Kontradyktoryjny eksperyment na społeczeństwie

Tagi:

Jacek_Ska_a_zdj_cieGdy w poprzedniej kadencji rozpoczęto prace nad „nowelą lipcową” w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego i Ministerstwie wskazywałem, że są one skażone grzechem zaniechania. Zamiast pokusić się o stworzenie nowego KPK w miejsce ponad stokrotnie nowelizowanej ustawy z 1997 r., postanowiono przykleić do niej kolejną, nowelizacyjną łatę.

Tym razem nie miała być to jednak łatka, jakich kilka rocznie fundowano praktykom i zdezorientowanym obywatelom, ale potężny flek, wywracający do góry nogami dotychczasową filozofię procesu. Wskazywaliśmy wówczas wyraźnie, że tak fundamentalna „reforma” wymaga stworzenia całkiem nowej ustawy regulującej proces karny. Tych argumentów nie posłuchano. Już sam projekt, który wyszedł z ministerialnych gabinetów był wyrazem braku spójnej wizji. Obejmował w zasadzie jeden z etapów procesu – jego fazę jurysdykcyjną. Całkowicie pomijał równie istotne postępowanie przygotowawcze. W tym ostatnim miało nie być żadnych zmian, ale w końcu na etapie prac parlamentarnych ich dokonano, w sposób zresztą niebywale niespójny i chaotyczny. Przyglądałem się tym pracom z boku. Starałem się zadawać pytania i wskazywać na mankamenty. Jedno z nich postawiłem Stanisławowi Zabłockiemu, polemizującemu na konferencji w Prokuraturze Generalnej z moją felietonistyką, w której wskazywałem, że polski proces karny po pierwszym lipca będzie dłuższy, droższy i faworyzujący osoby dobrze uposażone. Zapytałem w kuluarach, jak przygotować do nowej rzeczywistości, jej głównych aktorów – reprezentujących państwo sędziów, prokuratorów i policjantów. Odpowiedź była zaskakująca. Usłyszałem, że nas jako Komisji to nie interesuje, że to są problemy Ministra Sprawiedliwości, że to jego odpowiedzialność, a my tworzymy jedynie nową procedurę. Oczywiście zupełnie osobną kwestią jest to, czy wskazywany palcem Minister przygotował państwo do nowych realiów i o tym będzie mowa dalej. Wracając jednak do wspomnianej rozmowy, to refleksja z niej płynąca jest zatrważająca. Otóż narażono obywateli na pewien nieprzygotowany eksperyment, u którego źródeł tkwiły co najmniej dwa fundamentalne błędy. O jednym z nich, czyli zmianie filozofii całego procesu, połączonej z legislacyjną korektą tylko jednego z jego etapów, była mowa na wstępie. Drugi, to całkowita utrata z pola widzenia faktu, że wymiar sprawiedliwości jest systemem naczyń połączonych, na który składają się działające w imieniu państwa organy oraz spajająca je w systemie wzajemnych powiazań procedura. Nie wolno wywracać do góry nogami tego spoiwa, pozostawiając samym sobie, te instytucje państwowe, które w oparciu o procedurę zapewniają sprawne funkcjonowanie aparatu sprawiedliwości w przestrzeni spraw karnych.

Nowelizacja, czy nowy KPK?

Oczywiście każdy śledzący powyższy wywód, zapyta, co w takim razie z projektem, przygotowanym przez obecne kierownictwo resortu sprawiedliwości. Jest to przecież kolejna nowelizacja. Dlaczego w takim razie nie nowy KPK? Odpowiedź na tak postawione pytanie wymaga pogłębionej analizy skutków „noweli lipcowej” i powrotu do argumentacji, którą prezentowaliśmy w trakcie prac nad tamtą zmianą. Ta argumentacja, a w zasadzie prognozy, ziściły się w stu procentach.

