Największa władza na ziemi

Tagi:

44. FKW_0051_optO istocie sędziowania, wyzwaniach procesu karnego oraz przygodzie z polityką – rozmowa z sędzią Barbarą Piwnik, od 29 lat orzekającą w sprawach karnych.

 – Pani Sędzio, czy wychodząc z sądu po całym dniu orzekania zostawia Pani za sobą uczucia i emocje?

– Nigdy. Sędzia w pracy wprawdzie nie poddaje się emocjom, zachowuje dystans, nie może mieć osobistego stosunku do sprawy, ale wychodząc z sądu nie zamyka w nim spraw. One towarzyszą mu nawet wiele lat po wydaniu wyroku. Orzekanie w sprawach karnych to ciężka praca, w nienajlepszych warunkach, często na gruncie słabo przygotowanego materiału dowodowego. No i z ciągłym ciężarem odpowiedzialności, gdyż nawet drobna w potocznym rozumieniu sprawa, jeśli kończy się uznaniem winy i wyrokiem skazującym choćby na niewielką grzywnę, jest w stanie przekreślić ludzkie marzenia i plany. Sędzia musi mieć świadomość wagi swych decyzji.

– Zdarzają się ponoć sędziowie, którzy boją się je podejmować…

– Nie powinni. W każdej sprawie przychodzi moment, że trzeba coś definitywnie postanowić. Już nie ma ucieczki, np. przez drugie czy trzecie uchylenie wyroku, analizowanie zdarzeń sprzed lat, poprzez ponowne przesłuchiwanie tych samych osób, myślenie: a może jeszcze coś. Albo się ma cechy pozwalające na wykonywanie tego zawodu, albo nie.

– Ma Pani opinię surowego sędziego…

– Co to w ogóle znaczy „surowy sędzia”? Sędzia stosuje prawo i uzasadnia swoje decyzje. Poza tym, w sprawach karnych orzeka się często w trzy albo pięć osób. Nawet jeśli Piwnik przewodniczy w sprawie o zabójstwo, to nie Piwnik wydaje wyrok. Piwnik uczestniczy w wydawaniu wyroku. Czy należy rozumieć, że jeśli nie ma zdania odrębnego, to cały skład jest surowy? Nonsens.

– Skąd zatem bierze się przekonanie, formułowane także w mediach, o surowości tego czy innego sędziego?

– Cóż, nieznajomość prawa szkodzi i obywatele – dziennikarze również – nie wiedzą, że sędzia orzeka w pewnych widełkach, uwzględniając wszelkie okoliczności. Z tej niewiedzy rodzą się legendy o rozstrzygnięciach, w których jeden sędzia rzekomo wykazuje łagodność, zaś inny jest surowy. Gdy przeciętny obywatel prawa nie zna, nie czuje go i nie rozumie, a jeszcze z sądu dostaje odpis orzeczenia z błędami, np. pomylonymi nazwiskami, z fragmentami innych, przypadkowo dobranych, mających się nijak do sprawy orzeczeń ściągniętych z internetu, co niestety dziś się zdarza, to co on może sobie pomyśleć o sądzie i jego obiektywizmie?

– Niezbyt dobrze pomyśli też o pracowitości takiego sędziego.

– Dlatego np. nigdy nie akceptowałam idei dni bez wokand, poprzez które środowisko walczyło o lepsze wynagrodzenia. Oczywiście nie jest tak, że sędziowie podczas takich dni niczym się nie zajmują. Do obywatela idzie jednak sygnał – tego dnia sędziowie nic nie robią. Obywatel nie wie, że sędziowie zwykle pracują w soboty, niedziele i święta, niejednokrotnie są obciążeni ponad ludzką wytrzymałość. On myśli: Nie chce im się pracować, a ja już rok czekam na swoją sprawę.

– Czasami dodaje jeszcze, że wszystko im wolno i z nikim się nie liczą. Czy niezależność trzeciej władzy nie urosła u nas do rangi fetyszu, nie stała się takim sędziowskim liberum veto?

