Mentor wrocławskich prawników

1 2b 3

Przez kilka dziesięcioleci był jednym z największych prawniczych autorytetów Wrocławia. Mirosław Filipowicz, wieloletni sędzia tamtejszego Sądu Wojewódzkiego, nie tylko wyznawał najlepsze ideały sędziowskie. Dla swoich współpracowników był godnym naśladowania przykładem konsekwencji i wierności własnym przekonaniom.

Mirosława Filipowicza uważano za znakomitego prawnika, ceniono jego uczciwość i niechęć do konformistycznych postaw. Zapamiętano go również jako opozycjonistę, zagorzałego przeciwnika komunizmu. We wrześniu 1980 r. w Sądzie Wojewódzkim we Wrocławiu organizował sędziowską „Solidarność”. W grudniu 1981 r., po wprowadzeniu stanu wojennego, nie chciał kontynuować służby w wymiarze sprawiedliwości i przeszedł na wcześniejszą emeryturę. – Myślę, że zrobił to nie tylko dla siebie, ale i dla nas, żebyśmy wiedzieli, jak się w tamtych czasach właściwie zachować – wspomina decyzję Filipowicza Emilia Cegłowska, wówczas sędzia Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu, dziś w stanie spoczynku.

„Prawdziwie wielki człowiek zostanie doceniony nawet w złych czasach” – napisał w liście pożegnalnym do Filipowicza ówczesny minister sprawiedliwości Sylwester Zawadzki. Jednak w latach osiemdziesiątych XX w. Filipowicz nie doczekał się uznania ze strony władz. Mało tego, uznano go za persona non grata w gmachu wrocławskiego sądu i odebrano prowadzenie zajęć z aplikantami. Pomimo tego, do śmierci w maju 1986 r., Filipowicz chyłkiem pojawiał się w sądzie, aby – tak jak wcześniej – radą wspierać kolegów oraz wychowanków. Dopiero w marcu 1991 r., już w niepodległej III RP, uhonorowano jego pamięć. Doszło do tego podczas uroczystego posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu.

Od śmierci sędziego Filipowicza minęło już ćwierćwiecze. Dziś warto przypomnieć tę postać, jako wzór do naśladowania dla kolejnych pokoleń prawników.

Dar nauczania

Urodzony 1 marca 1918 r. Filipowicz był absolwentem eksperymentalnego Gimnazjum w Rydzynie (Wielkopolska), założonego i prowadzonego przez fundację książąt Sułkowskich. Twórcy tej elitarnej szkoły z internatem stawiali sobie za cel wykształcenie młodej polskiej inteligencji, charakteryzującej się silną wolą, uczciwej i solidarnej. Odzwierciedleniem tych zasad była reguła, w myśl której za naukę w szkole płacili tylko lepiej sytuowani uczniowie, pokrywając w ten sposób koszty wykształcenia swoich niezamożnych kolegów. Ulubionym pisarzem dyrektora rydzyńskiego gimnazjum był Stefan Żeromski – tego autora Mirosław Filipowicz do końca życia szczególnie cenił. Z jego dzieł czerpał też zasady, którymi kierował się w życiu: mrówcza pracowitość, wierność własnym poglądom, gotowość do działania na rzecz zbiorowości. To ukształtowało jego podejście do obowiązków sędziowskich.

Z rydzyńskiego gimnazjum Filipowicz trafił na Wydział Prawa Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego w Warszawie, który ukończył w czerwcu 1939 r. Podjęcie aplikacji sędziowskiej uniemożliwiła mu wojna. Aplikantem sędziowskim został dopiero w marcu 1948 r., już w zupełnie innej rzeczywistości politycznej. W kraju pozbawionym wykształconych prawników mógł wykazać się swoimi prawniczymi predyspozycjami i wkrótce po ukończeniu aplikacji dołączył do grona sędziów Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu.

Swoją prawniczą pasją potrafił zarazić innych – był jednym z tych sędziów., którzy przepadali za zajęciami z aplikantami. Nie miał przy tym formalnego przygotowania dydaktycznego. – Był samorodnym talentem, uczyć umiał i lubił. To on ukształtował moją karierę – wspomina Halina Filipowicz-Kremis, jego córka, dziś sędzia NSA. – Bywało, że na aplikacji opuszczaliśmy różne zajęcia, ale nigdy u niego – dodaje Helena Ciepła, sędzia SN w stanie spoczynku, wychowanka Filipowicza.