20.-jezyk-sali-sadowe-fmtW czerwcu 2015 r. opublikowaliśmy raport o stanie „nieprzygotowania” państwa do nowego, kontradyktoryjnego procesu karnego. Wskazywaliśmy w nim, że do nowej rzeczywistości nie są gotowe co najmniej trzy resorty oraz sama prokuratura. Na pierwszym miejscu wymieniono MSW. To właśnie podległa mu Policja okazała się najsłabszym ogniwem. Ustawodawca przekazał w jej ręce pokaźną przestrzeń decyzyjną, zapominając, że w komisariatach ze świeczką szukać funkcjonariuszy posiadających wykształcenie prawnicze, potrafiących dokonać właściwej oceny prawnej zebranego materiału dowodowego. Przed lipcem ubiegłego roku, w zasadzie każda taka ocena podlegała weryfikacji prokuratora, który zatwierdzał policyjne postanowienia o umorzeniu lub odmowie wszczęcia dochodzenia. Przez ostatnich kilka miesięcy policjanci w całej Polsce, bez jakiegokolwiek nadzoru prawnego ze strony prokuratora, samodzielnie kończyli dziesiątki tysięcy dochodzeń. Ile takich decyzji było wadliwych? Ile wydano z naruszeniem praw stron do rzetelnego procesu? Tego nie dowiemy się, bo postanowienia te nie „przeszły” przez prokuratorskie biurka o ile pokrzywdzeni i zawiadamiający nie składali na nie zażaleń. Wiemy natomiast, że tam gdzie takie zażalenia wpływały, prokuratorzy niejednokrotnie rwali włosy na głowie widząc istotne mankamenty wyjętych spod ich jurysdykcji tysięcy postępowań przygotowawczych. Nie jest to bynajmniej zarzut do policjantów pionów dochodzeniowych, których rzucono na głębokie wody ale do decydentów politycznych, nie zdających sobie sprawy jak daleko jest Policji do osiągnięcia poziomu predysponującego do samodzielnego prowadzenia postępowań, bez prawniczego nadzoru prokuratorów. Trzeba w tym miejscu wyraźnie podkreślić, że nie jesteśmy przeciwnikami modelu, w którym postępowanie przygotowawcze skupione jest w rękach Policji, a zebrane w śledztwie owoce, dopiero w sądzie prezentuje prokurator. Model ten, określany często modelem prokuratury sądowej, jest jednak w obecnych realiach czymś całkowicie nieosiągalnym, bo wymaga długofalowego procesu przygotowania Policji do zastąpienia prokuratorów w ich dotychczasowej roli, sprowadzającej się do prowadzenia i nadzorowania setek tysięcy postępowań przygotowawczych. Obecnie musimy wrócić do pełnej prokuratorskiej kontroli postępowania przygotowawczego, bo bez niej nie unikniemy zagrożeń dla bezpieczeństwa prawnego przeciętnego Kowalskiego, głównie tego który stał się ofiarą przestępstwa.

We wspomnianym raporcie, wskazywaliśmy również na nieprzygotowanie dwóch innych resortów – finansów i sprawiedliwości. Pierwszy z nich nie miał nawet głębszej świadomości, że państwo funduje wszystkim podejrzanym i oskarżonym instytucję obrońcy na życzenie, bez względu na status majątkowy. W założeniach do tego rozwiązania uparcie twierdzono, że przecież w przypadku przegranej, czyli skazania, oskarżony będzie zobowiązany do zwrotu kosztów obrony z urzędu. Nie pokuszono się jednak o analizę tzw. „stopy zwrotu”. Stracono z pola widzenia co najmniej dwa aspekty. Po pierwsze, dość odległą perspektywę czasową skazania w kontradyktoryjnym procesie karnym, po drugie zaś fakt, iż skazani w dużej części to osoby niepracujące, nieposiadające majątków, od których egzekucja kosztów obrony jest delikatnie rzecz ujmując mało realistyczna. Krótko mówiąc, z jednej strony koszty tego eksperymentu zostały mocno niedoszacowane, a z drugiej przerzucono je na państwo, czyli w istocie podatników. W tej sytuacji słuszne są pytania, dlaczego niepopadający w konflikt z prawem obywatel ma ze swojego portfela dokładać do systemu ochrony prawnej takich osób, których może być potencjalną ofiarą. Ta hojność Państwa wobec sprawców czynów zabronionych nie była niczym uzasadniona.

