Pozytywnie o sędziach

Tagi: ,

39. ab63091

O podobieństwach między sędzią a profesorem prawa, jakości pracy polskiej Temidy oraz wyzwaniach stojących przed Sądem Najwyższym – wywiad z prof. Małgorzatą Gersdorf, Pierwszym Prezesem SN.

Artur Pawlak: – Jak mam się do Pani zawracać? Pani Prezes? Pani Profesor? Pani Sędzio?

Małgorzata Gersdorf: – Proszę mówić: pani Prezes… Bo to najdostojniejsze.

– A do której funkcji Pani najbliżej?

– (dłuższe milczenie) Profesorskiej. Prawdę powiedziawszy, bo powinnam powiedzieć, że do sędziowskiej. Ale powiem tak – w tej chwili najważniejsza jest dla mnie funkcja Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, zaszczytna i dostojna, bo ona wymusza myślenie tylko o niej, wszystko inne schodzi na plan dalszy. Pełnię jedno z najważniejszych stanowisk w państwie – dla kraju, dla wymiaru sprawiedliwości, dla sędziów. Oczywiście, 30 lat w nauce nie da się przekreślić i serce bije mi mocniej, gdy widzę mój Wydział, z którego wyrosłam i któremu wszystko zawdzięczam – od studiów po możliwość ubiegania się o objęcie stanowiska sędziego SN.

– Pani droga zawodowa jest szczególna – akademik, sędzia, była też Pani radcą prawnym.

– Tak się po prostu życie ułożyło. Byłam dość energetyczną osobą – dziś już tak bardzo nie jestem – chciałam dużo zmieniać, na różnych forach, nigdy nie bałam się odpowiedzialności za decyzje, podejmowania wyzwań. Zaczęło się od Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie jako prodziekan chciałam wybudować nową siedzibę Wydziału Prawa. To nie było łatwe, koledzy zaczęli krzyczeć, że zabieram im pieniądze, władze uczelni powątpiewały, że zdążę wybudować. Ale się udało. Potem było prorektorstwo UW i wyzwania związane z uruchamianiem studiów doktoranckich jako studiów III stopnia. Za mojej kadencji otwarto też, prężnie działający do dziś, Uniwersytet Otwarty UW.

– Środowiskiem akademickim trudno zarządzać. Podobnie jak sędziowskim.

– Myślę, że trudniejsze jest środowisko sędziowskie (śmiech). Naukowcy na uczelni to są jednak koledzy, z którymi się wyrasta. Jest swobodniejszy sposób bycia i można, mówiąc po ludzku, zmyć komuś głowę, postawić do pionu. Sędziowie z racji swojej zaszczytnej funkcji są bardzo niezależni, nie można im w żaden sposób nic kazać.

– Funkcje profesora prawa i sędziego są podobne?

– W pewnym sensie tak, łączenie tych dwóch doświadczeń niezwykle pomaga w pracy. Profesor, który przez lata mówi o prawie, ma w jednym palcu wszystkie konstrukcje i wówczas prawidłowe zastosowanie w praktyce jednej z nich nie jest dla niego problemem. Dodatkowo, jeśli może, to wykorzysta wyjście najbardziej twórcze, którego nikt dotychczas nie stosował. Do tego ma swadę w wygłaszaniu uzasadnień, bo przez lata bez przerwy mówił. Nie jest dla niego problemem stanięcie przed kamerą, bo bez przerwy staje przed audytorium, i to młodym, które jest krytyczne, żeby nie powiedzieć – krytykanckie.

W drugą stronę, praktyka sędziowska powoduje, że taki profesor zaczyna widzieć problemy tam, gdzie ich dotychczas nie dostrzegał. Życie jest tak bogate, że wnosi nową jakość, powoduje, że inaczej patrzymy na świat norm prawnych.

– Obie funkcje dają ogromną wolność.

– Obie są oparte na wolności. Sędziowie niższych instancji, jak zauważyłam, mają jeszcze estymę w stosunku do swoich przełożonych, prezes sądu to dla nich prezes przez duże „P”. Oczywiście, z biegiem sędziowskich funkcji ta estyma maleje. Natomiast, na uczelni, gdyby nawet dwóch dziekanów chciało coś naraz, to się nikt tym specjalnie nie przejmie, tam jest wolność kompletna. Liczy się tylko prestiż naukowy i moralny.

