W granicach prawa

Tagi:

fot. Krzysztof WojciewskiAutorom „ustawy o niebezpiecznych” zarzucano łamanie Konstytucji i praw obywatelskich. Z perspektywy czasu widać, że apokaliptyczne wizje się nie ziściły. Krytykowane prawo obroniono w praktyce – pisze urzędnik M.S.

 

Mariusz T. był już chyba widziany wszędzie – we Wrocławiu, na Mazurach i nad Bałtykiem. Niektóre media śledziły jego wyjście na wolność z większą uwagą niż zeszłoroczne konklawe. Wystarczy wspomnieć tykający w jednym z tabloidów „zegar grozy” odliczający czas do „wyjścia bestii na wolność” oraz wyczekiwanie kordonu dziennikarzy przed zakładem karnym w dniu jego opuszczenia przez Mariusza T. Przez wiele tygodni temat pedofili nie schodził z pierwszych stron gazet. Trudno jednak tej kampanii przypisać wyłącznie cel informacyjny czy ostrzegawczy. Przeciwnie, łatwo w niej dostrzec próby podtrzymywania chwytnego, merkantylnego tematu.

Czy ta ogólnonarodowa histeria przyniosła coś dobrego? Czy fakt, że sprawca okrutnego przestępstwa wychodzi na wolność, powinien determinować poziom debaty publicznej wokół projektu ustawy mającej zapewnić obywatelom elementarne bezpieczeństwo? Jak w tym medialnym show zachowało się środowisko prawnicze? Jakie argumenty podnosiło? Niestety, wnioski z zamieszania wokół ustawy z dnia 22 listopada 2013 r. o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób, nie nastrajają pozytywnie.

Dwie dekady ciszy

Na wstępie zauważmy, że przez długie lata problem niebezpiecznych sprawców, z których zakład karny jako pierwszy opuścił Mariusz T., interesował mało kogo. Dopiero w lipcu 2013 r., kiedy „ustawa o niebezpiecznych” trafiła do Sejmu, temat „bestii” powoli stawał się tematem numer jeden, by kulminację medialną osiągnąć w lutym 2014 r.

Prace nad ustawą podjęto w Ministerstwie Sprawiedliwości w 2012 r., za kadencji Jarosława Gowina. Warto w tym kontekście podnieść, że pełnił on funkcję jako dwudziesty Minister Sprawiedliwości po 1989 r. i dopiero prace rozpoczęte przez niego, a dopracowane za kadencji Marka Biernackiego, przyniosły rozwiązanie omawianego problemu. Do tego czasu ze świecą szukać propozycji rozwiązań, czy też realnej próby dotknięcia istoty problemu, a przecież czasu było aż nadto – 25 lat. Argumenty, że działań wcześniej nie podejmowano, gdyż termin wyjścia na wolność pierwszego z „niebezpiecznych” pozostawał odległy, należy ocenić jako niepoważne.

Jednak, kiedy Minister Sprawiedliwości postanowił problem w końcu rozwiązać, odnalazły się dziesiątki, jeżeli nie setki chętnych – przede wszystkim do krytyki. W trakcie prac nad projektem szybko przylepiono mu łatkę „niekonstytucyjnego”, „łamiącego prawa człowieka”, czy też „bubla prawnego”. Po kilku miesiącach niektórzy z krytyków zaczęli oburzać się nawet na to, że ustawa nie zadziałała tak „skutecznie”, jak by tego oczekiwano.

Przyjrzyjmy się zatem logice, sensowi i prawdziwości koronnych zarzutów przeciw tej regulacji.

Powrót psychuszek?

rys. Łukasz JagielskiPodczas prac nad tzw. „ustawą o niebezpiecznych” krytycy często porównywali ją do znanych z Rosji radzieckiej „psychuszek”. Tymczasem do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym będą trafiać osoby po orzeczeniu sądu, który – o czym krytycy zdawali się zapominać – jest niezależną i niezawisłą od decyzji polityków, w tym również Ministra Sprawiedliwości. Tym samym podstawowa cecha demokratycznego sądownictwa została poddana w wątpliwość. Przedstawiono obawę, że działający pod presją sąd orzeknie tak, jak będzie tego oczekiwał rząd lub opinia publiczna. Taki pogląd, intelektualnie być może interesujący, w rzeczywistości jest fałszywy, z gruntu populistyczny. Podążając tym tokiem rozumowania, można by zakwestionować każdy wyrok.

