Zalęknione Księżniczki Temidy

skazać, nie skazać_c_fmt„Wysoki Sądzie! Wolność, to więź, co zezwala dzikiemu stworzeniu swą pomroczną duszę osłonić jak tarczą i skryć w toni spokoju pierś targaną bólem…” – tak brzmiały słowa adwokata wygłaszającego mowę w obronie klienta oskarżonego o złe parkowanie w jednym ze skeczy brytyjskiej grupy komików Latającego Cyrku Monty Python’a. Jak widać, nawet dla satyryka wolność ma wartość najwyższą, a o jej ochronę apeluje się zawsze do władzy, która może ją odebrać, czyli do sądu.

Co jednak z wolnością samego sądu i sędziów, którzy sąd tworzą?

Czy sędzia jest rzeczywiście wolny od strachu przy wykonywaniu misji, którą mu powierzono? To oczywiste. Przecież sądy są niezawisłe, niezależne od innych władz, sędziowie w sprawowaniu urzędu nikomu nie podlegają, a gwarancje niezawisłości wyraża sama konstytucja.

W zasadzie nie ma się więc czego czepiać, ustrój jest idealny, system trójpodziału władz działa jak szwajcarski zegarek, a Monteskiusz może spać spokojnie.

Ale czy na pewno? Gdyby się temu bliżej przyjrzeć i postawić pytanie o wolność sędziego widzianą w pryzmacie tak zwanej stabilności jego orzecznictwa, liczby spraw uchylonych i utrzymanych, okresowych ocenach, różnych wskaźnikach i wykresach, to sędzia musi się – mówiąc delikatnie – mocno pilnować. Bo czy wyrok uchylony pozostanie tylko uchylonym wyrokiem sądu, czy uchylonym wyrokiem sędziego? Czy wytyk judykacyjny, będzie wytykiem sądu, czy wytykiem sędziego? Teoretyk odpowie, że to sąd wydaje wyrok, a nie sędzia, więc problemu jako takiego nie ma. Trybunał Konstytucyjny z kolei gromi jak może zażalenia sędziów niezadowolonych z tego, że dostali wytyk judykacyjny, bo ten, zdaniem Trybunału, zawsze był instytucją publicznoprawną, wymierzoną nie sędziemu, ale sądowi, choć odpis orzeczenia z wytykiem zamieszcza się w jego aktach osobowych. Jest w tym pewien paradoks. Mnie się wydaje, że jak uchylą wyrok, to uchylą go przede wszystkim „mi”, a nie sądowi. Statystyki niby nic nie znaczą, zwłaszcza wobec tak patetycznych wyrażeń jak niezawisła władza sędziego, czy podleganie sądów tylko konstytucji i ustawom. Ale już dla perspektywy awansu zawodowego sędziego i jego przyjemnych następstw, poczucia spełnienia zawodowego, czy nawet lżejszej i szybszej spłaty hipoteki, statystyki mogą znaczyć i to bardzo dużo. Poważny problem pojawia się jednak wtedy, gdy sędzia, zamiast orzekać w pełni niezależnie i niezawiśle, zacznie orzekać pod statystykę. Nikt mu oczywiście tego nie udowodni, to wyłącznie kwestia sumienia i wyboru, czy być niezawisłym, czy statystycznie poprawnym. Niemniej strach przed złą statystyką to strach w byciu samym sędzią i piastowaniu jego władzy. Sama statystyka niestety ma przemożny wpływ na naszą pracę i podejmowane decyzje.

Kolejny przykład, gdzie strach przed statystyką ma wielkie oczy, przynoszą ostatnie zmiany procedury karnej i cywilnej. W 2012 roku usunięto z k.p.c. postępowanie gospodarcze, wprowadzono instytucję wymiany pism procesowych przed rozprawą, czym zezwolono sądom na bardziej bezwzględne stosowanie rygoru prekluzji dowodowej w całym postępowaniu cywilnym. W podobnym duchu rewolucyjnych zmian obowiązuje od lipca 2015 roku nowela Kodeksu postępowania karnego zwalniająca sądy od poszukiwania dowodów z urzędu i przerzucająca tę powinność na strony. W obu przypadkach krytyków tych zmian nie brakowało, a jak się coś za bardzo krytykuje, to się to sędziom przestaje podobać, bo sędziowie mają wątpliwość, czy wobec tej krytyki zmiany te rzeczywiście były potrzebne i są poprawne. I znów pojawia się strach sędziego przed tym, czy stosując nowe prawo nie narazi się na „uchyłkę”. Fakt, prawo jest prawem, ale to sąd odwoławczy skontroluje „mi” wyrok i zdecyduje o jego losie. Więc może lepiej będzie, jak odwołując się do wyjątku, który dawniej był zasadą, zbiorę wszystkie dowody, nie zastosuję prekluzji, a wtedy wyrok będzie utrzymany? Faktycznie, może lepiej zrobić więcej, niż mniej, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Klasyk literatury rosyjskiej, Lew Tołstoj, mawiał, że „wszystko co rozumiem, rozumiem dlatego, bo to kocham”. Sędziowie wobec strachu przed złą statystyką zdają się o tym zapominać. Jak nie kochać ustawodawcy, kogoś kto przynajmniej z definicji jest racjonalny, czyli się nie myli i działa dla naszego dobra? Żeby kogoś zrozumieć, trzeba go pokochać. Wierzmy bardziej w to, że prawo we współczesnej dobie, gdzie wzrasta prawna świadomość społeczeństwa, a spraw w sądach jest coraz więcej, jest tworzone także z myślą o sędziach, coraz bardziej przepracowanych Orłach Temidy, a zmiany procedur mają je usprawnić i przyspieszyć.

Jak u sędziów zlikwidować strach przed statystyką? Być może sprzyjałaby temu anonimowość działalności sędziów. Gdyby rozwiązać to tak, że akta sprawy wpływające z apelacją do sądów odwoławczych uniemożliwiałyby identyfikację autora wyroku. Wyrok jest wyrokiem sądu, więc po co wiedza sądowi odwoławczemu, który sędzia go wydał. Protokoły, uzasadnienia, orzeczenia, wszystko pisane na ustalonych regulaminowo formularzach. Pozbylibyśmy się strachliwych przyzwyczajeń, że „mi” wyrok uchylą, a tym samym strachu przed statystyką. Orzekanie stałoby się bardziej niezależne i niezawisłe. Co byśmy tym uzyskali? Z pewnością nie byłoby już tak sporo zalęknionych i zniewolonych przez statystykę Książąt Temidy, ani tym bardziej Księżniczek, których w tym sfeminizowanym zawodzie bez wątpienia jest więcej.