– Moje rozumienie niezależności i niezawisłości sędziowskiej – choć jestem na tym punkcie wyczulona – czasem rozmija się z opiniami środowiska. Nie mam nikomu za złe, że kwestiami organizacyjnymi czy wyznaczaniem spraw i realizowaniem terminów zajmują się osoby uprawnione w strukturach sądu. Na co dzień nie absorbuje mnie analizowanie, co należy do prezesa sądu, co do dyrektora. Ja, sędzia, realizuję niezawisłość na sali rozpraw. Mam ją zagwarantowaną w ustawach i w orzekanie nikt w żaden sposób nie może mi się wtrącić. Dlatego uważam, że jeśli ktoś jest sędzią, to powinien skupić się na orzekaniu, a nie rozmyślaniach, kto i ile powinien mieć władzy. Bo największą władzę na ziemi ma właśnie sędzia orzekający w sprawie.

– Tyle, że sędziowie mają różne ambicje. Zostają przewodniczącymi wydziałów, dyrektorami w ministerstwie, wiceministrami, raz nawet zdarzyło się, że aktywny sędzia został ministrem i prokuratorem generalnym w jednej osobie.

– To nie była kwestia ambicji, nigdy nie zamierzałam robić kariery politycznej. Bycie sędzią jest dla mnie najwyższą wartością zawodową. Uznałam jednak, że moja nominacja to szansa zrobienia czegoś pożytecznego dla wymiaru sprawiedliwości, szansa na dyskusję o sprawach ważnych dla środowiska. Czekałam na otwartość w rozmowie, podnoszenie problemów. Z dyskusją wyszło różnie, środowiska sędziowskie i prokuratorskie nie były specjalnie zachwycone moją nominacją. Chciałam też odpocząć od warunków pracy w wydziale karnym, w którym wówczas orzekałam.

– Cóż się tam takiego działo?

– Byłam wtedy rzecznikiem prasowym sądu. Koleżankom i kolegom nie podobała się moja aktywność w mediach, byłam za to nieustannie rozliczana, łącznie z wzywaniem do prezesa i pytaniami, dlaczego jakaś gazeta o mnie napisała. Im więcej było Piwnik w mediach, tym bardziej krytycznie oceniano to, co robię w pracy, nie dostrzegając, że jak wcześniej pisałam uzasadnienia w siedem dni, tak dalej je pisałam i nie przeszkadzały mi w tym wywiady w telewizji czy rozmowy z dziennikarzami. To była moja sprawa, czy uzasadnienia piszę po nocach, czy w niedziele.

– Wybrała Pani ministerstwo, by odpocząć od dusznej atmosfery w sądzie?

– Akurat w takim, nieprzyjemnym dla mnie klimacie, przyszła ta propozycja.

– Prowadziła Pani wtedy proces oskarżonych w aferze Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Nie brak opinii, że premier Leszek Miller powołał Panią na stanowisko ministerialne, by proces musiał toczyć się od nowa, przedawnił się, i by dzięki temu nie doszło do ujawnienia szczegółów tej afery, niewygodnych dla ekipy SLD-owskiej.

– To są wyświechtane frazesy, które wykuto na potrzeby walki z premierem Millerem, a pośrednio, także ze mną. Niech mi ktoś powie, bo nigdy tego nie wytłumaczono, cóż w tej sprawie było niewygodnego dla SLD? Teoria, że wyprowadzone z funduszu pieniądze zasiliły biznes związany z lewicą, nie znalazła, jak to choćby czas pokazał, uzasadnienia w materiale dowodowym. Ja te akta przeczytałam, w przeciwieństwie do innych.

Zresztą, zamiast snuć teorie spiskowe, może warto przyjrzeć się temu, jakie warunki pracy miałam, gdy przydzielono mi tę sprawę, jak bardzo byłam obciążona innymi obowiązkami? Kiedy poszłam do przewodniczącego wydziału poprosić o dwa tygodnie bez wokand na przeczytanie tych kilkudziesięciu tomów akt sprawy FOZZ, to usłyszałam, że nie jestem lepsza od innych. Nie mogłam doczekać się właściwej obsługi protokolanckiej, był zresztą okres, gdy nie miałam nawet stałego protokolanta. Warto też porównać, jakie warunki pracy zostały stworzone panu sędziemu Andrzejowi Kryże, który po mnie orzekał w tej sprawie.