Obawy co do naruszenia niezawisłości sędziów orzekających na podstawie „ustawy o niebezpiecznych” rzecz jasna nie potwierdziły się. W okresie wszechobecnej medialnej paniki na ogromny szacunek zasługuje postawa sądu w Rzeszowie, który, po pierwsze, w pierwszej decyzji nie przychylił się do zabezpieczenia w postaci izolacji na czas procesu Mariusza T., pozostając jedynie przy czynnościach operacyjno–rozpoznawczych, a po drugie, odroczył posiedzenie uwzględniając wniosek pełnomocnika uczestnika postępowania.

Podczas debaty publicznej używano też argumentu, iż ustawa może posłużyć jako instrument do izolacji osób nieprzychylnych władzy. Takiemu założeniu przeczy jednak zakres podmiotowy tej regulacji, o którym znów wielu krytyków zapomniało, wypaczając jej rzeczywisty zasięg. Przypomnijmy więc, że reżim ustawy obejmuje łącznie trzy przesłanki opisane w jej art. 1, do których należy odbywanie przez sprawcę prawomocnie orzeczonej kary pozbawienia wolności lub kary 25 lat pozbawienia wolności, wykonywanej w systemie terapeutycznym, także wystąpienie w trakcie postępowania wykonawczego zaburzeń psychicznych w postaci upośledzenia umysłowego, zaburzenia osobowości lub zaburzenia preferencji seksualnych, jak również taki charakter lub nasilenie zaburzenia, że zachodzi co najmniej wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu zabronionego z użyciem przemocy lub groźbą jej użycia przeciwko życiu, zdrowiu lub wolności seksualnej, zagrożonego karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi co najmniej 10 lat.

Jak zauważył podczas obrad podkomisji sejmowej prof. Michał Królikowski, podsekretarz stanu w MS, będący jednym ze współautorów tej ustawy, wprowadza ona bardzo wyraźne kwantyfikatory – nie chodzi o każde zaburzenie osobowości, chodzi o bardzo poważne zaburzenie osobowości, które stwarza wysokie ryzyko. To są przesłanki ocenne, ale one w legislacji prawnokarnej i w diagnozie biegłych są istotnymi czynnikami, które opisują stan danej osoby i są przesłankami decyzji sądu.

Mit dostatecznych instrumentów prawa

Kolejnym z koronnych argumentów była możliwość innego uregulowania kwestii wyjścia na wolność sprawców zbrodni sprzed lat. Proponowano, by niebezpieczeństwo zażegnać używając środków operacyjnych dostępnych policji, ewentualnie izolować „niebezpiecznych” na podstawie ustawy o ochronie zdrowia psychicznego.

Warto zastanowić się nad wartością logiczną takiej argumentacji. Po pierwsze, w jakim celu proponowano użycie obecnie obowiązujących przepisów? Czy przypadkiem nie po to, by chronić potencjalne ofiary przed zagrożeniem, jakie niesie za sobą wyjście wspomnianych sprawców przestępstw? A zatem, krytycy zdawali sobie sprawę z realności tego zagrożenia? Po drugie, czy nie proponowano tak naprawdę środków tożsamych do tych, jakie przyjął Parlament? W takim razie, być może ustawodawca powinien zgodzić się na propozycje krytyków ustawy, skoro towarzyszyły im te same cele? Czemu autorzy projektu tego nie uczynili? Odpowiedź jest prosta – wspominane przez krytyków alternatywne propozycje nie znalazłyby zastosowania do sytuacji „niebezpiecznych”.

Padał choćby argument, by użyć środków z art. 15 ustawy o Policji. Zauważmy, że na jego podstawie policja ma jedynie prawo do legitymowania osób w celu ustalenia ich tożsamości, zatrzymywania w przypadkach przewidzianych przez Kodeks postępowania cywilnego, zatrzymywania osadzonych na przepustce, zatrzymywania osób, które stwarzają w sposób oczywisty bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia, na czas nie dłuższy niż 48 godzin. Z kolei na podstawie art. 23 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, osoba chora psychicznie może być przyjęta do szpitala psychiatrycznego bez zgody, gdy jej dotychczasowe zachowanie wskazuje na to, że z powodu tej choroby zagraża bezpośrednio własnemu życiu albo życiu lub zdrowiu innych osób. Gołym okiem widać, że są to sytuacje niemające wiele wspólnego z problemem „niebezpiecznych” opuszczających zakłady karne.

