Sędzia na trudne czasy

Tagi:

45. pap_19810210_03G_fmt

„Obyś żył w ciekawych czasach” – brzmi popularne powiedzenie. Okres aktywności zawodowej sędziego Antoniego Filcka obfitował w sytuacje i ciekawe, i skomplikowane. Wieloletni sędzia Sądu Najwyższego, w latach 1981-1983 prezes Izby Cywilnej SN, w wolnej Polsce w pierwszym niekomunistycznym składzie Trybunału Konstytucyjnego. Świat prawniczy zapamiętał go jako uczciwego człowieka.

Stan wojenny był czasem próby dla środowiska sędziowskiego, sprzyjającym postawom konformizmu i odchodzenia od zasad etyki. Antoni Filcek piastował wówczas funkcję prezesa Izby Cywilnej Sądu Najwyższego. – Wielu sędziów, doskonałych prawników, było wtedy zwalnianych, relegowanych do innych sądów. Zrobiło się sztywno, chłodno, nie do zniesienia – przypomina tamte czasy Gabriela Filcek, ówcześnie sędzia Sądu Wojewódzkiego w Białymstoku, prywatnie – żona Antoniego Filcka, dziś sędzia SN w stanie spoczynku. Podobna atmosfera panowała w Sądzie Najwyższym, kierowanym przez prezesa Włodzimierza Berutowicza. Berutowicz cieszył się złą sławą wśród sędziów. Uchodził za osobę bezwzględnie lojalną wobec komunistycznych władz oraz źródło politycznych nacisków na sędziów. – Nie był «primus inter pares», uważał, że jest ponad wszystkimi sędziami – dodaje Gabriela Filcek.

W stanie wojennym przeprowadzono „weryfikację” sędziów Sądu Najwyższego. Berutowiczowi szczególnie zależało na usunięciu z SN sędziego Stanisława Rudnickiego, działacza sędziowskiej „Solidarności”. Sędziowie Izby Cywilnej byli jednak innego zdania, wydając o nim pozytywną opinię i określając go mianem „wybitnego cywilisty”. Berutowicz był wściekły i uznał to za potwarz. Postawił jednak na swoim i Rudnicki został usunięty z SN. Filcek nie chciał tolerować sposobu zarządzania sądem przez Berutowicza i zdecydował się ustąpić ze stanowiska. – Był niesłychanie czuły na zasady, łączył głęboką znajomość przedmiotu z wewnętrzną prawością. Na naradach, na zgromadzeniach miał odwagę zajmować inne stanowisko niż prezes – mówi sędzia Helena Ciepła, wówczas sędzia Izby Cywilnej SN, dziś w stanie spoczynku.

Z Torunia do Białegostoku

Urodził się 12 września 1929 r. w podtoruńskiej wsi Świerczynki. Jego ojciec, Leon Filcek, sprawował ważną rolę w lokalnej społeczności, jako m.in. wójt i kierownik miejscowej szkoły, w 1939 r. aresztowany i rozstrzelany w ramach eksterminacji inteligencji polskiej przez hitlerowców.

Po zakończeniu wojny Antoni Filcek rozpoczął studia prawnicze na Wydziale Prawno-Ekonomicznym toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Tworzyli go głównie profesorzy przedwojennych kresowych uniwersytetów: Stefana Batorego w Wilnie oraz Jana Kazimierza we Lwowie. W tym czasie, obok klasycznych przedmiotów prawniczych, na toruńskiej uczelni rozpoczęto prowadzenie zajęć m.in. z prawa pracy, medycyny sądowej i prawa wyznaniowego. To właśnie prawo pracy miało się w niedalekiej przyszłości stać domeną Filcka.