– Jaki był zatem powód Pani nominacji? Jaka korzyść polityczna dla premiera?

– Pewnie wizja pana premiera Millera gdzieś zgadzała się z moją niepokornością, moimi pomysłami, pewnie dostrzegł we mnie babę-tarana, która zna się na tym, czym się zajmuje. Jeśli wymiar sprawiedliwości, razem z prokuraturą, byłby postrzegany jako lepszy, skuteczniejszy, sprawniej działający, to nie byłaby to wystarczająca korzyść polityczna?

– Tyle, że ministrem i prokuratorem generalnym była Pani dziewięć miesięcy…

– Mogę tylko powiedzieć, że pan premier Miller przyznał niedawno, że jego błędem kadrowym było to, że zgodził się na moje odwołanie.

– Po owocach ją poznacie…

– A co można zrobić przez dziewięć miesięcy, oprócz – co częste u polityków – opowiadania w mediach, że zrobię to i tamto, i stwarzania wrażenia, że to jest już załatwione? Za mojej kadencji, gdyby spojrzeć w dane z tamtych lat dotyczące wpływu i załatwialności spraw, w sądach zaczęło dziać się lepiej. Dodatkowo, na spotkaniach z prokuratorami mówiłam, że ich praca nie może być wyłącznie narzędziem presji na obywatela, że ich też obowiązują zasady bezstronności, domniemania niewinności, obiektywizmu. Starałam się ich przekonać, by przed sądem nie grali roli kibiców, tylko byli aktywni w popieraniu swoich oskarżeń. A jeśli widzą, że ich teza upada dowodowo, żeby – jako rzecznicy interesu publicznego – mieli odwagę odstąpić od oskarżania i wnosić o uniewinnienie. Tyle, że zmiana nawyków wymagała czasu, którego nie miałam.

– Nie żałuje Pani tego ministra?

– To była jedna z lepszych decyzji, jaką podjęłam. Uważam, że całe życie zawodowe sędziego to jest nieustanna potrzeba kształcenia się, rozwijania, poznawania faktów, nie plotek. I jeśli jako minister mogłam być świadkiem mechanizmów władzy, zdobyć wiedzę, jakiej bym inaczej nie zdobyła, to bardzo wzbogaciło mnie to jako sędziego. Zawód sędziego wybrałam sobie raz na całe życie i jeszcze przed zaprzysiężeniem na ministra zapowiadałam, że wrócę do sądu pierwszej instancji. I wróciłam z tego ministra, do pierwszej instancji, na najniższy szczebel w hierarchii, nie załatwiając siobie po drodze awansu czy innych korzyści.

– Wiele osób z Pani środowiska pewnie już zawsze będzie Pani miało za złe polityczny epizod.

– Ale czy ja coś złego zrobiłam dla wymiaru sprawiedliwości? Nie byłam naiwna, żeby podejrzewać, że jako minister będę noszona na rękach, zdawałam sobie sprawę, że może to być walka z wiatrakami. Ale myślałam sobie, że jeśli ja, sędzia pierwszoinstancyjny, pokażę, że nie ma obszarów, w których sędzia jest postacią mniej ważną czy powinien czuć się gorszy, to podbuduję innych. Okazało się, że wprost przeciwnie, atakowano mnie z każdej strony. Z jednym wyjątkiem. Ludzie nawykli do ciężkiej pracy i surowych warunków, którym nigdy nic z nieba nie spadło, pretensji do mnie nie mają. Takich sygnałów z różnych środowisk odebrałam i nadal odbieram wiele.

– Jest Pani, co nieczęste wśród sędziów, osobą rozpoznawalną, wyrazistą, można rzec, medialną.

