodu nacisków podobnym zbrodniarzom udaje się umknąć przed sądem. Dobrze pokazuje to, że sprawiedliwość wymierzana przez sądy międzynarodowe bywa dość względna.

ETPCz jako przejaw słabości

Przypomnijmy, w jaki sposób Rosja znalazła się pod jurysdykcją europejskiego sądownictwa, które ma stać na straży przestrzegania praw człowieka.

W sierpniu 1975 r. w Helsinkach podpisany został Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w ramach którego oba ówczesne bloki polityczne – komunistyczny i kapitalistyczny – przyjęły wspólne zasady postępowania w stosunkach międzynarodowych. Kluczowe znaczenie miał tzw. „trzeci koszyk” uzgodnionych porozumień. Zawarta została w nim deklaracja, że wszyscy sygnatariusze będą przestrzegać praw człowieka i podstawowych wolności. Sygnatariuszem porozumień helsińskich był również Związek Radziecki, w którym istniała potężna sieć obozów koncentracyjnych, a opozycjoniści byli bezterminowo umieszczani w szpitalach psychiatrycznych.

Władze ZSRR uznały, że podpisanie deklaracji nie może im zaszkodzić, ponieważ nie zostały one obwarowane żadnymi sankcjami. Szybko okazało się jednak, że deklaracja dotycząca przestrzegania prawa człowieka może być skutecznym instrumentem prowadzenia realnej polityki przez Zachód. Stany Zjednoczone oraz pozostałe państwa zaczęły uzależniać współpracę i pomoc gospodarczą dla kulejącej gospodarki państw bloku komunistycznego od przestrzegania ustaleń z Helsinek. Słabnący Związek Radziecki i niektóre jego państwa satelickie weszły w ten sposób stopniowo na drogę liberalizacji wewnętrznej. To z kolei stało się jedną z przyczyn upadku komunizmu w Europie jesienią 1989 r.

Żadnej roli w tym procesie nie odegrały rzecz jasna sądy międzynarodowe – wszystko co istotne działo się na skutek decyzji politycznych. Charakterystyczne zresztą, że władze w Moskwie były gotowe przypominać sobie o prawach człowieka wyłącznie wtedy, gdy czuły się słabe. Glasnost’ i pieriestrojka pojawiły się w połowie lat 80., gdy kryzys gospodarczy w ZSRR był już ewidentny. W marcu 1998 r. ogromny krach gospodarczy ponownie nawiedził Rosję. W dwa miesiące później Duma ratyfikowała Europejską Kartę Praw Człowieka i uznała jurysdykcję ETPCz. A zatem, gdyby nie konieczność ekonomiczna, można podejrzewać, że Rosja zachowałaby swoją specyficzną splendid isolation i nie powiększałaby politycznej zależności od państw Zachodu.

Instrumentalne podejście

Trepak to rosyjski taniec ludowy – improwizowany, polegający na robieniu drobnych kroków i przytupów. Tak jak niewprawnemu tancerzowi z Zachodu bardzo trudno jest go zatańczyć, tak sędziom ETPCz od 1998 r. trudno jest zmierzyć się z utrudnianiem jego pracy przez Moskwę.

Wieloletnim rosyjskim reprezentantem wśród sędziów ETPCz był Anatolij Kowler, który zasłynął m. in. wypowiedzią podkreślającą, że sprzeciwia się on określaniu wartości innych niż europejskie mianem „reakcyjnych”. Grając często rolę obrońcy narodowych wartości, Kowler dał się poznać jako nader aktywny obrońca interesu rosyjskiego państwa, co stoi w wyraźnej sprzeczności ze statutem ETPCz. Poza sporadycznymi głosami oburzenia, Trybunał nie podjął jednak żadnych konkretnych kroków, aby usunąć rosyjskiego reprezentanta ze swojego grona.

Rosja nie ukrywa swojego instrumentalnego stosunku wobec Trybunału. Pomiędzy 2006 a 2010 r. trwał pat w sprawie reformy Strasburga, ponieważ Rosja nie chciała się zgodzić na usprawnienie jego działalności, blokując przyjęcie protokołu nr 14 do EKPCz. Bez wątpienia Moskwa miała się czego obawiać. Według danych Strasburga, blisko jedna czwarta wszystkich skarg pochodzi właśnie z Rosji, co wydaje się być najbardziej wymownym wskaźnikiem satysfakcji obywateli tego kraju z jakości rodzimego wymiaru sprawiedliwości.

Ostatecznie, władze rosyjskie zgodziły się na reformę pod warunkiem, że każdą skargę dotyczącą tego kraju będzie rozstrzygał skład orzekający z udziałem rosyjskiego sędziego.

Uzdatnianie Rosji

Witold Kulesza w swoim artykule w „Na wokandzie” wskazuje, że w sprawie zbrodni katyńskiej istnieje swoista prawnicza ciągłość interpretacyjna, która stanowi skazę na wiarygodności europejskiego wymiaru sprawiedliwości. Zadałbym nieco inne pytanie: czy w Polsce nie oczekujemy zbyt wiele od ETPCz?