W przypadku profesora prawa i sędziego styk cech charakterystycznych jest idealny. Gorzej choćby w przypadku profesora i adwokata, bo adwokat musi zawsze brać stronę klienta, a jeśli jest do tego naukowcem, to widzi, że często w takiej postawie pełno jest niejednoznaczności. Wykonywałam zawód radcy prawnego i mogę coś o tym powiedzieć. Oczywiście, w prawie pracy nie są to sprawy o miliony czy o czyjąś głowę, niemniej w wielu przypadkach stawałam przed dylematem, czy w piśmie procesowym mam sądowi pisać, że możliwy jest inny punkt widzenia i dlaczego się z takim poglądem nie zgadzam. Oczywiście, nie byłoby to profesjonalne, bo zadaniem pełnomocnika nie jest rozważanie innego punktu widzenia, tylko forsowanie interpretacji najlepszej dla klienta, jednocześnie tej, z którą się identyfikuje.

– Została Pani sędzią Sądu Najwyższego, a dziś jest jego prezesem dzięki tzw. ścieżce profesorskiej, bez etapu orzekania w niższych instancjach. Czy ma Pani poczucie, że zna problemy sędziów, zwłaszcza rejonowych, którzy stanowią trzon wymiaru sprawiedliwości?

– Trafiłam tu jako profesor, ale miałam wszystkie potrzebne aplikacje, zresztą znałam ten sąd, wcześniej pracując w Biurze Studiów i Analiz SN. A jeśli chodzi o znajomość problematyki sędziów, to teraz, po pół roku od nominacji prezesowskiej, już takie poczucie mam. Staram się jeździć na zjazdy i spotykać się z sędziami, zresztą środowisko tego ode mnie oczekuje, chce widzieć we mnie lidera. I ja chcę realizować te oczekiwania, na ile oczywiście sama uważam postulaty środowiska za słuszne.

– Skoro zna Pani wymiar sprawiedliwości, to zapytam – mamy dobrych sędziów w Polsce?

– Mamy dobrych i złych, jak w każdym zawodzie. Różnie się dziś mówi o sędziach, uważam, że jest jakieś przyzwolenie na to, by mówić źle. Że przekupni, skorumpowani – szczególnie widać to w portalach internetowych, których wydawcy postawili sobie za zadanie oceniać jakość wyroków. Takie opinie są głęboko niesprawiedliwe dla ciężko pracujących sędziów, których jest zdecydowana większość. Przykładowo, jak się niedawno dowiedziałam, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu mają tysiąc spraw w obrocie na sędziego. I to w miesiącu! Przecież to jest nie do ogarnięcia, z tego wynikają ewentualne problemy, nie z wyimaginowanej korupcji. Sędziowie to są wspaniali ludzie i to, że jeden, dwóch czy trzech zrobiło coś źle, zachowało się niewłaściwie, nie znaczy, że całe środowisko jest skorumpowane, niedouczone, leniwe i że asystenci piszą za sędziów uzasadnienia. Nie rozumiem, dlaczego takie opinie są społecznie aprobowane.

– Bo sędziowie się nie bronią.

– Bo nie są nauczeni, żeby wypowiadać się we własnych sprawach. Wypowiadają się w uzasadnieniach orzeczeń i uważają, że zabieranie głosu w innej formie byłoby niewłaściwe.

– Taka postawa była być może uzasadniona w wieku XIX, kiedy rozwój komunikacji społecznej był na etapie gazet dla elit. Nie dziś, w epoce całodobowych bezpłatnych telewizji informacyjnych i internetu, w którym każdy może powiedzieć, co mu się nie podoba.

– Być może. Nie wyobrażam sobie, by ktoś pozwolił sobie na takie zaczepki sędziów w krajach starej demokracji. W Polsce sędziów nie broni nikt, nawet minister sprawiedliwości, mieliśmy zresztą ministrów, którzy sędziów atakowali. I sami sędziowie nie potrafią się obronić. Efekt jest taki, że mamy w Polsce głęboki kryzys autorytetu władzy ustawodawczej i wykonawczej, a od jakiegoś czasu trwa podkopywanie zaufania do władzy sądowniczej.

