Zawód: notariusz

Rejent w dobie konkurencji

Tagi: , , ,
Pieczeć notariusza

Fot. Jerzy Ruciński

Złote czasy notariatu minęły bezpowrotnie. Tak twierdzą notariusze, którzy od lat prowadzą kancelarie. Zżymają się na rzekomo niską taksę, kryzys gospodarczy, konkurencję. Tymczasem młodzi adepci tego zawodu, którym przyszło pracować w warunkach wolnego rynku, nie narzekają i wyboru profesji wcale nie żałują.

Dwadzieścia lat temu polski notariat został sprywatyzowany. W miejsce państwowych biur powstały prywatne kancelarie. Wszyscy odetchnęli wówczas z ulgą. Państwo, bo zrzuciło z siebie ciężar prowadzenia notariatu. Klienci, bo wreszcie zniknęły kolejki do biur. W końcu sami notariusze, którzy zamiast skromnej pensji urzędniczej zaczęli świetnie zarabiać.

– Lata dziewięćdziesiąte to był dobry czas w gospodarce, poza tym notariusze mieli o wiele większy zakres czynności niż dziś, choćby z dziedziny prawa spółek. Przybywało też umów w obrocie prywatnym, a poza tym taksy notarialne były na przyzwoitym poziomie – mówi Joanna Greguła, prezes Izby Notarialnej w Krakowie.

Na początku lat 90. konkurencja była niewielka. Kancelarie prowadziło zaledwie 529 notariuszy, dekadę później było ich 1510, zaś obecnie w zawodzie pracuje już ponad 2000 notariuszy. Dane te pokazują, że od chwili, gdy rejenci stali się przedstawicielami wolnego zawodu, ich liczba wzrosła prawie czterokrotnie. Za dwa lata, kiedy aplikację notarialną ukończą obecni adepci notariatu, kancelarie być może otworzy dodatkowe ok. 1000 osób.

Wolny, ale z ograniczeniami

Polski model notariatu oparty jest na tzw. notariacie łacińskim. Podobnie jest m.in. we Francji i Niemczech. To instytucja powstała, by pilnować bezpieczeństwa obrotu prawnego. I to jest zadanie zlecone przez państwo. Notariusz nie świadczy jednak usług prawnych, a dokonuje czynności urzędowych. Jest osobą zaufania publicznego. O tym państwowym charakterze zawodu rejenta świadczy też godło na ścianie jego kancelarii i urzędowa pieczęć, którą przybija na każdym sporządzonym przez siebie dokumencie.

Notariusze, w przeciwieństwie do przedstawicieli innych wolnych zawodów prawniczych, nie są wpisywani na listy przez swój samorząd, lecz powołuje ich Minister Sprawiedliwości po zasięgnięciu opinii właściwej izby notarialnej. Minister sprawuje też nadzór nad notariuszami za pośrednictwem prezesów sądów apelacyjnych. Izby notarialne są ściśle powiązane ze strukturą sądów. Jest ich 11 – tak, jak sądów apelacyjnych. Dodatkowo, notariusze nie mogą podejmować innej pracy poza dydaktyczną. Nie wolno im też wykonywać żadnego zajęcia bez zgody izby notarialnej, które kłóciłoby się z zasadą godności notariusza. Rejent, podobnie jak sędzia, nie może dokonywać czynności w stosunku do siebie oraz krewnych i powinowatych. Wszystko po to, by zachować bezstronność.

Z drugiej strony notariusz to przedstawiciel wolnego zawodu i tak jak każdy przedsiębiorca musi zmierzyć się z prawami wolnego rynku. Państwo mu tę wolność ogranicza ustalając taksę, czyli wysokość opłat, jakie może pobierać za daną czynność. W odpowiednim rozporządzeniu Ministra Sprawiedliwości wyznaczone zostały tylko stawki maksymalne. Rozwiązanie to, bezsprzecznie korzystne dla obywateli, martwi rejentów, którzy woleliby tzw. sztywną taksę, jednakową dla wszystkich notariuszy.