Popularne powiedzenie głosi, że Rosja to nie państwo, lecz stan umysłu. Faktem jest, że sami Rosjanie czują swoją odrębność wobec Europy. Jednocześnie są w niej i nie są. Rosja jest potężnym państwem o trudnych do oszacowania bogactwach naturalnych oraz wspaniałej kulturze. Z drugiej jednak strony, europejskie tradycje polityczne są tam przyjmowane niechętnie. Świadomość praw człowieka jest zakorzeniona dość płytko, a kontrola społeczeństwa nad władzami wydaje się być z roku na rok coraz bardziej iluzoryczna. Czy zatem należy traktować Rosję jako członka europejskiej wspólnoty? Wspólnoty krajów, które dzielą zbliżone wartości? Mam duże wątpliwości.

Z drugiej strony trzeba zrozumieć, że znacznie trudniej będzie w Rosji zakorzenić wartości demokratyczne, właściwe wspólnocie krajów europejskich, jeżeli Europa nie będzie próbowała aktywnej współpracy z Moskwą. Gdy w połowie lat 80. w radzieckim łagrze kończył życie wybitny ukraiński poeta i działacz praw człowieka Wasyl Stus, nikt się o niego nie upomniał. Dziś znacznie bardziej prawdopodobne jest, że Europa śledziłaby jego losy, tak jak stało się choćby w przypadku Michaiła Chodorkowskiego.

Można hipotetycznie zapytać, czy chęć „uzdatnienia” Rosji ma za sobą pociągnąć to, że we wspólnocie krajów Europy będą równi i równiejsi? Oczywiście, jeżeli się na to zgodzimy, to sama wspólnota oraz idea poszanowania praw człowieka w Europie zostaną osłabione. Jeżeli okaże się z kolei, że prawami fundamentalnymi można manipulować, można dokonywać ich dowolnej interpretacji, wówczas podważona zostanie legitymacja sądownictwa europejskiego. Podobnie stanie się też, jeżeli sędziowie ETPCz będą skupiali się na aspektach formalnych, tak jak stało się w wyroku z 21 października 2013, gdy uznali, że badana sprawa znajduje się poza ich kognicją. Tyle teoria. Realpolitik wygląda zupełnie inaczej.

Pamięć i praca u podstaw

Zastanówmy się, dlaczego sędziowie Trybunału nie zdecydowali się przyjąć punktu widzenia prezentowanego przez przeważającą część polskich komentatorów. Sądzę, że mogli obawiać się, że Rosja nie wykona wyroku. Nie byłoby to pierwsze orzeczenie Strasburga, które spotkał taki los. Zważywszy na to, z jakim zaangażowaniem rosyjskie władze usiłują zakłamać historyczne fakty wokół zbrodni katyńskiej, było to dość prawdopodobne.

fot. Shaeggy_stock.xchngW odróżnieniu od Witolda Kuleszy uważam, że to nie ETPCz jest od tego, by dopisywać postscriptum do wyroku trybunału czterech mocarstw z 1946 r. W moim przekonaniu, sędziowie strasburscy, paradoksalnie, odrobili bolesną lekcję, jaką przyniósł proces norymberski. Nie chcieli – po prostu, pragmatycznie – wchodzić w jałowy spór z silniejszym. Sprawa kaźni polskich oficerów została, jak to bez przerwy dzieje się w historii, poświęcona na ołtarzu spraw dla wspólnoty międzynarodowej ważniejszych.

Gdyby to wyroki sądowe tworzyły historię, lista zbrodniarzy byłaby bardzo krótka. Kwestie historyczne zupełnie nie nadają się do tego, aby zajmowały się nimi sądy. W końcu nawet dzieci wiedzą, że historię piszą zwycięzcy, a to nie sprzyja poszukiwaniu prawdy.

Czy w Norymberdze udało się znaleźć sprawiedliwość? Sukces tego procesu był bardzo umowny, nad wszelkimi kwestiami prawnymi przewagę uzyskała chęć zemsty, odpłaty na tych, którzy rozpoczęli najtragiczniejszą wojnę w dziejach naszej cywilizacji. Odpłacano jednak tylko zbrodniarzom nazistowskim. Tych z czerwoną gwiazdą na czapkach pozostawiono w spokoju – oni przecież byli wśród zwycięzców.

Bardzo blado prezentują się też osiągnięcia polskiego wymiaru sprawiedliwości w procesach sądowych o znacznie mniejszym ciężarze gatunkowym, jak choćby o sprawstwo masakry robotniczej Grudnia 1970 r. Gdy brakuje dokumentów, świadków, jednoznacznych dowodów na popełnienie zbrodni, wymiar sprawiedliwości pozostaje bezradny. Domniemanie niewinności jest niewzruszalne i prawo nie byłoby prawem, gdyby było inaczej.

Inaczej może postąpić historyk. Jemu wolno niuansować, znajdować odcienie szarości. Historyka nie ogranicza kognicja, ale znajomość faktów i umiejętność ich interpretacji. Nie potrzebuje dokumentów utajnionych w rosyjskich archiwach, aby stwierdzić, że mord dokonany na 22 tysiącach polskich oficerów i żołnierzy jest ludobójstwem, a nie przestępstwem pospolitym.

Tak rodzinom katyńskim, jak i Polakom jako wspólnocie narodowej, nikt nie może odmówić prawa do pamięci. Jedynie od nas samych zależy, czy ją zachowamy, czy też stracimy. Brak jakiejś formy moralnego zadośćuczynienia, jakim byłby przychylny wyrok Strasburga, niczego tu nie zmienia. A jeśli tak bardzo zależy nam na zadośćuczynieniu, to popracujmy wpierw nad realną siłą Polski na arenie międzynarodowej. Wszak nie zależy ona od przychylnego wyroku międzynarodowego Trybunału.