– Nie usłyszę z Pani ust krytyki wobec sędziów?

– Nie, nie dam złego słowa powiedzieć.

– A jakieś obszary do doskonalenia w środowisku sędziowskim są?

– Oczywiście że są.

– Jakie?

– Może kindersztuba, skoro tyle się mówi, że część sędziów zachowuje się niedobrze? Chociaż w postępowaniach dyscyplinarnych, w których uczestniczyłam, nie zostało potwierdzone to złe zachowanie. Zawsze było na granicy – nie było wzorcowe, nie było dobre, ale nie było też takie, by nakładać na sędziego karę dyscyplinarną. Niestety, jak się z domu nie wyniesie pewnej kindersztuby i dbałości o to, jak się człowiek odnosi do osoby słabszej, niżej postawionej od siebie, to tak to wygląda. Zawsze mnie ojciec uczył, że do profesora możesz pyszczyć, do woźnej – nigdy.

– Co oprócz kindersztuby byłoby do poprawy?

– Języki obce, bo z tym mamy w sądach problem powszechny. I stałe szkolenie się w prawie, warsztaty, które mogłyby doprowadzić do ujednolicenia wykładni nowych przepisów czy nowych konstrukcji, bo jest tutaj za dużo rozbieżności. Zresztą, sam Sąd Najwyższy nie jest bez winy, bo też wydaje różne orzeczenia na jeden temat. Taka praktyka jest fatalna. Daje zły sygnał do społeczeństwa, że wszystko da się w wyroku uzasadnić i że ten sąd to właściwie sam nie wie, co chce.

– A przygotowanie sędziów do zawodu po zakończeniu aplikacji?

– Z tym jest dziś różnie. Zawsze byłam zwolenniczką asesury.

– Ma wrócić. Ale jest pod nią konstytucyjna bomba.

– Jakiekolwiek rozwiązanie, które przywróci asesora, będzie skażone w jakimś stopniu niekonstytucyjnością, gdyż sprawowanie funkcji asesora z założenia jest czasowe i podlega ocenie, co jest nie do zaakceptowania w przypadku zadań z zakresu wymierzania sprawiedliwości, których młody sędzia ma się przecież uczyć jako asesor.

Możemy rozważyć różne drogi dojścia do zawodu sędziego i powiedzieć sobie, że teraz kandydaci powinni przychodzić z innych zawodów prawniczych. Ale to wcale nie zagwarantuje, że sędziowie z takim doświadczeniem będą lepiej orzekać. Przykładowo, jestem zdania, że proces cywilny najlepiej zna sędzia – niewielu pełnomocników jest tak wyszkolonych w procedurze, jak sędziowie. Byli adwokaci i radcowie przychodzący do zawodu sędziego będą być może bardziej wyważeni niż osoby świeżo po aplikacji sędziowskiej, lecz nie będą doskonali. Zresztą, nie przyjdą najlepsi. Najlepsi zapukają, i to przed emeryturą, do drzwi sądu apelacyjnego, a nie do rejonowego. Bo najlepsi adwokaci czy radcowie zarabiają dwa–trzy razy więcej niż sędziowie i żadne blaski zawodu sędziego tej różnicy im nie wynagrodzą.

– Z drugiej strony, zagwarantowanie lepszych płac armii sędziów, jaką mamy w Polsce, i mieć musimy przy tak rozbudowanej kognicji, to marzenie ściętej głowy.

– Rozbuchana kognicja wzięła się stąd, że Polacy mieli duże zaufanie do sądów i zaczęto do tych sądów wrzucać kolejne kategorie spraw uznając, że tak będzie najbardziej sprawiedliwie. Tyle, że pewne elementy rozbudowanego ponad miarę sądownictwa już zaczynają działać źle, z roku na rok przybywa spaw, w ostatnim roku było ich o milion więcej, mamy już korek, zaraz ten system się zatka. Uważam, że na fali odreagowania PRL-u bezrefleksyjnie zrezygnowaliśmy z pewnych instytucji – choćby, w sprawach z zakresu prawa pracy – z komisji pojednawczych. Teraz okazuje się, że to jedna z form alternatywnego rozwiązywania sporów, bo w Stanach Zjednoczonych czy Europie takie arbitraże są prowadzone właśnie przez zakłady pracy. Z pożytkiem dla pracownika i pracodawcy, gdyż aż tak nie antagonizują stron, w efekcie problem jest rozwiązywany i pracownik może dalej funkcjonować w tym samym miejscu pracy.

