Bez taryfy ulgowej

Tagi:

55_Urszula Bożałkińska_optO wymiarze sprawiedliwości nie mówi się najlepiej. Każda medialna sprawa sądowa to woda na młyn dla nieprzychylnych sędziom polityków oraz dziennikarzy. Nie dawajmy swoimi uchybieniami dodatkowej amunicji uczestnikom życia publicznego.

Konstytucja RP zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. Nie ma też zakazu dyskusji o rozstrzygnięciach sądów, w tym o nieprawomocnych wyrokach. W efekcie, dyskutuje się – bez jakiejkolwiek znajomości tematu, powtarzając slogany niemające uzasadnienia w sądowej rzeczywistości czy w obowiązującym prawie.

Przykład pierwszy. Słyszę, że w Polsce „nie korupcja jest przestępstwem, a walka z korupcją jest przestępstwem”. Dziennikarz prawicowej gazety w programie pierwszym polskiego radia grzmi, wypowiadając się na temat nieprawomocnego wyroku karnego, że należy go oceniać w kontekście innego wyroku karnego. Że sędzia miał nieczyste intencje, bo nie żyje w próżni i powinien wiedzieć, że kara 10 lat zakazu pełnienia funkcji publicznych to śmierć dla polityka. Że nie ma, niestety, konsekwencji dla sędziów, którzy wydali wyroki, a którym apelacja wytknęła wady. I jak to możliwe, że ten sam materiał dowodowy, w dwóch różnych procesach karnych, dwa różne składy sądzące tego samego sądu oceniły odmiennie?

Nie ma komentarza redaktora prowadzącego program, nikt niczego nie prostuje, nie wyjaśnia. Co z tego zrozumie słuchacz, który nie jest prawnikiem? W mojej ocenie zrozumie, że sędziowie w Polsce są bezkarni. Nie odpowiadają za złe wyroki, nawet, gdy instancja odwoławcza wytknie im błędy orzecznicze. Jest nieprawidłowością, że sąd przy wymiarze kary dla polityka nie uwzględnia, że 10 lat zakazu pełnienia funkcji publicznych to dla polityka śmierć zawodowa. A materiał dowodowy w jednej sprawie karnej i taki sam w innej sprawie karnej nie może być odmiennie oceniany przez dwa różne składy sądzące tego samego sądu. Co gorsza, nikt takiego błędnego rozumienia podstawowych kwestii prawnych nie prostuje.

Przykład drugi. Telewizja Polsat w każdą niedzielę, w godzinach wieczornych, nadaje program „Państwo w państwie”, w którym o wymiarze sprawiedliwości nie mówi się dobrze. W jednej z audycji rodzina skazanego twierdziła, że w uzasadnieniu wyroku pominięty został dowód bardzo istotny, świadczący o niewinności oskarżonego. Stało się tak rzekomo dlatego, że żaden z trzech sędziów orzekających w tej sprawie rzekomo nie znał całości akt, każdy znał tylko ich część. Tę rewelację potwierdzał anonimowy były pracownik sądu. Następnie prowadzący program dziennikarz dokonał na oczach widzów swoistego eksperymentu. Leżące na stole wiele tomów akt sprawy karnej podzielił na trzy części, co miało oznaczać, że każdy z orzekających sędziów znał tylko materiał dowodowy znajdujący się w jednej części. Do obecnego w studiu wiceministra sprawiedliwości zwrócił się z pytaniem: „Co pan na to”? Oczywiście, minister nie dostał wiele czasu na odpowiedź, zresztą nikogo tak naprawdę nie interesowało, co miał do powiedzenia. Redakcja po prostu założyła, że twierdzenia osób wypowiadających się w tej sprawie są prawdziwe. Do telewidza dotarł zaś przekaz, że sędziowie w sprawach karnych nie znają całości akt, co przekłada się na niesprawiedliwe wyroki.

Czemu piszę o tych dwóch audycjach? Uważam, na ich przykładzie, że milczenie medialne sędziów przynosi niewątpliwą szkodę wymiarowi sprawiedliwości.

Warto, by przy okazji obecności sędziów w mediach, systematycznie wracać do problematyki prawnej, którą te media już podejmowały, problematyki, która nie została przedstawiona w odpowiedni pod względem prawnym sposób. Trzeba koniecznie Polaków nauczyć prawa – i to tego prawa, o którym głosi się, że jest takie złe. Oczywiście, nie nastąpi to od razu. Mam też spore wątpliwości, czy sami dziennikarze wypowiadający się w kwestiach prawnych nauczą się jego podstawowych zasad. Próbować jednak trzeba.

Z drugiej strony, warto również, byśmy za wszelką cenę wystrzegali się własnej niekompetencji, nieznajomości stosowanego prawa, niechlujstwa przy sporządzaniu uzasadnień wyroków, zwłoki w czynnościach procesowych. Takie ewidentne nieprawidłowości niestety zdarzają się. I za nie wyłącznie my, sędziowie, jesteśmy odpowiedzialni.

Ostatnio miałam możliwość zapoznania się z uzasadnieniami dwóch wyroków. W pierwszym z nich, sądu pracy, pół strony uzasadnienia napisane było inną czcionką i były to ustalenia faktyczne odnoszące się do innej niż powódka osoby, wymienionej zresztą z imienia i nazwiska. Mojej krewnej, emerytowanej nauczycielce, próbowałam tłumaczyć, że spraw o zawieszoną emeryturę nauczycielską było bardzo dużo, powtarzały się stany faktyczne, a sędzia mógł się pomylić. Bezskutecznie. Drugie uzasadnienie dotyczyło zwrotu pożyczki, liczyło 40 stron. To były całe fragmenty różnych komentarzy do kodeksu spółek handlowych, w znacznej części w ogóle nieprzystające do stanu faktycznego sprawy. Znajomy, architekt, nie mógł tylko pojąć, dlaczego sąd, nie napisał, z jakich przyczyn jego powództwo zostało oddalone, zrozumiałym dla niego językiem. Kiedy wyjaśniłam mu, że istotnie, tak nie powinno wyglądać uzasadnienie wyroku w sprawie cywilnej, że napisał je na pewno młody, przepracowany sędzia, że nieprawidłowość niewątpliwie wychwyci instancja odwoławcza lub wizytator, znajomy zapytał: Tylko dlaczego ja, za własne pieniądze, mam tego doświadczać? No właśnie, dlaczego?

Sprzątajmy sami nasze sądowe podwórko, eliminujmy pomyłki, naprawiajmy błędy, bo nikt inny za nas tego nie zrobi. I nie dawajmy swoim niechlujstwem amunicji uczestnikom życia publicznego szkalującym wymiar sprawiedliwości. Nie wolno nam tego robić!