Po studiach pierwotnie zamierzał pozostać na rodzinnym Pomorzu, jego żona została bowiem asesorem w Toruniu. Władze sądownicze nie wyraziły jednak zgody na rozpoczęcie przez niego aplikacji w okręgu bydgoskim. – Jeden kandydat na sędziego bez przynależności partyjnej chyba im wystarczał – komentuje Gabriela Filcek. Filckowie musieli przenieść się na Podlasie. W ten sposób w 1954 r. Antoni Filcek został aplikantem, a następnie asesorem w Sądach Powiatowych w Łomży oraz Białymstoku. Od lata 1956 roku pracował jako asesor i sędzia Sądu Powiatowego w Mońkach, gdzie następnie piastował funkcję wiceprezesa oraz prezesa sądu. Niedługo potem został przeniesiony na stanowisko wiceprezesa Sądu Powiatowego w Białymstoku, a od września 1959 r. piastował funkcję sędziego Sądu Wojewódzkiego w Białymstoku, orzekając w sprawach cywilnych. – Jego karierze patronował w owym czasie przedwojenny sędzia Władysław Markowski, który wiązał z nim duże nadzieje. Inna sprawa, że Białystok nie obfitował w dobrze wykształconych młodych prawników, więc to pewnie także przyspieszyło awanse – mówi Gabriela Filcek.

W Białymstoku Antoni Filcek pracował aż do początku lat siedemdziesiątych. Wychowanek Filcka, sędzia Antoni Górski, sędzia SN i do niedawna przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa, jest zdania, że był to złoty okres białostockiej cywilistyki. – Poziom Wydziału Cywilno-Rewizyjnego Sądu Wojewódzkiego w Białymstoku, w którym orzekał sędzia Flicek, był jednym z najwyższych w kraju. Stanowiło go grono znakomitych ludzi, którzy potrafili zachować dystans wobec rzeczywistości politycznej; w porównaniu z innymi instytucjami dało się to wyraźnie odczuć – mówi sędzia Górski. – Ton nadawała tam przedwojenna kadra sądownicza, także przedwojenni adwokaci z Wileńszczyzny czy Nowogródczyzny, którzy wychowywali nową generację prawników – dodaje Gabriela Filcek.

W ramach aplikacji sędziowskiej prowadzonej przez Sąd Wojewódzki w Białymstoku Filcek prowadził seminaria z prawa zobowiązań oraz prawa pracy. – Aplikant był wówczas osobą traktowaną w sądzie z mniejszym poważaniem niż pracownik sekretariatu. Na zajęciach u Filcka było inaczej. Podejście poważne, ale z sympatią, ze zrozumieniem, to wyróżniało pana sędziego – komentuje Antoni Górski. Jak się okazuje, nie tylko wysoki poziom merytoryczny zachęcał do uczestnictwa w zajęciach. – Nie bez znaczenia było to, że pan sędzia był przystojnym mężczyzną, co dla naszych koleżanek stanowiło dodatkowy walor przyciągający na zajęcia – śmieje się sędzia Górski.

Czy w tym okresie Filcek spotykał się z presją polityczną? – Nie było żadnych większych nacisków. Zresztą, postawa męża nie zachęcała do prób nacisków – opowiada Gabriela Flicek. W rzeczywistości jednak pewna presja polityczna się pojawiła. Już w połowie lat sześćdziesiątych Antoniego Filcka przewidywano jako kandydata na sędziego SN, jednak na przeszkodzie stanęła jego bezpartyjność. Ani on, ani jego żona, nigdy nie zostali członkami PZPR, jednak w końcu lat sześćdziesiątych Filcek zdecydował się na wstąpienie do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Dopiero to usunęło przeszkodę na drodze awansu. Bezpartyjna małżonka Antoniego Filcka została sędzią Sądu Najwyższego dopiero w III RP, w roku 1990.

Z daleka od polityki

18 maja 1972 r. Filcka powołano na stanowisko sędziego SN. Orzekał w Izbie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Był także jednym ze współtwórców Kodeksu pracy uchwalonego w połowie 1974 r. oraz członkiem komisji zajmujących się kodyfikacją prawa pracy. W październiku 1981 r. mianowano go na stanowisko Prezesa Izby Cywilnej SN.

45. 2-AF Saksonia, wyj_fmt 45. 3-AF Oslo, 1991_fmt 45. 4-AF, 70 urodziny,_fmtGdy w lecie 1980 r. wybuchły strajki na Wybrzeżu, mało kto mógł się spodziewać, jak daleko idące będą ich konsekwencje polityczne. Już we wrześniu 1980 r. powstał niezależny od władz komunistycznych związek zawodowy „Solidarność”. Jednym z jego ważniejszych żądań było opracowanie nowej ustawy o związkach zawodowych. Władze komunistyczne musiały podjąć dialog w tej sprawie. Uchwałą Rady Państwa PRL z 23 września 1980 r. powołano zespół do opracowania projektu nowych przepisów. Na jego czele stanął prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego Sylwester Zawadzki, a wśród członków znaleźli się członkowie kierownictwa „Solidarności” oraz wybitni specjaliści z zakresu prawa pracy. Wśród nich również Antoni Filcek.