– Pani ocena jakości wyrokowania? Mówi się o zjawisku sądzenia pod apelację, czy Pani Prezes widzi ten problem?

– W skargach kasacyjnych nie, ponieważ w Sądzie Najwyższym mamy wgląd dopiero w akta po wydaniu orzeczenia przez sąd drugiej instancji. Tak się mówi na podstawie wiedzy ogólnej, nie weryfikowałam tego. Wiem jednak, że czasem prowadzi się spory pod ewentualną apelację, w postępowaniu drobiazgowo rozpatrując wszystkie wątki poboczne, które są tak naprawdę marginalne, gdyż na pierwszy rzut oka widać, że powód ewidentnie ma rację. Robi się tak po to, żeby apelacja nie zarzuciła sędziemu, że nie uwzględnił jakiegoś dowodu.

– Pytam o to również w kontekście pojawiających się opinii o zbyt małej odwadze sędziów, by stosować klauzulę generalną, odwołać się do Konstytucji, pójść pod prąd orzecznictwu utrwalonemu.

– Jak obserwuję w skargach kasacyjnych, sędziowie pierwszoinstancyjni to są z reguły bardzo młodzi ludzie, bardzo dobrze wykształceni, znający orzecznictwo unijne, i oni raczej idą pod prąd. Czasami nawet brawurują i sąd drugiej instancji zmienia im wyrok lub go uchyli, ale to dobrze. Spotykam się też z kapitalnymi orzeczeniami pierwszej instancji, które wadliwie są uchylane w apelacji. W każdym razie nie można powiedzieć, że sędziowie pierwszoinstancyjni są asekuranccy.

– A prymat wykładni językowej nad funkcjonalną czy celowościową? Choćby prof. Ewa Łętowska ma tu wiele za złe orzecznictwu sądów.

– Profesor, którą bardzo szanuję, patrzy z punktu widzenia sędziego sądu konstytucyjnego, który ma jedną sprawę na trzy miesiące, otoczony jest asystentami, biurem studiów i analiz, do tego dysponuje olbrzymią wiedzą, którą nabył przez lata pracy naukowej, poszerzając horyzonty za granicą, będąc profesorem niezmiernie oczytanym i na bardzo wysokim poziomie. Ale Profesor Łętowska jest w Polsce jedna i trudno od każdego z dziesięciu tysięcy sędziów wymagać, by prezentował jej poziom.

Pani Profesor ciągle też powtarza, że sędziowie są niedouczeni, że nie potrafią tego czy tamtego. No może nie potrafią, może w ogóle im to czy tamto nie przyjdzie do głów przy takiej orzeczniczej taśmie, przy której pracują. Powątpiewam, czy Panią Profesor, gdyby miała 1000 spraw w miesiącu do rozstrzygnięcia, byłoby stać na takie subtelności. Dlatego ja jestem zdania odmiennego, uważam, że sędziowie potrafią, że doskonale stają na wysokości zadania – w takich uwarunkowaniach, w jakich przyszło im orzekać.

– Porozmawiajmy o relacjach z władzą wykonawczą. Głośny był spór SN z Ministrem Sprawiedliwości przy okazji dyskusji o prawomocności podpisów jego zastępców pod decyzjami o przeniesieniu sędziów w inne miejsca służbowe, wydawanymi na okoliczność zniesienia najmniejszych sądów rejonowych. Takie spory również nie służą wizerunkowi wymiaru sprawiedliwości.

– Nie było to za mojej kadencji, ale mogę tylko pozytywnie oceniać rolę śp. prezesa Stanisława Dąbrowskiego w tym sporze. Po pierwsze, doprowadził do ujednolicenia wykładni SN, bo jak wiadomo, były dwa krańcowo odmienne stanowiska naszych dwóch izb w tej sprawie. Po drugie, nie uchylił się i nie zignorował tego problemu na użytek dobrego samopoczucia władzy wykonawczej. W konsekwencji Sąd Najwyższy w uchwale całego składu znalazł salomonowe rozwiązanie, powiedziałabym nawet, że z gruntu trybunalskie.