– Każdy obywatel za tę samą czynność notarialną powinien zapłacić tyle samo. Podobnie jak, bez żadnych zniżek, uiszcza opłaty sądowe. Notariusze wykonując zadania powierzone przez państwo nie mogą walczyć o klienta takim sposobami, jakimi robią to zwykli przedsiębiorcy. My strzeżemy tego, co najważniejsze, czyli prawa własności – przekonuje prezes Greguła.

Droga do notariatu

Przez całe lata komercyjne korporacje prawnicze zamykały swoje podwoje dla młodego narybku. Izby same organizowały nabór na aplikacje, zaś przebrnięcie przez egzamin konkursowy (ustny i pisemny) przez osoby spoza środowiska prawniczego graniczyło z cudem. Absolwenci prawa ubiegali się więc o miejsca na mniej wówczas atrakcyjnych państwowych aplikacjach – sądowej i prokuratorskiej. Następnie niektórzy, po kilku latach pracy w zawodzie, decydowali się na przejście do zawodu radcy prawnego, adwokatury czy właśnie notariatu.

Czasy się jednak zmieniły. Gdy w latach 2007 i 2008 na aplikację notarialną dostało się po ok. 300 osób, rejentom wydawało się, że to maksymalna liczba, jaką polski notariat może rocznie wchłonąć. Rok 2009 pokazał jednak, że chętnych do zawodu może być więcej. Test egzaminacyjny poprawnie napisało wówczas 75 proc. zdających, czyli 1071 osób. Tuż po egzaminach ruszył szturm na kancelarie notarialne w poszukiwaniu patronów. Notariuszy, którzy mogli nimi zostać, było ok. 1800, z czego część zatrudniała już aplikantów z poprzednich lat. Dla około 112 osób zabrakło miejsc w kancelariach. Ostatecznie, na skutek odwołań Ministra Sprawiedliwości do Sądu Najwyższego, izby postarały się o patronów dla wszystkich aplikantów.

Lech Borzemski, prezes Krajowej Izby Notarialnej, twierdzi, że ten ogromny nabór był skutkiem obniżenia poprzeczki na egzaminie aplikanckim. Natomiast przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości zauważają, że do owego egzaminu podchodził rocznik z wyżu demograficznego, któremu miejsce na aplikacji umożliwiły przejrzyste zasady egzaminu wstępnego w postaci wcześniejszego ogłoszenia aktów prawnych wymaganych na sprawdzianie.

Kraków, Kancelaria Notarialna Joanny Greguły

Fot. Jerzy Ruciński

Trudna sztuka terminowania

W ubiegłym roku na aplikację notarialną dostało się już mniej, bo 225 absolwentów prawa. Wśród nich jest Magdalena Górka, która ukończyła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. W jej przypadku wybór aplikacji był oczywisty, tuż po trzecim roku studiów trafiła na wakacyjną praktykę do kancelarii notarialnej.

Akty – w górę i w dół2006 r. jeden notariusz sporządzał średnio 69 aktów notarialnych w miesiącu oraz 203 innych czynności notarialnych. W 2007 r., kiedy rozpoczął się okres przekształceń mieszkań spółdzielczych na własnościowe, jeden notariusz sporządzał średnio 88 aktów notarialnych w miesiącu oraz 230 innych czynności notarialnych. W 2008 r. jeden notariusz sporządzał średnio 88 aktów notarialnych w miesiącu oraz 320 innych czynności notarialnych. W 2009 r. jeden notariusz sporządzał średnio 76 aktów notarialnych w miesiącu oraz 212 innych czynności notarialnych. W 2010 r. jeden notariusz sporządzał średnio 63 akty notarialne w miesiącu oraz 223 innych czynności notarialnych.