Niedostosowanie prokuratury

Jak przygotował się do reformy resort sprawiedliwości? W okresie, w którym trwały prace nad nową procedurą karną oraz po jej uchwaleniu, urzędem Ministra Sprawiedliwości kierowało 5 polityków. W tym czasie do konsultacji skierowano kilka projektów ustaw nowelizujących i projekt nowego Prawa o prokuraturze. Podstawowym ratio legis tych projektów było dostosowanie organizacyjne i strukturalne prokuratury do wymogów kontradyktoryjnego procesu karnego. W wyniku decyzji politycznych zaniechano prac nad nową ustawą ustrojową regulującą funkcjonowanie prokuratury. W rezultacie stroną w „amerykańskim” procesie została instytucja, której ramy organizacyjne opierają się na Ustawie o prokuraturze z 1985 r.

Zamiast Prawa o prokuraturze Ministerstwo przygotowało rozporządzenie wykonawcze. Jego pierwsza, korzystna wersja, zwana „regulaminem Biernackiego”, uległa radykalnej modyfikacji pod rządami kolejnego z Ministrów i jako „regulamin Grabarczyka” nie przyjęła się w praktyce. Poprzez wprowadzenie do regulaminu licznych wyjątków od postulowanych przez środowisko prokuratorskie rozwiązań, prokuratura w przededniu wielkiej reformy procesu karnego nie została poddana dostatecznym przekształceniom i działaniom dostosowawczym. Żadne z czterech kluczowych rozwiązań Regulaminu nie było stosowane. Wąsko określona właściwość rzeczowa prokuratur okręgowych i apelacyjnych, które zgodnie z „regulaminem Grabarczyka” miały przejąć około 1 proc. spraw z 99 proc. ogółu postępowań przygotowawczych prowadzonych przez prokuratury rejonowe, nie była w praktyce przestrzegana. Obowiązkowy referat oskarżycielski i sądowy istniał w postaci szczątkowej. Nadal prokuratorzy funkcyjni oraz prokuratorzy z tzw. wydziałów nieliniowych prokuratur okręgowych i apelacyjnych nie prowadzili postępowań, a jeśli występowali przed sądami, to incydentalnie. Wbrew zapewnieniom Ministerstwa, prokuratorzy prokuratur apelacyjnych i okręgowych nie pełnili dyżurów zdarzeniowych. Już od stycznia 2015 r. wprowadzono obowiązek uczestniczenia w rozprawach sądowych prokuratora – autora aktu oskarżenia. Obowiązek ten pozostał jednak całkowicie fikcyjny, pomimo iż podstawowym warunkiem sukcesu procedury karnej było zapewnienie udziału w rozprawie tego prokuratora, który sporządził i podpisał akt oskarżenia. Ministerstwo Sprawiedliwości nie przygotowało zmian w regulaminach urzędowania sądów i prokuratury zobowiązujących do takiego ukształtowania systemu wokand sądowych, który otwierałby możliwość uczestniczenia w rozprawie tego prokuratora, który jest autorem skargi i posiada kompleksową znajomość sprawy. Nie został zatem zrealizowany absolutnie podstawowy warunek, zapewniający skuteczność organów państwa, działających na rzecz obywateli w kontradyktoryjnym procesie karnym.