Jaki był stosunek sędziego Filcka do „Solidarności”? – Nie należeliśmy do związku, choć patrzyliśmy na niego z ogromną nadzieją – mówi Gabriela Filcek. Antoni Filcek odpowiadał w zespole Zawadzkiego za prace merytoryczne, konsekwentnie stroniąc od zaangażowania politycznego. – Z całą pewnością mogę powiedzieć, że był państwowcem. Nigdy nie było mu blisko do PZPR ani do żadnej innej działalności politycznej – wspomina sędzia Antoni Górski. Zespół zbierał się kilkukrotnie w latach 1980-1981, jednak planowana ustawa – na skutek wprowadzenia stanu wojennego – nie została uchwalona.

Nie zważając na zły klimat, jaki zapanował po 13 grudnia 1981 r., Antoni Filcek koncentrował się na wykonywaniu obowiązków orzeczniczych. – Jeśli w SN była uchwała wydawana przez siedmioosobowy skład, to Filcek był przygotowany na równi z sędzią sprawozdawcą, a niekiedy nawet lepiej. Nic nigdy nie uszło jego uwagi, to było zadziwiające – wspomina sędzia Helena Ciepła. Skupieniu się na pracy merytorycznej sprzyjały ograniczona presja polityczna, jakiej w latach osiemdziesiątych doświadczali sędziowie orzekający w Sądzie Najwyższym w sprawach cywilnych czy prawa pracy. – Nie mieli oni tego dyskomfortu i ciśnienia politycznego, które było bardzo silne w Izbie Karnej i w Izbie Wojskowej – komentuje prof. Andrzej Zoll, który razem z Filckiem orzekał w pierwszym niekomunistycznym składzie Trybunału Konstytucyjnego.

W wolnej Polsce

Kolejny przełom polityczny w kraju przyniósł zmiany również samemu Antoniemu Filckowi. Podczas posiedzenia Sejmu kontraktowego 16–17 listopada 1989 r. został on wybrany członkiem Trybunału Konstytucyjnego. W skład TK nie wszedł wówczas żaden sędzia rekomendowany przez PZPR. Oprócz Filcka, popieranego przez Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, w gronie sędziów TK znaleźli się Janina Zakrzewska, Wojciech Łączkowski, Tomasz Dybowski i Andrzej Zoll (rekomendowani przez „Solidarność”) oraz Mirosław Tyczka (rekomendowany przez Stronnictwo Demokratyczne). Wszyscy nowowybrani sędziowie odmówili ślubowania na wierność socjalizmowi i Konstytucji PRL, wciąż jeszcze zakładającej przyjaźń z ZSRR i kierowniczą rolę partii komunistycznej. Pracę podjęli dopiero w styczniu 1990 r., gdy Polska Rzeczpospolita Ludowa przeszła do historii.

Antoni Filcek pozostał sędzią TK do roku 1992, gdy zdecydował się złożyć rezygnację ze względów zdrowotnych. Na krótko wrócił do orzekania w Sądzie Najwyższym. – Pan sędzia Filcek był bardzo przejęty atakami politycznymi na Trybunał. Bardzo żałowałem, że odchodzi – wspomina prof. Andrzej Zoll.

Antoni Filcek zmarł 28 czerwca 2010 r. Pochowano go na warszawskim Cmentarzu Czerniakowskim. W trzecią rocznicę śmierci uczczono jego pamięć, nadając jego imię sali konferencyjno-szkoleniowej Sądu Apelacyjnego w Białymstoku. Jak wspominają go współpracownicy? – To był znakomity prawnik. Imponował mi swoją wiedzą w zakresie prawa pracy, swoim rozsądkiem – mówi prof. Zoll. – Życzyłabym każdemu, żeby miał takiego szefa. To był prawnik wielkiego formatu. Wielka wiedza, wielka kultura wewnętrzna. Wyjątkowy człowiek – mówi Helena Ciepła.