Garść nostalgii

32. Dubois OK_fmtUczę aplikantów, że jednym z podstawowych zadań obrońcy jest próba wdarcia się do sędziowskiego umysłu. Przewidzenie, co myśli o sprawie i jakie argumenty mogą go przekonać. W tym celu powinniśmy nieustanie obserwować mimikę sądu, kontrolując, jak reaguje na nasze argumenty.

Wchodząc spóźniony na salę chciałem ukłonić się sądowi. Niestety, zamiast twarzy sędziego, dojrzałem dwa potężne monitory wyrastające znad stołu. Skłoniłem się zatem najnowszym osiągnięciom techniki z Doliny Krzemowej. Gdy zajmowałem miejsce na obrończej ławie, uświadomiłem sobie, że moja przygoda z sądem trwa już trzydzieści pięć lat.

O tym, że chcę zostać adwokatem, wiedziałem już jako dzieciak, ale by obejrzeć prawdziwą rozprawę musiałem skończyć osiemnaście lat. Czekałem cierpliwie oglądając thrillery sądowe i zaczytując się w książkach z Perry Masonem. Osiągnąwszy pełnoletność, poszedłem obejrzeć pierwszą rozprawę. To był proces KPN. Oskarżała wzbudzająca powszechny postrach prokurator Wiesława Bardonowa, naczelnik wydziału śledczego Prokuratury Wojewódzkiej. Miała charakterystyczny wygląd – niewysoka, krępa, odziana w krótkie kwieciste suknie, przyozdobiona nadmiarem biżuterii. Między nią a oskarżonym Leszkiem Moczulskim dochodziło do częstych wymian zdań:

– Jak powiedziała pani prokurator Bardotkowa – rozpoczynał swoje riposty Leszek Moczulski, zaś wysoki sąd, próbując przywrócić spokój, z trudem utrzymywał należną mu powagę.

Siedem lat później, już jako aplikant, poszedłem na jeden ze swoich pierwszych procesów. Broniłem w wieloosobowej sprawie złodziei samochodów rozpisanej na cały tydzień. Była zima stulecia, mróz. Sprawa została wyznaczona na dziewiątą, ale nic się nie działo. Około jedenastej wywieszono kartkę, że sprawa odbędzie się z opóźnieniem. Po trzynastej przywieziono oskarżonych. Okazało się, że samochody w areszcie na Białołęce zamarzły i do tego czasu były odmrażane. Przez tydzień powtarzała się ta sama historia. Kierowcy próbowali odpalić samochody o ósmej, okazywało się, że tak, jak poprzedniego dnia zamarzły, i ponownie przystępowali do odmrażania. Z nudów obrońcy organizowali loterię: czy ktoś wpadnie na pomysł, by w ciągu nocy odpalić w nich silniki. Nikt nie wpadł, ale dzięki tej sprawie zgłębiłem wszelkie tajniki bufetu sądowego. Ówczesny sąd był miejscem pełnym niespodzianek. Szedłem do szatni zostawić płaszcz. Szatniarka była zajęta czym innym. Cierpliwie czekałem, w końcu podeszła z nadąsaną miną.

– Nie może Pan wziąć palta ze sobą? – pytała burkliwym głosem – Zamiast pracować muszę przyjmować ubrania.

Uznałem jednak, że rada szatniarki nie była pozbawiona sensu. W oknach były szpary i po korytarzu sypało śniegiem. Łatwiej było przetrwać w kurtce. Podobną przygodę przeżyłem w jednym z aresztów śledczych – na dworze zawierucha, mróz, a my z klientem w pomieszczeniu dwa na dwa metry z powybijanymi szybami. W pokoju tworzyły się śnieżne zaspy. W dziesięć minut ustaliliśmy linię obrony, dłużej nie dało się wytrzymać. Zimno wykorzystywał też sędzia w jednym z podwarszawskich sądów. Posiedzenia pojednawcze w sprawach z prywatnych oskarżeń wyznaczał w dzień wigilijny. Tego dnia zabraniał woźnemu palić w piecu. Choć sprawy były wyznaczone na dziewiątą, sąd pojawiał się po południu. Strony były już tak wycieńczone z zimna, że gotowe były zawrzeć każdą ugodę. Skuteczność mediacyjna sądu była prawie stuprocentowa. Zabawny był również brak toalet. W jednym z sądów za potrzebą trzeba było wyprowadzać oskarżonych do wychodka na podwórku. Jeden z oskarżonych już nie wrócił. Koledzy postanowili go pokrzepić przed rozprawą i przez dziurę po sęku wprowadzili plastikową rurkę, na końcu której była butelka wódki. Oskarżony nie był w stanie wyjść o własnych siłach.

Zjawiska pogodowe odbijały się również na przebiegu rozpraw. W upalne dni przy braku klimatyzacji sądy musiały orzekać przy otwartych oknach. W jednej z sal okna wychodziły na podwórko naprzeciw pomieszczenia, gdzie oskarżeni oczekiwali na rozprawy. Tam schodziły się ich rodziny, by przez okno wymienić poglądy o życiu. Nie muszę dodawać, że orzekający sąd w tych rozmowach był dominującym tematem. W innym z sądów okna wychodziły na blok mieszkalny, w którym zamieszkiwał miłośnik disco polo, który swoje ukochane przeboje puszczał na pełny regulator. W takt melodii podświadomie kręcili biodrami, a procesowe strony wystukiwały obcasami rytmy disco.

Różnorodne bywało również umeblowanie sądowych sal. Na jedną z nich wszedłem z niezwykle atrakcyjną klientką, oskarżoną o pobicie smyczą mężczyzny znęcającego się nad psem. Niestety, w środku było jedno krzesło. Gdy ona wyjaśniała – ja siedziałem, gdy ja przemawiałem – siedziała ona, a sąd obradował. Cichym bohaterem w walce o prawa adwokatury do godnych ław obrończych stał się mecenas Krzysztof Stępiński, który na każdej sprawie, gdzie nie było miejsca dla adwokatów, grzmiał że prawo do godnej obrony zostało naruszone. Na ogół skutkowało.

Musiałem skończyć moją wspomnieniową podróż w czasie, bo nadszedł czas na mowy stron. Uczę aplikantów, że jednym z podstawowych zadań obrońcy jest próba wdarcia się do sędziowskiego umysłu. Przewidzenie, co myśli o sprawie i jakie argumenty mogą go przekonać. W tym celu powinniśmy nieustanie obserwować mimikę sądu, kontrolując, jak reaguje na nasze argumenty.

Spojrzałem na sąd i ponownie zobaczyłem dwa gigantyczne monitory wystające zza biurka. Cała sala była nowoczesna, naszpikowana elektroniką. Ale jak tu przemawiać? Wygłosiłem przemówienie do procesorów najnowszej generacji, nie widząc człowieka.

Mimo tej całej dzisiejszej nowoczesności, ja kochałem te dawne czasy – pomyślałem, siadając.