Te spory między MS a SN nie są może eksponowane na zewnątrz, choć toczą się stale przy okazji dyskusji nad permanentnymi zmianami w prawie o ustroju sądów powszechnych, próbami wyposażenia ministra w uprawnienia kasacyjne czy prawo wglądu w akta toczących się spraw. Naszym zdaniem tego rodzaju inicjatywy to jest jednak wkraczanie w nadzór judykacyjny, którego Minister Sprawiedliwości nie sprawuje.

– Czy aby nie dmuchacie na zimne?

– Nie. Przedstawiciele ministra bardzo starają się nam uzasadniać w nieoficjalnych rozmowach, że bywają nieprawidłowości, że są wyroki niesprawiedliwe, że minister dostaje takie sygnały i musi mieć możliwość ich weryfikacji, a w konsekwencji – interwencji kasacyjnej w Sądzie Najwyższym. Tyle, że takie argumenty są nie do przyjęcia w sytuacji, gdy jest trójpodział władz i nadzór judykacyjny nad sądami sprawuje Sąd Najwyższy, nie Minister Sprawiedliwości, zaś uprawnionymi do zwracania uwagi SN na ewentualne nieprawidłowości w orzecznictwie są podmioty profesjonalne – w imieniu oskarżyciela Prokurator Generalny, a w imieniu strony – Rzecznik Praw Obywatelskich, Rzecznik Praw Dziecka czy Rzecznik Ubezpieczonych. Takie ukształtowanie jest właściwe, pełne i podobne uprawnienia dla organu władzy wykonawczej nie są konieczne. Jeśli zaś chodzi o zabieranie akt sędziemu w trakcie prowadzenia procesu, to tu też będziemy mieli nieuprawnioną ingerencję. Bo jak w takiej sytuacji będzie można mówić o niezawisłości, o niewywieraniu presji na sędziego? Skoro minister zabiera mu akta, to znaczy, że wie lepiej i że sędzia robi coś źle.

Dlatego my się w tej kwestii z ministrem nie pogodzimy. Oczywiście, każdy Minister Sprawiedliwości w sporze z Sądem Najwyższym postawi na swoim, bo ma większość w parlamencie, a na komisjach sejmowych brak jest głosowań merytorycznych. Dlatego trzeba będzie te nowe uprawnienia remonstrować przed Trybunałem Konstytucyjnym. I pokornie czekać, bo – jak mówią rasowi adwokaci – wyroków sądowych i boskich nie da się przewidzieć.

– A propos kasacji i skarg kasacyjnych, jaka jest ich jakość?

– Sąd Najwyższy pisał w sprawozdaniu z działalności, że różna. Bywają piękne kasacje…

– Ile nie jest przyjmowanych do rozpoznania? 80 proc.?

– 80 proc. Nie spełniają przesłanek, dla których instytucja kasacji została stworzona. Czasami pełnomocnicy tworzą frapujące problemy prawne, które wprawdzie są, ale nie występują w danej sprawie.

Jako były radca prawny, powinna Pani rozumieć takie postawy…

– Ależ rozumiem. Uważam jednak, że trzeba wykazać się inteligencją, żeby stworzyć problem, który naprawdę jest w konkretnej sprawie, i od rozstrzygnięcia tego problemu rzeczywiście zależy rozstrzygnięcie sprawy, a jednocześnie ma on charakter ogólny. Tymczasem większość kasacji pisana jest w ten sposób: sąd pomylił się, źle zrobił, źle ocenił dowody, proszę jeszcze raz rozstrzygnąć. I w gruncie rzeczy oczekuje się, że Sąd Najwyższy jeszcze raz spojrzy na materiał dowodowy. Jednak SN może rozpatrywać wyłącznie sprawy, w których doszło do błędnej wykładni prawa materialnego albo naruszenia prawa procesowego. Mamy weryfikować orzecznictwo z punktu widzenia interesu publicznego, nie prywatnego.

– A może nietrafione kasacje to też kwestia niezrozumienia roli Sądu Najwyższego? Wynik oczekiwania obywateli, żeby SN był tą trzecią instancją?

