Pęknięcie w prokuraturze

46. IB2A4400Bez wzmocnienia etatami zamrożonymi w nieefektywnym nadzorze, prokuratorom nie uda się skutecznie połączyć funkcji superpolicjantów oraz oskarżycieli uczestniczących w „kontradyktoryjnej grze” – pisze prokurator.

Od dłuższego już czasu uważnie śledzę dyskusję o kształcie „nowego” procesu karnego i związanej z nim konieczności przeprowadzenia reformy prokuratury. W „Na wokandzie” ukazał się cykl felietonów i polemik przedstawicieli mojej profesji. Interesujące jest to, że ścierają się w nich właściwie dwa poglądy, fundamentalnie różne. I sprzeczność ta wydaje się nieusuwalna.

Trudno bowiem nie dostrzec dysonansu pomiędzy stanowiskiem przedstawicieli Prokuratury Generalnej, a głosem prokuratorów „liniowych”, którzy na co dzień prowadzą postępowania przygotowawcze i oskarżają przed sądami. Tyle, że nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Z okien Prokuratury Generalnej widać inną prokuraturę niż z okien gabinetów prokuratorów liniowych.

Dobitnie ujął to dyrektor Ryszard Tłuczkiewicz z Prokuratury Generalnej, kiedy w jednym ze swych wystąpień o liniowych prokuratorach napisał per mrówki, natomiast Prokuraturę Generalną wraz z apelacjami określił mianem słonia. Metafora mało wyszukana, ale przyznaję, dość trafna. Nie wiem jednak, czy Pan dyrektor wiedział o tym, że słonie mają słaby wzrok. Gdyby wiedział, nie użyłby pewnie tak „trafnego” porównania.

Pracujący vs. dyrektorujący

Nie myli się absolutnie w swojej diagnozie prokurator Dariusz Michalak, który w artykule w „Na wokandzie” („Diabeł tkwi w strukturach”, NW nr 2(20)/2014, str. 46) wskazuje, że głównym problemem polskiej prokuratury jest jej anachroniczna struktura, której – jak chyba żadnej instytucji w tym kraju po 1989 r. – pozwolono trwać nadal w jej z gruntu sowieckim przekonaniu, że „najwyższą formą zaufania jest kontrola”.

Obawiam się, niestety, że polemizowanie z dyrektorem Ryszardem Tłuczkiewiczem, który na artykuł prokuratora Michalaka zareagował krytycznie („Ludzie, nie struktury”, NW nr 4(22)/2014, str. 51) zwyczajnie nie ma sensu, bowiem interesy pracownicze nie pozwalają mu na przyznanie racji prokuratorom najniższego szczebla, takim jak Dariusz Michalak.

Prokuratura, jako struktura organizacyjna, od lat jest głęboko pęknięta i dzieli się w dużym uproszczeniu na dwie grupy prokuratorów. Pierwsza składa się z prokuratorów tzw. „liniowych”, na co dzień wykonujących podstawowe (elementarne) zadania prokuratorskie – nadzorujących i prowadzących postępowania przygotowawcze, występujących w charakterze oskarżycieli publicznych na sali sądowej, uczestniczących w dyżurach zdarzeniowych, w sekcjach zwłok. Słowem – na prokuratorów pracujących.

Druga grupa złożona jest z prokuratorów „beneficjentów”, którzy nie prowadzą postępowań przygotowawczych, w większości nie widzą nawet sali sądowej, natomiast zajmują się szeroko pojętą sprawozdawczością (czytaj: statystyką) i nadzorem (czytaj: cenzurowaniem czyjejś pracy), tkwiąc w oderwaniu od codziennej prokuratorskiej służby. Słowem – na prokuratorów „dyrektorujących”.

Jak wynika z wyliczeń Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP, liczba prokuratorów „nadzorców” (w szerokim „dyrektorskim” ujęciu) jest zbliżona do 1,8 tys. osób, a wskazać należy, że cały korpus prokuratorski liczy sobie nieco ponad 6 tys. etatów. Stanowią oni zatem ponad 30 proc. wszystkich prokuratorskich etatów orzeczniczych i doprawdy nie wiem, skąd dyrektor Tłuczkiewicz wziął w swoim felietonie śmieszną liczbę 267 prokuratorskich nadzorców. Żeby nie być gołosłownym, posłużę się przykładem z własnego podwórka. W Prokuraturze Okręgowej w Bielsku–Białej mają, jeśli dobrze pamiętam, 22 etaty orzecznicze, z czego prokuratorów prowadzących śledztwa doliczyłem się ledwie czterech. Czym w takim razie zajmuje się reszta?