Podwójne karanie

Podobno wyjście na wolność Mariusza T. stanowiło test jakości demokratycznego państwa prawa. Ustawie zarzucono, że stanowi zręczną sztuczkę prawną mającą na celu ukrycie naruszenia podstawowego dla każdego dojrzałego systemu prawa zakazu podwójnego karania. Jednakże i takiej argumentacji nie należy przyznać cech prawdziwości.

Trzeba podnieść, że w przypadku omawianej ustawy ewentualna izolacja ma inną genezę. Nie wynika ona z popełnienia czynu zabronionego, lecz potrzeby zabezpieczenia i leczenia osoby, u której występuje bardzo wysokie ryzyko popełnienia najpoważniejszych przestępstw, wynikające z niezależnej diagnozy oceniającej realność wystąpienia zagrożenia. Co więcej, izolacja taka to instrument ostateczny. Jako preferencyjny, zgodnie z zasadą proporcjonalności, należy w tym przypadku przyjąć inny środek z ustawy – nadzór prewencyjny.

Odpowiadając na pytanie, czy państwo może tak dalece ingerować w życie społeczne obywateli, jak umożliwia to ustawa o niebezpiecznych, warto przywołać orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, chociażby w sprawie Branco Tomašić i inni przeciwko Chorwacji. Na jej kanwie wskazano pozytywny obowiązek państwa do przeciwdziałania niebezpieczeństwu, które może grozić obywatelowi od osoby trzeciej. Trybunał wskazuje, że państwo, które czyni zbyt mało, by uchronić swoich obywateli przed negatywnymi dla zdrowia i życia skutkami, a obiektywnie takiemu niebezpieczeństwu mogło zapobiec, narusza postanowienia Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka.

Tymczasem niektórzy przeciwnicy ustawy, w tym rzecznicy ochrony swobód obywatelskich, wydawali się zapominać, w jakim celu została ona utworzona i sprawców jakiego kalibru przestępstw obejmuje. W konsekwencji trudno było odnaleźć w ich stanowiskach cień troski o bezpieczeństwo obywateli. Ważniejsze wydawały się być prawa osób, które popełniły wiele lat temu okrutne zbrodnie. Również zdaniem zdecydowanej większości przedstawicieli doktryny ustawodawca przekroczył granice, co w demokratycznym państwie prawa nie powinno mieć miejsca.

Egzamin oblany, egzamin zdany

Wokół ustawy nie udało się zbudować konsensusu. Nawet niektórzy reprezentanci środowiska psychiatrów, którzy wcześniej wydawali opinię w sprawie poszczególnych „niebezpiecznych”, kategorycznie stwierdzając „będzie zabijał”, nie stali się entuzjastami tej regulacji. Otwarta, bardziej konstruktywna postawa strony przeciwników „ustawy o niebezpiecznych” pozwoliłaby być może, na stworzenie przepisów w pełniejszy sposób gwarantujących interesy obywateli, którym należy zapewnić bezpieczeństwo, a jednocześnie interesy niebezpiecznych sprawców. Tak się jednak nie stało.

Nie ziściły się również pesymistyczne wizje krytyków ustawy. Postępowanie wobec Mariusza T. nie budziło wątpliwości – było prowadzone zgodnie z procedurą i poszanowaniem praw uczestnika procesu. Mimo to pojawiły się głosy, że rząd zawiódł, że ustawa nie zadziałała. To kolejna i być może największa nieprawda, będąca konsekwencją poziomu emocji towarzyszących dyskusji. Jest zgoła inaczej – ustawa zadziałała tak dobrze, jak miała. Mariusz T. nie znalazł się z automatu w ośrodku w Gostyninie, „pierwszy z niebezpiecznych” na wolności objęty został stałym nadzorem policji, która wypełniała swoje zadania w sposób jakże kompetentny. Ostatecznie, do Gostynina trafił decyzją niezawisłego sądu, na podstawie opinii specjalistów. W przyszłości to również sąd orzeknie o długości jego dalszej izolacji i leczenia.

Można skonstatować, że w sprawie „niebezpiecznych” państwo zrobiło wszystko, co było w mocy, nie naruszając przy tym standardów demokratycznego państwa prawa. Ustawa działa, prawa uczestników postępowania nie są łamane i nigdzie nie widać tych ogromnych pokładów złej woli, którą przypisywano jej autorom. Wydaje się, że to nie państwo nie zdało egzaminu, jak chcą krytycy ustawy, tylko ci wszyscy, którzy nie chcieli podjąć uczciwej, konstruktywnej dyskusji wokół wypracowania lepszych rozwiązań.