– To jest bardziej skomplikowane. Po pierwsze, klient żąda i rasowy pełnomocnik musi, bo przecież nie powie, że sprawa jest przegrana. Po drugie, pełnomocnik, który odmówi klientowi wniesienia kasacji, musi uzasadnić taką decyzję przed swoją korporacją, żeby ustrzec się przed postępowaniem dyscyplinarnym. Czasem jest też chęć rozstrzygnięcia jakiegoś problemu przez pełnomocnika, który coś tam chce sprawdzić dla siebie, co jest niekoniecznie związane z daną sprawą. Tego typu skargi akurat należą do kategorii inteligentnych, ale też błędem byłoby zakładać, że w Sądzie Najwyższym pracują ludzie nieznający prawa.

Większość kasacji jest nieprzyjmowana do rozpoznania, gdyż albo nie ma przesłanek, albo może by były, ale z innej podstawy prawnej, która nie została powołana. To nie jest tak, że sędziowie SN nie chcą rozstrzygać kasacji. Chodzi o to, że tych skarg jest dużo. Ponieważ są one coraz bardziej trudne merytorycznie, obejmujące w coraz większym stopniu również elementy prawa międzynarodowego, to instytucja przedsądu staje się dla SN błogosławieństwem. Bo gdyby wszystkie kasacje zacząć rozpatrywać w składach trójkowych, to SN nigdy nie wyszedłby z zaległości.

– A pytania prawne do Sądu Najwyższego?

– W zeszłym roku było ich o ok. 100 więcej niż rok wcześniej. To dużo, gdyż pytanie prawne niesie ze sobą konieczność szerokiego intelektualnego zbadania sprawy. Jest też sporo pytań zadawanych przez Rzecznika Praw Obywatelskich, także Pierwszego Prezesa SN. Z moim Biurem Studiów i Analiz doszłam do wniosku, ze muszę bardziej wykorzystać ten instrument i stawiać więcej pytań niż moi poprzednicy, żeby wyeliminować rozbieżności w interpretacji prawa, które istnieją w Sądzie Najwyższym.

Generalnie nie jest dobrze, gdy jeden skład SN orzeka tak, drugi inaczej, potem stawiane jest pytanie prawne powiększonemu składowi. Powstają sprzeczności, na każdą z tych decyzji SN trzeba czekać, organ stosujący prawo nie wie, co ma robić, sprawy stoją w miejscu. Dlatego będę też uczulać sędziów, że jak mają zamiar orzec inaczej, wbrew dotychczasowej linii, to powinni najpierw przedstawić zagadnienie prawne do rozstrzygnięcia przez poszerzony skład SN. Chciałabym też bardziej zmotywować prezesów sądów apelacyjnych, by informowali, jakie są u nich zagadnienia, które wymagają ujednolicenia wykładni. Bo zanim jakiś problem prawny, który istnieje w sądach powszechnych, dotrze na salę Sądu Najwyższego, to mijają przynajmniej dwa lata.

– Sędziowie SN nie będą szczęśliwi, że im Pani szykuje dodatkową pracę.

– Nie wiedzieli, kogo wybierają na prezesa (śmiech).

– Zaczęliśmy tę rozmowę od uniwersytetu i tak ją zakończmy. Pani ocena jakości studiów prawniczych? Wszyscy mówią od lat – i studenci, i pracodawcy – że jest kiepsko, ale ponieważ beneficjentem tej sytuacji jest profesura, z której de facto zdjęto odpowiedzialność za efekty nauczania, zasadniczych ruchów naprawczych nie widać.

– Dlaczego jest kiepsko?

– Jeśli uczy się zapamiętywania przepisów, a nie ich stosowania, jeśli daje się przedmiot wykładowcy po to, by ten miał zajęcie, a nie patrzy się na to, czy prawnik i jego pracodawca będą mieli z tego realny pożytek, to chyba dobrze nie jest.

– Ale gdzie tak jest?

– Pani Prezes! Sama profesura to coraz głośniej przyznaje.