– Zawsze starałam się dokładnie tłumaczyć dziennikarzom, najczęściej nieznającym procedur, co dzieje się w sądzie. Chciałam, by informacja, jaka za pośrednictwem mediów dociera do obywateli, była dla nich zrozumiała. Uważam, że sędziowie powinni wyjaśniać rozmaite zagadnienia z prawnego punktu widzenia i uczestniczyć w dyskusjach prowadzonych w mediach. Może wtedy sąd nie jawiłby się obywatelom jako miejsce, gdzie rządzą jakieś niejasne układy. Rozumieliby, dlaczego sprawy są rozstrzygane tak, a nie inaczej, sędzia nie byłby dla nich kimś stojącym po drugiej stronie barykady. Trzeba jednak tego, by i media należycie pokazywały rolę sądownictwa. A tak się niestety nie dzieje.

W tym roku zmarł urzędujący I prezes Sądu Najwyższego. Nie zauważono tego, były co najwyżej lakoniczne wzmianki w mediach. U nas, w przeciwieństwie do wielu państw demokratycznych, sędziowie SN są nieobecni w przestrzeni publicznej. Wielka szkoda, bo to wybitni specjaliści i obywatele mogliby się wiele od nich dowiedzieć. W Polsce sądownictwo nie posiada jednak należytej rangi, choć jest trzecią władzą mającą tak istotny wpływ na ludzkie życie.

– Niektórzy sędziowie – pani Wesołowska, pan Lipiński – występują w telewizyjnych inscenizacjach procesów. Czy w ten sposób przyczyniają się do edukowania prawnego obywateli?

– Wręcz przeciwnie, te występy wniosły dużo złego w sądową codzienność. Ludzie, którzy przeważnie nie znają prawa, a oglądają lekkie i przyjemne programy telewizyjne, wyrobili sobie na ich podstawie obraz sali sądowej i uważają, że takie są procedury. Tymczasem, nie ma to nic wspólnego – albo ma bardzo mało – z obowiązującym prawem. Dochodzi do tego, że zachowują się na sali rozpraw tak jak w tych programach. Zabierają głos spośród publiczności, przerywają, pokrzykują. I to nie tylko publiczność.

Nie komentując – podam przykład. Przewodniczyłam w sprawie, gdzie prokurator spytał, czy może zadać pytanie takiemu panu, co siedzi wśród publiczności w trzeciej ławce. Nie wiedziałam, czy dobrze słyszę. Zapytałam więc, czy chce teraz zadać pytanie osobie z publiczności?! Tak, tak, jedno pytanie, dla wyjaśnienia – potwierdził. Poinformowałam, że nie jesteśmy w programie Anna Maria Wesołowska i że jeśli chce złożyć wniosek o przesłuchanie jakiejś osoby w charakterze świadka, to niech wskaże kogo i na jaką okoliczność, a sąd będzie ten wniosek rozważać. Nie przekonałam go. Tylko jedno pytanie, dla wyjaśnienia – powtarzał.

– Dziś Polacy mają – w różnych sytuacjach życiowych – częstszy niż kiedyś kontakt z prawem i prawnikami. Może więc poziom ich edukacji siłą rzeczy wzrośnie?

– To nie nastąpi, jeżeli prawnicy będą źle przygotowani do zawodu. Sama widzę to na sali. Przykładowo, zdarza się, że jako przewodniczący uchylam pytanie zadane przez obrońcę czy prokuratora. Przepisy mówią, że zadający pytanie może wtedy odwołać się od decyzji przewodniczącego do całego składu. Od lat nie miałam przypadku, żeby ktoś zechciał skorzystać z tej możliwości, choć widzę jednocześnie bezradność tego, którego pytanie zostało uchylone.

– Jakie jest Pani zdanie na temat obecnego modelu kariery sędziowskiej, w którym orzekać zaczynają osoby bez doświadczenia zawodowego?