Pierwsi z wymienionych wyżej ponoszą konsekwencje podejmowanych decyzji przed sądem. Ci drudzy niczym nie ryzykują, za nic konkretnego nie odpowiadają, niczego istotnego – w sensie procesowym – właściwie nie wnoszą. Jeśli podejmują w sprawie jakieś działania, nazwijmy je „nadzorcze”, to zawsze z tzw. tylnego siedzenia, by strona postępowania przypadkiem nie zobaczyła, kto konkretnie wymyślił w śledztwie to czy tamto (ewentualnie polecił zaniechać tego lub tamtego).

Niestety, paradoks polega na tym, iż ci drudzy wpływają pośrednio, ale w sposób bardzo zauważalny, na prace tych pierwszych.

Nadzór dla nadzoru

Nie mam wątpliwości, że żaden z prokuratorów dyrektorujących nie wyobraża sobie struktury prokuratury innej niż ta wypracowana przez sowiecki system prawny. Struktury bez rozbudowanego do granic absurdu nadzoru, bez królującej, będącej swojego rodzaju fetyszem przełożonych, statystyki. Problem w tym, że taki model prokuratury w konfrontacji z kontradyktoryjną procedurą karną nie wytrzyma próby sił, w której to sąd, a nie prokuratorzy dyrektorujący, dokona oceny pracy autora aktu oskarżenia.

Nadzór wykonywany poprzez wizytacje i lustracje, cykliczne, niekończące się badanie akt spraw długotrwałych, badanie spraw zawieszonych, itp, itd. – wszystko to służy jedynie uzasadnieniu pracy aparatu urzędniczo-statystycznego. Wielu z prokuratorów ją wykonujących przyznaje uczciwie, że nie ma ona żadnego sensu i nie stanowi żadnej wartości dodanej. Jeszcze żadna sprawa nie posunęła się dowodowo do przodu ani nie przyspieszyła z tego powodu, że objęto ją nadzorem służbowym.

Warto w tym miejscu wrócić do artykułu prokuratora Tłuczkiewicza. Otóż Pan dyrektor, posługując się sprawnie statystyką, stwierdza, że 60 proc. umorzeń w sprawach o błędy medyczne uznano za, cytuję, „nieprawidłowe”. Z kolei, w sprawach o przestępstwa popełnione z motywów rasowych, narodowościowych, etnicznych i wyznaniowych, 38 proc. decyzji kończących postępowania oceniono jako, cytuję, „niezasadne, w tym przedwczesne”. Zdaniem dyrektora Tłuczkiewicza konieczność korygowania tego rodzaju „błędów” przez prokuratorski nadzór uzasadnia absolutną konieczność utrzymania go w dotychczasowej formie, a już na pewno, tu cytat „(…) od wniosków wynikających z wymowy wskazanych liczb nie sposób jednak uciec”.

Pozwolę sobie jednak uciec. I zapytam, statystycznie: ile z tych „nieprawidłowych umorzeń” skończyło się w toku dalszego postępowania subsydiarnym aktem oskarżenia? I ile z tych aktów oskarżenia zaowocowało prawomocnymi skazaniami? Pan dyrektor z pewnością nie dysponuje takimi danymi. A gdyby dysponował, byłyby one dla jego wywodu miażdżące.

W mniemaniu przedstawicieli prokuratorów dyrektorujących nieprawidłowe jest to, co oni sami uznali za nieprawidłowe. Niestety, z przykrością muszę poinformować Pana dyrektora Tłuczkiewicza, że pogląd statystyczny co do rzekomej „nieprawidłowości” tych umorzeń jest poglądem, co do zasady, odosobnionym. Proszę zapytać nie tylko prokuratorów liniowych, ale i sędziów.

Scenariusz katastrofy

Zbliżająca się reforma procedury karnej – niezależnie od tego, jak ją oceniamy – dobitnie pokaże opinii publicznej, w jakim stanie jest polska prokuratura. Niestety, jest to stan kiepski. Może faktycznie racje mają prof. Hofmański i prof. Królikowski, którzy uznali, że zreformowanie prokuratury nie będzie możliwe bez zmian narzuconych niejako z zewnątrz, przez nową procedurę. Z całą pewnością instytucja ta sama się nie zreformuje. Pozwolę sobie wręcz na stwierdzenie, że już niedługo – po uprzedniej, niestety spektakularnej, systemowej porażce kontradyktoryjnego procesu – docelowo nastąpi udrożnienie struktury prokuratury, jej budowa na miarę wyzwań XXI wieku.