– W ogóle się z tym nie zgadzam. Na Uniwersytecie Warszawskim, z którym jestem związana, naprawdę tak nie jest. Najlepszy dowód, że nasi absolwenci nie osiągają fantastycznych rezultatów na egzaminach na aplikacje prawnicze. Na Uniwersytecie Jagiellońskim kują i dlatego zdają na aplikacje najlepiej, my jesteśmy dopiero na szóstym miejscu w kraju pod względem ocen z tych egzaminów. A jakie są te egzaminy? Odpytywanie z drobiazgów, kar porządkowych, kto by to zapamiętał. Czy zdanie takiego egzaminu świadczy o umysłowości kandydata na prawnika? Nie. Studentki-kujonki świetnie takie testy zdają. I studenci-luzacy, którzy liczą, że im wyjdzie. Dlatego my nie każemy wkuwać przepisów. Ale wcale nie dlatego, że byśmy nie chcieli – bo wyniki tych egzaminów jednak trochę nas bolą – tylko historycy prawa nam na to nie pozwalają. Mówią, że to jest uniwersytet i mamy uczyć myślenia. I w programie studiów mamy bardzo dużo przedmiotów ogólnorozwojowych, których zaletą jest to, że absolwentom prawa dają szerszy punkt widzenia.

Nie zgadzam się też, że wszędzie w Polsce daje się zajęcia profesorom, którzy mają niewiele do powiedzenia. Proszę sprawdzić, na Uniwersytecie Warszawskim mamy 200 przedmiotów specjalizacyjnych i student już sam nie wie, co wybrać. Teraz stoimy przed koniecznością ich ograniczenia, bo jest niż demograficzny i nie stać nas już, by na przedmiot chodziło po pięciu studentów. Dodatkowo, większość naszych wykładowców ma aplikacje, zawód prawniczy w ręku i siłą rzeczy uczy kwestii praktycznych. Tyle, że studenci nie zawsze czerpią z tego wszystkiego, bo nie mają czasu. Dziś studenci muszą pracować, moi seminarzyści nie biorą nawet urlopów wypoczynkowych. Umyka im tzw. życie studenckie, a to też źle.

– Pani rady dla absolwentów odnośnie kształtowania przyszłej kariery?

– Żeby mieli drugi zawód. Dobry jest szklarz i każdy fach budowlany…

– Pani Prezes…

– To oczywiście żart, ale co ja mogę dziś poradzić swoim studentom? Dotychczas zawsze radziłam – idźcie na aplikacje, trochę się tam przemęczycie, ale później będziecie bardziej lub mniej znanymi mecenasami i dobrze będziecie żyć. W tej chwili jest taka konkurencja, że trzeba być naprawdę dobrym, żeby utrzymać się na rynku. Poważnie mówiąc, jeśli dziś ktoś studiuje prawo i chce zostać w tym prawie, radzę, by studiował też inny przedmiot – ekonomię, podatki, zagadnienia związane z energetyką, sportem. Coś, na co zawsze będzie duże zapotrzebowanie, albo w czym jeszcze nie ma wielu specjalistów–prawników na rynku.

Pierwszy sędzia RP

39. ab6309Profesor Małgorzata Gersdorf specjalizuje się w prawie pracy. Urodziła się 22 listopada 1952 r. w Warszawie w rodzinie prawniczej – jej mama była sędzią, ojciec profesorem prawa. Studia prawnicze ukończyła w 1975 r. na Wydziale Prawa i Administracji UW (praca magisterska pod kierunkiem prof. Witolda Czachórskiego). Następnie odbyła aplikację sądową, którą ukończyła w 1979 r. W 1986 r. zdała egzamin radcowski.

Od chwili ukończenia studiów zatrudniona jest na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, aktualnie na stanowisku profesora UW. Pracę doktorską obroniła w grudniu 1981 r., tytuł doktora habilitowanego otrzymała w czerwcu 2003 r., w toku jest postępowanie o nadanie jej tytułu profesorskiego. Na UW pełniła liczne funkcje, m.in. prodziekana Wydziału Prawa i Administracji (przez dwie kadencje) oraz prorektora UW (w latach 2005–2008). Jest autorką 215 publikacji naukowych.

W latach 1991–2004 była członkiem Biura Studiów i Analiz SN (poprzednio Biuro Orzecznictwa), a następnie, do 2005 r., radcą prawnym w SN. Od 18 lipca 2008 r. jest sędzią Sądu Najwyższego orzekającym w Izbie Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych. 30 kwietnia br. prezydent powołał prof. Gersdorf na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego.

źródło: www.sn.pl