– Często stawia się pytanie, czy niespełna trzydziestolatek – bo osoby w tym wieku zostają sędziami – posiada wiedzę i doświadczenie życiowe wystarczające do wykonywania tego zawodu. Mogłabym to pytanie odwrócić – czy istnieje granica, oprócz tej ustawowej, powyżej której ktoś już nie powinien orzekać? Niewątpliwie, praktyka jest bezcenna i ktoś z dużym doświadczeniem życiowym i zawodowym będzie sądził nieco inaczej niż osoba młoda.

– Lepiej?

– Powiedziałabym, że głębiej, a przez to pełniej, ktoś mógłby określić, że mądrzej. Doświadczenie przychodzące z wiekiem sprawia, że nie generalizując, jesteśmy mniej skłonni do pochopnych osądów i bardziej wyważeni w podejmowaniu decyzji – co dotyczy różnych obszarów życia. Nas, tzw. starych sędziów, trudniej wyprowadzić w pole. Myśmy już wszystko widzieli. I płacz na pokaz, i dramaty kreowane dla wywarcia odpowiedniego wrażenia, i śmiech, który nie jest śmiechem, lecz maską mającą przykryć lęk, niepewność, nieumiejętność. Coś, co może zwieść młodego sędziego i przełożyć się np. na ocenę wiarygodności czyichś zeznań, czy wręcz na wymiar kary, raczej nie zmyli sędziego doświadczonego.

– Dodatkowo, ci młodzi coraz rzadziej terminują u tych starych…

– Nigdy nie pogodziłam się z dokonaną kilka lat temu zmianą modelu dochodzenia do zawodów prawniczych. Teraz, na jednym roku, może być np. kilkuset aplikantów adwokackich i większość z nich nie ma patronów. Skutki już widać. Oni nie znają nawet podstawowych zasad zachowania się na sali rozpraw, czasem nawet nie wiedzą, że np. należy wstać, kiedy sąd wstaje. Rozszerzenie dostępu do aplikacji to, w moim przekonaniu, sprzedawanie złudzeń. Duża część młodych ludzi, którzy je kończą, nie zaistnieje na rynku usług prawniczych. Niestety, to samo dotyczy aplikacji przygotowującej do zawodów prokuratora i sędziego. Zawsze z sentymentem będę wspominać czasy mojej aplikacji.

– Na czym polegała jej przewaga?

– Aplikant przez cały czas był z patronem w pracy, z wyjątkiem jednego dnia szkolenia w tygodniu nie wychodziliśmy z sądu. Wymagano od nas takich zachowań jak od przyszłego sędziego. Musieliśmy znać akta sprawy, wypowiadać się w każdej kwestii podlegającej rozstrzygnięciu, uczestniczyć w naradach, gdy byliśmy protokolantami, pisać projekty uzasadnień. Wszystko na bieżąco omawiano i kontrolowano. Dzięki temu, że spędzaliśmy całe dnie z sędziami, wiedzieliśmy, jak postępować we wszelkich sytuacjach zdarzających się w sądzie. Dziś aplikant wpada do sądu jak po ogień, w przerwach między zajęciami w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. Nic dobrego z tego nie będzie. Po takiej aplikacji, jaka funkcjonuje od paru lat, wyjście na salę rozpraw po otrzymaniu nominacji sędziowskiej dla niejednego może być szokiem.

– Dlaczego?

– Bo dopiero wtedy zrozumie, że sędzia musi, patrząc ludziom w oczy, wydawać decyzje o ich losie, dodatkowo uzasadniać je tak, by wszyscy zrozumieli dlaczego zostały podjęte oraz jednocześnie zapewniać porządek i powagę na sali rozpraw. Tu trzeba dojrzałości i odwagi w podejmowaniu decyzji, czasem bardzo trudnych, idących pod prąd oczekiwań publiczności, mediów, większości społeczeństwa. To jest istota zawodu sędziego i tego nie da się nauczyć na zajęciach teoretycznych.

– Obecny model kształcenia przyszłych sędziów trzeba zmienić?