46. prokurator2Wbrew twierdzeniom dyrektora Tłuczkiewicza, problemem nie jest człowiek – w sensie prokuratora obsadzającego proces karny w sądzie. Problemem jest właśnie struktura, a bardziej jej kompletna niewydolność. Jeśli o mnie chodzi, to osobiście gotów jestem stanąć do kontradyktoryjnego procesu, według reguł ze znowelizowanego k.p.k., choćby jutro i z każdym. Ale we własnych sprawach, bo tylko one są mi znane. W sprawach nieswoich mogę stanąć pojutrze, bo potrzebuję dnia na przygotowanie się do procesu. Tyle, że spraw, których akta znam, dane jest mi obsługiwać w sądzie w ilości maksymalnie 2-3 miesięcznie. Treści pozostałych kilkudziesięciu zasadniczo nie znam, a mechanizm ten trafnie opisał w „Na wokandzie” prokurator Jacek Skała („Końcowe odliczanie”, NW nr 4(22)/2014, str. 47).

Obawiam się, że Pan dyrektor Tłuczkiewicz raczej nie ma wyobrażenia czekającej nas katastrofy, kiedy pisze w swoim artykule: „(…) trzeba też wziąć pod uwagę kwestię praktyczną. Oskarżanie przez prokuratora we własnych sprawach nie będzie celowe, jeśli sprawy te nie będą stwarzać problemów dowodowych”. Co to znaczy, że nie będą sprawiać problemów dowodowych? Kiedy nie będą sprawiać takich problemów? Obawiam się, że na rozprawie w pierwszej instancji Pan dyrektor był dawno, bardzo dawno temu.

By nie być gołosłownym, odsyłam Pana dyrektora choćby do przepisu o odczytywaniu zeznań świadka w sytuacji, gdy ten zeznaje odmiennie albo zasłania się niepamięcią. Dziś poprzednie zeznania świadka odczytuje mu – co do zasady – sąd, wzywając następnie do wyjaśnienia ewentualnych sprzeczności. To pozwala „systemowi” wysłać prokuratora na rozprawę niemalże „z marszu” i kompletnie bez przygotowania. Po 1 lipca 2015 r. zeznania takiego świadka oskarżenia będzie musiał odczytywać prokurator. A zatem, będzie on musiał je znać linijka w linijkę, żeby móc wychwycić ewentualne rozbieżności czy zmianę wersji. W konsekwencji, w każdej sprawie obejmującej powyżej 3-5 świadków ze średniej długości przesłuchaniem (2-3 strony maszynopisu) nie będzie możliwości wysłania na proces prokuratora innego niż autor oskarżenia, bez stworzenia mu realnej możliwości przygotowania się do procesu. Tyle, że takimi mocami przerobowymi dzisiejsi prokuratorzy liniowi nie dysponują. Skończy się to wszystko dramatycznym wzrostem uniewinnień.

Czym dyrektor Tłuczkiewicz usprawiedliwi później ten wzrost? Jak statystycznie uzasadni znaczne opóźnienia w prowadzeniu i nadzorowaniu postępowań, wzrost ilości prokuratorów liniowych na L4 czy przechodzących w stan spoczynku? Czy wskaże wówczas na Ministra Sprawiedliwości jako pomysłodawcę kontradyktoryjnego modelu?

Oskarżyciel czy superpolicjant?

Gdzie zatem szukać remedium? Moim zdaniem, trzeba się wreszcie na coś zdecydować. Albo prokurator będzie oskarżycielem publicznym biorącym udział z pełnym zaangażowaniem w „kontradyktoryjnej grze” na sali sądowej, albo będzie „super policjantem” nadzorującym i prowadzącym postępowania przygotowawcze. Z pewnością obu tych funkcji nie da się rzetelnie wykonywać bez uwolnienia prokuratorskich etatów orzeczniczych zamrożonych w nieefektywnym nadzorze.

Czy ratunkiem dla prokuratury będzie odejście od stalinowskiego, hierarchicznego modelu nakazowo–rozdzielczego i stworzenie liniowej w założeniu struktury z wydzieloną strukturą szczebla centralnego ścigającą najpoważniejsze przestępstwa? Tego nie wiem. Jednak trwanie prokuratury przy obecnym anachronicznym systemie organizacyjnym już wkrótce wywoła kryzys, jakiego nigdy ta instytucja nie przeżywała.

Proponuję zatem Ministrowi Sprawiedliwości skrajną asertywność w kontaktach z prokuratorami dyrektorującymi. Nie mają oni bowiem interesu w sprostaniu wyzwaniom nowego procesu, ich nadrzędnym celem jest konserwacja aktualnego „dobrostanu.”

Dla odmiany, celem większości prokuratorów liniowych jest wyjście z twarzą z kontradyktoryjnej potyczki, bo to na naszych barkach złożono powodzenie tej reformy. Szansa na sukces w tej potyczce jest nikła, ale nawet w takiej sytuacji większość z nas nie podda się bez walki.

 

Autor jest prokuratorem Prokuratury Rejonowej Bielsko–Biała Południe w Bielsku-Białej, członkiem związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP. Od 15 lat wykonuje pracę prokuratora liniowego