Wychowankom chętnie poświęcał czas wolny. Anegdotami obrosły jego wspólne z aplikantami krajoznawcze wyprawy, podczas których tłumaczył zawiłości instytucji prawa cywilnego. Kiedy któregoś razu pojawiło się pytanie o to, jak dana instytucja wygląda w prawie radzieckim, Filipowicz miał odpowiedzieć z przekąsem: „Przyznam, że nie wiem, ale na pewno najlepiej na świecie”.

Uczniom i współpracownikom jawił się jako profesjonalista. – Otwierał nam głowy, ale nigdy nas nie pouczał – mówi Emilia Cegłowska. Jednym ze znaków rozpoznawczych sędziego Filipowicza była wyjątkowa umiejętność zwięzłego pisania. Pilnował tego, by uzasadnienia wyroków mieściły się na kartce w kratkę o formacie zeszytowym. Wychodził z założenia, że jeżeli tekstu jest więcej, to uzasadnienie jest źle napisane.

Profesjonalizm i życzliwość Filipowicza wobec innych powodowały, że przed jego gabinetem w Sądzie Wojewódzkim ustawiały się kolejki prawników liczących na poradę w rozmaitych problemach zawodowych. – Kierowniczka jego sekretariatu musiała wręcz odganiać wszystkich, którzy przychodzili po porady, ale było to mało skuteczne – uśmiecha się Halina Filipowicz-Kremis. Kto zgłaszał się z prośbą o pomoc? – Przeważnie młodzi sędziowie. Gdy sama sądziłam w Sądzie Rejonowym w Wałbrzychu, to nieraz byłam u niego na takich konsultacjach – mówi Helena Ciepła.

Z prośbą o pomoc zgłaszali się też choćby prokuratorzy czy adwokaci. – Filipowicz był ogromnym autorytetem w całym środowisku. Kochał swój zawód i, co nieczęste wśród prawników, lubił innych prawników. Był prawdziwie mądrym człowiekiem – dodaje mecenas Henryk Rossa, ceniony wrocławski adwokat.

Niepełna kariera

Wiedza i profesjonalizm sędziego Filipowicza cieszyły się we Wrocławiu uznaniem. Pomimo to jego kariera zawodowa nie znalazła odpowiedniego ukoronowania, na które w opinii wielu zasługiwała. Filipowicza nigdy nie powołano w poczet sędziów Sądu Najwyższego. Zdecydowały o tym nie względy polityczne. A przede wszystkim zasady, których Filipowicz nie zamierzał łamać.

Już w opinii z czerwca 1955 r. prezes Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu stwierdzał, że Filipowicz to prawnik obdarzony nieprzeciętnymi zdolnościami i posiadający kwalifikacje na sędziego Sądu Najwyższego. Na przeszkodzie stały jednak dwa fakty z jego życiorysu. Po pierwsze, po klęsce wrześniowej w 1939 r. Filipowicz przedostał się do Francji, gdzie walczył w armii polskiej na Zachodzie. Po drugie, po powrocie do kraju w lecie 1947 r. wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, z którą był zresztą związany jeszcze w okresie przedwojennym. Przed wchłonięciem PPS przez polskich komunistów, doszło do weryfikacji członków tej partii, zaś Filipowicza uznano za „element niepewny”. Został osobą bezpartyjną, co zamknęło mu drogę do najwyższych stanowisk w sądownictwie. „Gdyby nie te okoliczności (…), mógłby zająć każde stanowisko, gdyż posiada wyjątkowe zdolności i walory zawodowe” – napisano we wspomnianej opinii prezesa Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu.

W 1956 r., na fali politycznej odwilży w Polsce, Filipowicz został mianowany wiceprezesem Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu. W początku lat 60. na poważnie rozważano również powołanie go do Sądu Najwyższego. Niezbędnym wymogiem stawianym w poufnych rozmowach było jednak wstąpienie przez niego do PZPR. Przez pewien czas natarczywie zachęcano go do tego kroku, ale on konsekwentnie odrzucał takie sugestie. Dla Filipowicza komunizm był nie do pogodzenia z wartościami, które zaszczepiono mu jeszcze w Rydzynie. – Dla niego droga do kariery nie biegła przez zapisanie się do organizacji, którą się brzydził. Taka postawa budziła szacunek – mówi Emilia Cegłowska.

Został za nią ukarany. Utracił szansę na awans do Sądu Najwyższego, jak również funkcję wiceprezesa sądu. Jako swego rodzaju pocieszenie pozostawiono mu stanowisko Przewodniczącego Wydziału Cywilnego Rewizyjnego, które piastował aż do odejścia na emeryturę.