– Krajowa Rada Sądownictwa przyjęła stanowisko wskazujące na konieczność szybkiego przeprowadzenia szkoleń z metodyki pracy dla nowo mianowanych sędziów. Rozumiem więc, że także z perspektywy KRS dostrzegany jest problem z przygotowaniem sędziów dochodzących obecnie do zawodu, przy takim modelu aplikacji, a więc przez funkcje np. asystentów sędziów i referendarzy sądowych. Pomysły uruchomienia tej krakowsko–lubelskiej szkoły pojawiały się jeszcze w okresie, kiedy byłam ministrem. Od początku wywoływały mój zdecydowany sprzeciw.

– Jak w ogóle mierzyć jakość pracy sędziego? Ilością wyroków, które się nie utrzymały?

– Statystyką można udowodnić wszystko, także i to, że ktoś jest złym sędzią. Jeśli ktoś miał np. nieszczęście orzekać w wieloosobowej sprawie, a wyrok został uchylony, to znakomicie zepsuje mu to statystykę. Przepisy k.p.k. nie przewidują bowiem kontrolowania zasadności uchylania orzeczeń.

Sędziowie orzekający w pierwszej instancji są nieustannie kontrolowani przez kolegów z sądów odwoławczych, przy tym czasem wręcz odsądzani od czci i wiary. A kwalifikacje jednych i drugich są często takie same – tyle, że praca tych ostatnich oceniana jest sporadycznie, gdy dochodzi do kasacji. Szczerze mówiąc, moim zdaniem nie ma obecnie dobrego, obiektywnego sposobu oceny wyników pracy sędziego.

– Orzeka Pani w sprawach karnych. Podobno sędziego mocno irytuje, gdy na rozprawie siedzi prokurator dyżurny, który jest słabo zorientowany w sprawie i tylko powtarza, że nie zgłasza żadnych wniosków.

– Oczywiście, taki prokurator nie realizuje swojej, nakazanej prawem, roli. Niestety, w istniejących realiach nie ma możliwości, żeby skutecznie wyegzekwować od niego obowiązki, jakie powinien pełnić na sali. Niemal wszyscy już się do tego przyzwyczaili, a jeżeli jakiś sędzia, jak ja, konsekwentnie stara się wymóc na każdym to, do czego jest zobowiązany, musi się liczyć nie tylko z nieustanną krytyką, ale wręcz niechęcią środowiska zawodowego, w którym funkcjonuje.

– Jak Pani ocenia zmiany w procedurze karnej zakładające, że sędzia ma być tylko arbitrem w pojedynku prokuratora i obrońcy?

– Mam nadzieję że zmiany, jakie mają nastąpić w procedurze karnej – a czy rzeczywiście nastąpią, za to głowy nie dam – doprowadzą do właściwych proporcji, a więc sporu dwóch równouprawnionych podmiotów przed bezstronnym, niezawisłym sądem. Już współczuję jednak tym osobom, które koło historii czy ich własne uczynki wciągną w jakikolwiek proces karny. Przygotowani według nowego modelu kształcenia obrońcy, w tym radcowie prawni oraz prokuratorzy będą, delikatnie mówiąc, „zagubieni”. Przyjdą bardzo trudne czasy dla obywatela – podsądnego w procesie karnym.

– Aż tak źle? Dlaczego?

– Z roczną przerwą, od września 1985 r. cały czas orzekam w sądzie pierwszej instancji w wydziale karnym. Może ja już rzeczywiście powinnam pójść w stan spoczynku, bo za dużo pamiętam i niestety wiem, jak to powinno wyglądać w praktyce. Otóż za tej tzw. komuny, której oczywiście nigdy nie powinno być, proces karny był, w pewnym uproszczeniu, takim, jaki w zamyśle ustawodawcy ma być od połowy 2015 r. W tamtych latach prokurator nie śmiał powiedzieć na sali sądowej, że jest na zastępstwie, że nie zna akt sprawy. Albo, kierując akt oskarżenia do sądu, przynosić w aktach całą zawartość swojego biurka i wnioskować o przesłuchanie w toku rozprawy 100 świadków, kiedy jedynie np. dwudziestu z nich miało coś istotnego do powiedzenia. Nie zdarzało się też, by obrońca ustalał z oskarżonym linię obrony na sali rozpraw.

