Czwarta władza w sądzie

Dawno temu, oczekując na wywołanie sprawy, byłem świadkiem zabawnej sceny. Z sali jak błyskawica wypadł mężczyzna z torbą na ramieniu. Za nim w rozwianej todze biegł sędzia. Postanowiłem dociec, co się wydarzyło. Okazało się, że mężczyzna, chcąc udokumentować niegodziwości, które spotykają ze strony sądu jego szwagra, przybył na rozprawę z magnetofonem ukrytym w torbie. Wymieniając kasetę został zdekonspirowany przez sędziego, który zażądał wydania nagrania. Człowiek rzucił się do ucieczki, zaś sędzia ruszył za nim w pogoń, chcąc przejąć zakazane taśmy.

Pytająco spojrzałem na miejscowego adwokata, na którym zajście nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Wyjaśnił mi, że ten sędzia często jest na bakier z procedurą, a celem pościgu było zniszczenie dowodów.

To bardzo ludzkie. Na wiele więcej jesteśmy gotowi sobie pozwolić, gdy nasze zachowanie nie podlega kontroli. Wymiar sprawiedliwości przez lata rządził się swoimi prawami. Każde medialne sprawozdanie z procesu było cenzurowane przy ul. Mysiej w Warszawie, a przekaz z sal sądowych dopełniał jedynie słuszną ideologię. Jednak czasy się zmieniły i niezależne media wdarły się na sale sądowe.

Pogoń za dziennikarzem utrwalającym na kasecie przebieg procesu dziś nie miałaby już żadnego sensu. Sąd stał się miejscem kontrolowanym, gdzie dziennikarze wypatrują sensacji. Kamera i mikrofon wychwycą najmniejszy błąd czy przejęzyczenie. Dziennikarze są bezlitośni, a każda „wpadka” zostaje nagłośniona. Kiedy zestresowany obecnością dziennikarzy adwokat poprosił sąd o wymierzenie klientowi najwyższego wymiaru kary, jego słowa stały się szlagierem medialnym. Dlatego nawet sam widok kamery na sali sądowej potrafi nas paraliżować.

Media są też z natury rzeczy hałaśliwe. W mojej pierwszej „medialnej” sprawie politycy o przeciwstawnych poglądach starli się w sądzie w czasie kampanii wyborczej. Korytarz wypełniony był tłumem dziennikarzy i widownią skandującą „Precz z żydowskim bankierem!”. W takich warunkach trudno o sprawiedliwe osądzenie sprawy.

Media często dalekie są od obiektywizmu. Sprawozdania z procesów to telegraficzny skrót, w którym nikt nie bawi się w głębszą analizę. Dziennikarskie relacje są nierzadko nastawione na obronę poglądów, z którymi dane media sympatyzują. Również ocena pracy prawników bywa uzależniana od tego, po której stronie sporu wystąpili. W konsekwencji niezależnie od tego, jak przygotujemy się do sprawy, część dziennikarzy nas pochwali, a część skrytykuje.

Media bywają również nierzetelne. Kiedyś wspólnie z mecenasem Andrzejem Warfołomiejewem reprezentowaliśmy w sporze sądowym jedno z ministerstw. Opisując zdarzenie, dziennikarz ujawnił, że urząd zatrudnił dwóch cudzoziemskich prawników. Sprawa stała się przedmiotem interpelacji poselskiej, w której zapytano ministra, dlaczego mając do dyspozycji tylu wybitnych polskich adwokatów zatrudnia cudzoziemców za bezcenne dewizy. Nieszczęsny minister był zmuszony tłumaczyć z mównicy sejmowej, że fakt posiadania obcobrzmiącego nazwiska nie oznacza, że ktoś jest cudzoziemcem.

Skoro media zadomowiły się w gmachach sądowych, najlepiej je polubić i dostrzec ich pozytywną stronę jako społecznego kontrolera wymiaru sprawiedliwości. Nic tak nie mobilizuje prawników jak medialna sprawa. Nie chcąc zostać ofiarą publicznej krytyki, jesteśmy gotowi przygotować się perfekcyjnie.

Dla mnie, już wiele lat temu, dziennikarze przestali być kłopotliwym gościem na sali sądowej. Dostrzegłem zalety ich obecności. Są jak sejsmograf badający poziom wystąpień mówców. Gdy przemówienie jest ciekawe, błyszczą flesze i pracują kamery. Gdy spada napięcie, znudzeni dziennikarze wymykają się na papierosa.

Oczywiście, sędziowie odbierają media inaczej niż adwokaci. Dla nich najistotniejsze jest sprawiedliwe osądzenie sprawy, a hałas w trakcie przekazywania relacji dziennikarskich i błysk fleszy rzadko temu sprzyjają. Mimo tego media mogą okazać się sojusznikiem wymiaru sprawiedliwości, który bywa przedmiotem krytyki wynikającej często z niezrozumienia zdarzeń z sal sądowych. Rzeczowe wyjaśnienie rozstrzygnięcia może przekonać część niedowiarków, że decyzja sądu jest słuszna.

Nawet jednorazowa błyskotliwa wypowiedź sędziego może zmienić publiczny odbiór wymiaru sprawiedliwości. W trakcie jednego z procesów dotyczącego zorganizowanej przestępczości sędzia Barbara Piwnik doceniła rolę mediów stwierdzając, że dobrze, że na sali są dziennikarze, bo dzięki ich relacjom podatnicy będą mogli zobaczyć, na co wydawane są ich pieniądze. Po tych słowach „akcje” sądownictwa podskoczyły kilkukrotnie.

Media doceniają błyskotliwe bon moty prawników. Uznanie zdobył sędzia sądzący proces tzw. łódzkiej ośmiornicy, gdy w uzasadnieniu wyroku stwierdził, że historia pokaże, czy mamy do czynienia z prawdziwą ośmiornicą, czy tylko krewetką.

Na salach sądowych wszyscy ciężko pracujemy. Im częściej będzie to pokazywane, nawet czasem złośliwie czy w krzywym zwierciadle, to w konsekwencji doceniona zostanie rola prawników. Mówi się, że jeśli nie ma cię w mediach, to nie istniejesz. Ta maksyma dotyczy także sprawiedliwości.

Autor jest adwokatem, wspólnikiem w warszawskiej kancelarii, specjalizującym się w prawie karnym oraz sprawach z zakresu ochrony dóbr osobistych. W czasie wolnym felietonista oraz autor powieści dla młodzieży.