Sędzia Filipowicz, poza wyrazistymi poglądami, których nie bał się artykułować, stronił od jakichkolwiek manifestacji politycznych. Nigdy nie pozostawiał wątpliwości, że ponad wszystko interesuje go wysoki poziom orzecznictwa. A to było niezwykle cenione. Gdy podczas jednej z wizytacji Sąd Wojewódzki we Wrocławiu odwiedził sędzia SN Gerard Bieniek, miał pretensje o to, że, jego zdaniem, sędziowie wydziału cywilnego zadają zbyt mało pytań prawnych. – Odpowiedzieliśmy, że nie potrzebujemy zadawać takich pytań, bo mamy sędziego Filipowicza, który wiedzę ma taką samą, a jest na miejscu – uśmiecha się Emilia Cegłowska.

Sędzia niepokorny

Gdy przy okazji urodzin Mirosławowi Filipowiczowi składano życzenia długiego życia, on uśmiechał się kwaśno i odpowiadał: „Nie musi być długie, ważne, żeby było o jeden dzień dłuższe od żywota Związku Radzieckiego”. Kiedy w konsekwencji strajków w sierpniu 1980 r. powołano do życia „Solidarność”, on aktywnie włączył się w budowanie jej struktur w sądownictwie.

Wśród sędziów działalność w „Solidarności” nie była powszechna. Jedni uważali, że angażowanie się po stronie związku może przynieść ryzyko dla ich karier, inni obawiali się, że może to negatywnie wpłynąć na sędziowską bezstronność. Filipowicz miał na pewno znacznie mniej do stracenia niż inni. Zdawał sobie sprawę, że w PRL nie czekają go już większe zaszczyty. Z drugiej strony, znaczenie miała też niepodległościowa tradycja wyniesiona z domu i ulubiony Żeromski. Filipowicz zdecydował się włączyć w ruch walczący o zmiany, które uważał za niezbędne. Zapewne liczył, że sądownictwo da się zreformować, by pracowało bardziej w służbie sprawiedliwości, a nie doraźnych celów politycznych.

Wprowadzenie stanu wojennego położyło jednak kres tym marzeniom. Filipowicz zdecydował się zrzucić togę, nie widząc szans na rzetelne wypełnianie swoich obowiązków. Składając podanie o przeniesienie na wcześniejszą emeryturę zapewne tylko o kilka dni wyprzedził decyzję komisji weryfikacyjnych, które w początkach 1982 r. usuwały niepokornych sędziów z wymiaru sprawiedliwości. Odchodząc liczył wszak, że będzie mógł dalej uczestniczyć w życiu sądownictwa, przede wszystkim prowadząc ulubione zajęcia z aplikantami. Tak się nie stało, gdyż władze komunistyczne zamierzały izolować go od sądu, dlatego Filipowiczowi udawało się pojawiać w jego gmachu wyłącznie po kryjomu. – Samo odejście od orzekania nie bolało go chyba tak bardzo jak uniemożliwienie jakiegokolwiek kontaktu z sądem. Sąd był dla niego całym życiem – wspomina Halina Filipowicz–Kremis.

W tym okresie Filipowicza wielokrotnie namawiano, by podjął pracę jako adwokat. Byłaby to dla niego nie tylko szansa, by przyzwoicie zarabiać, ale również na to, by kontynuować karierę prawniczą. Na taką decyzję nigdy się jednak nie zdecydował. W ostatnich latach życia współpracował jednak z wrocławską palestrą. Był doradcą obrońców w procesach politycznych, prowadził także wykłady dla aplikantów adwokackich.

Pomimo klęski „Solidarności”, Filipowicz nie porzucił aktywności opozycyjnej. W 1982 r. został współzałożycielem Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego we Wrocławiu. Komitet, powołany przy sprzyjającym „Solidarności” abp. Henryku Gulbinowiczu, zajmował się m.in. szeroko zakrojoną pomocą dla osób szykanowanych za poglądy polityczne. Filipowicz szefował w nim Sekcji Pomocy Prawnej, udzielającej porad z zakresu prawa pracy, karnego i cywilnego. Oprócz tego, z upoważnienia Komitetu był niezależnym obserwatorem procesów politycznych na Dolnym Śląsku, dokumentującym przypadki naruszeń prawa przez sądy powszechne i wojskowe.

Gdy po ciężkiej chorobie zmarł 15 maja 1986 r., w jego pogrzebie uczestniczyło kilka tysięcy osób – kolegów prawników i zwykłych wrocławian. Poczucie utraty osoby będącej wzorem sędziowskiego profesjonalizmu i życiowej prawości było powszechne.