– Czasy się zmieniły i to właśnie model kontradyktoryjny ma wymusić na prokuraturach i ich przełożonych lepiej zorganizowaną, bardziej efektywną pracę.

– Tyle, że to nie tylko trzeba zmieniać procedurę karną, ale wreszcie wziąć się np. za fikcyjny, nadmiernie rozbudowany nadzór w prokuraturze, masowe delegacje do jednostek wyższego szczebla, a przede wszystkim wrócić do tego, że każdy prokurator swój każdy dzień powinien zaczynać i kończyć pracą prokuratorską, a nie urzędniczą czy jakąś inną.

Wiele miesięcy temu przeczytałam uzasadnienie do projektu zmian w k.p.k. i tam było napisane, że „furtka” mająca czynić odstępstwo od w pełni kontradyktoryjnego procesu jest potrzebna, bo ustawodawca przewidywał, iż prokurator w nowym modelu postępowania może sobie „intelektualnie” nie poradzić. To co, piszemy prawo pod tych, którzy sobie „intelektualnie” nie poradzą? Wiem, że dziś ową „furtkę” pozwalającą na aktywność sądu z urzędu ma się zamknąć. Ale ten przykład pokazuje, jak bardzo „chora” stała się otaczająca nas rzeczywistość. Zacznijmy wreszcie stawiać wymagania każdemu, podejmować decyzje. Szczególnie w sądach nie da się przed nimi bez końca uciekać.

– Proces karny w obecnym modelu chciałaby Pani ocalić?

– Skądże! Osobiście marzę o tym, żebym nie musiała pracować za prokuratora i obrońcę. Czekam na dzień, i mówię to bez ironii, gdy wyjdę na salę jako ten bezstronny arbiter i tylko będę patrzeć na zmagania strony oskarżającej i broniącej. Mam jednak uzasadnione wątpliwości, czy stanie się to za sprawą nowego procesu karnego. 

Barbara Piwnik jest sędzią pierwszej instancji w Wydziale Karnym Sądu Okręgowego Warszawa Praga. Od 19 października 2001 r. do 6 lipca 2002 r. była Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym, a wcześniej, w 2001 r., dyrektorem Departamentu Sądów i Notariatu w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Urodziła się w Kosowicach na Kielecczyźnie (jest bratanicą majora Jana Piwnika, „Ponurego”), liceum ogólnokształcące ukończyła w Nowym Dworze Mazowieckim. W 1980 r., po studiach prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim (praca magisterska na temat praw autorskich do dzieła filmowego) i odbyciu aplikacji sądowej w Ełku, została asesorem sądowym w Łukowie. Dwa lata później otrzymała powołanie na sędziego Sądu Rejonowego w tym mieście. Orzekała wtedy w sprawach cywilnych. Od 1983 r. była sędzią Sądu Rejonowego w Nowym Dworze Mazowieckim orzekającą w sprawach karnych.

W 1985 r. awansowała i przeszła do IV Wydziału Karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie (później Sądu Okręgowego w Warszawie). Była rzecznikiem prasowym tego sądu, miała również zajęcia ze studentami Wydziału Prawa UW. Prowadzenie trudnych, skomplikowanych spraw przyniosło jej uznanie i popularność – zdobyła nagrodę Złotego Paragrafu, Kryształowe Zwierciadło, zajęła II miejsce w plebiscycie Warszawiak Roku, a w 2001 r. została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W sądzie warszawskim orzekała m.in. w sprawach tzw. strzelaniny w hotelu George, „gangu Rympałka”, domniemanych zabójców studenta Wojciecha Króla, mordującego starsze kobiety „wampira z Ochoty”. Proces w sprawie FOZZ musiał być rozpoczęty ponownie, gdy odeszła ze składu sędziowskiego zostając Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym.

Po odwołaniu z ministerialnej funkcji wróciła do orzekania w sprawach karnych.