Zapaść po „noweli lipcowej”

Tak oto przygotowane państwo miało stawić czoła nowej rzeczywistości procesowej. Efekty tego eksperymentu obserwowaliśmy od 1 lipca. Na początek nastąpiła gwałtowana zapaść na odcinku oskarżania. Powodów tej sytuacji było kilka. Po pierwsze, maksymalnie sformalizowany kształt aktu oskarżenia, który doprowadził do tego, że prokuratorzy unikali takiego sposobu zakończenia postępowania. Jak próbowano ratować sytuację? Nadużywano instytucji dobrowolnego poddania się karze. Ta instytucja przestała jednak być wyłącznie dobrodziejstwem dla oskarżonego. Stała się również dobrodziejstwem dla prokuratora, który nie musiał konstruować skomplikowanego formalnie aktu oskarżenia. W efekcie zamiast czekać spokojnie na inicjatywę ze strony oskarżonego sam prosił aby ten przyjął propozycję, uciekając w ten sposób od cierniowej ścieżki sprostania kodeksowym wymogom, co do formy aktu oskarżenia i kształtu przygotowanych dla sądu akt. Można zatem powiedzieć, że skutkiem noweli lipcowej stała się zapaść na odcinku postępowania przygotowawczego. Zapaść wynikająca po pierwsze z wyjęcia spod nadzoru prokuratury sporej przestrzeni procesu karnego i oddania jej w ręce Policji oraz zapaść, której źródłem było maksymalne skomplikowanie formalne samego etapu konstruowania aktu oskarżenia, sprzyjające dążeniu za wszelką cenę do kompromisów w sferze kary. Kompromisów, które zagrażały fundamentalnym celom kary w zakresie prewencji indywidulanej oraz kształtowania świadomości prawnej społeczeństwa.

Nowelizacja jest działaniem w stanie wyższej konieczności

Na szczęście pełną parą nie ruszyły jeszcze kontradyktoryjne procesy sądowe. Nie mam wątpliwości, że procesy te byłyby dłuższe z uwagi na samą formułę, która dopuszcza całkowicie swobodną grę procesową stron z sądem jako biernie przyglądającym się arbitrem, realizującym wolę dowodową uczestników tej gry, którym z oczywistych względów nie towarzyszy chęć szybkiego rozstrzygnięcia, ale wola zwycięstwa w kontradyktoryjnej potyczce. Nie mam również wątpliwości, że kontradyktoryjne procesy odpowiadałyby w mniejszym stopniu społecznemu rozumieniu sprawiedliwości. W procesach tych nie liczyłaby się jak dotąd w pierwszej kolejności prawda materialna, ale prawda formalna. Innymi słowy, sprawiedliwość materialna musiałaby ustąpić sprawiedliwości proceduralnej, stawiającej na pierwszym miejscu reguły gry procesowej i spryt stron procesowych, sprowadzający się do tego, kto kogo przechytrzy. Racjonalne państwo nie powinno pozwalać na taką grę, stwarzając optymalne warunki, by na końcu wygrała sprawiedliwość. W tym miejscu nie pozostaje już nic innego jak powrót do postawionego na wstępie pytania, czy nowy kodeks, czy kolejna nowelizacja? Odpowiedź jest jednoznaczna. I jedno i drugie. Nowelizacja przywracająca stare reguły, bo mamy do czynienia z działaniem w stanie wyższej konieczności, a każdy kolejny dzień obowiązywania noweli lipcowej potęguje straty.

Nowy kodeks postępowania karnego, bo po dwudziestu latach obowiązywania starego, obywatele zasługują na nowoczesną procedurę, dostosowaną do wymogów zwalczania współczesnej przestępczości. Musi być ona stworzona nie w oderwaniu od realiów prokuratorskich gabinetów i sądowych sal, nie w oparciu o naukowe wizje, lecz o trzy podstawowe założenia. Po pierwsze, w prawnokarnej reakcji na przestępczość państwo musi skupiać wysiłki na dążeniu do prawdy materialnej, będącej urzeczywistnieniem zasady sprawiedliwości. Po drugie, za niezbędne uznać należy stworzenie warunków do rozstrzygnięcia sprawy w szybkim terminie. Po trzecie wreszcie, państwo powinno tak zorganizować funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości i organów ochrony prawa, aby zminimalizować ogromne koszty funkcjonowania tego aparatu. Bez sprawnej procedury karnej, osiągniecie tych celów nie będzie możliwe.