– Zaczynałam od prostych umów sprzedaży czy darowizn. Praktyka trwała dwa miesiące i to się opłaciło – zapewnia Górka. Po powrocie na zajęcia już wiedziała, do jakich przedmiotów, oprócz tych obowiązkowych, należy się szczególnie przyłożyć. – Przede wszystkim do prawa gospodarczego i handlowego, bankowego, międzynarodowego prywatnego, także finansowego i podatkowego – tłumaczy.

Rocznik Magdaleny Górki jest drugim, który odbywa aplikację na nowych zasadach. Została ona skrócona o sześć miesięcy, do dwóch i pół roku. Odbywa się ją w kancelarii oraz w wydziałach sądu rejonowego: cywilnym, ksiąg wieczystych i w sądzie gospodarczym. Aplikanci zobligowani są również do uczestnictwa w szkoleniach organizowanych przez poszczególne izby. Spotykają się na nich dwa razy w miesiącu na dwudniowych zjazdach.

W tym roku po raz pierwszy wiedza aplikantów sprawdzana będzie nie tylko podczas egzaminu zawodowego, który wieńczy aplikację, ale też podczas dwóch kolokwiów. – I to dobrze, bo wiadomości muszą być weryfikowane w ciągu aplikacji. Problem w tym, że kolokwia organizują izby i może być spory odsiew – obawia się aplikant, który pragnie zachować anonimowość.

Aplikanci notarialni opłacają swoją naukę wydając rocznie ok. 5200 zł. W krakowskich kancelariach aplikanci mogą liczyć na miesięczny zarobek w wysokości ok. 1000-1500 zł netto, w warszawskich – o tysiąc złotych większej. – Niektórzy z nas pracują za przysłowiową czapkę gruszek. Godzimy się na takie warunki, żeby się czegoś nauczyć – mówi jeden z aplikantów. – Pracując w kancelarii nabiera się doświadczenia, to najważniejsza część aplikacji – dodaje Anna Gąsienica, krakowska notariusz z niespełna dwuletnim stażem.

Wiedza wyniesiona z terminowania pod okiem patrona będzie procentować, gdy aplikanci przystąpią do egzaminu notarialnego. Składa się on z trzech części pisemnych: testu z wiedzy prawniczej, sporządzenia dwóch projektów aktów notarialnych oraz jednej opinii prawnej.

Zdany egzamin zawodowy to jeszcze nie koniec drogi do bycia pełnoprawnym notariuszem. Ostatnim jej etapem jest dwuletnia asesura, którą trzeba odbyć w kancelarii notarialnej.

Pierwsze kroki w zawodzie

Notariusz, jako przedstawiciel wolnego zawodu, pracuje prowadząc jednoosobową kancelarię lub świadczy usługi w spółce z innymi notariuszami.

Rejent pracuje osiem godzin dziennie, w tym czasie spotyka się z klientami informując, jakie dokumenty będą potrzebne do sporządzenia aktu notarialnego, potem go formułuje i odczytuje. Następnie pobiera podatek od czynności cywilnoprawnych (podobnie rzecz ma się z podatkami od spadków i darowizn), pieniądze te przesyła potem na konto właściwego urzędu skarbowego. Po podpisaniu umowy przez klienta notariusz wysyła stosowne pisma do wielu instytucji m.in. sądów, urzędów gminy, czasem także do Głównego Inspektora Informacji Finansowej czy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

– Jak w każdej działalności, najtrudniej było na początku, kiedy jeszcze nie miałam dochodów, a trzeba było wynająć lokal – mówi Anna Gąsienica, która postanowiła otworzyć własną kancelarię. Taki lokal trzeba wyposażyć w odpowiednie meble, choćby szafy pancerne, gdzie przez lata przechowywane są dokumenty, czy też w monitoring. Koszty utrzymania kancelarii są więc dość wysokie – do czynszu za wynajem dochodzą pensje pracowników (sekretarek, asesorów), opłacenie licencji na programy komputerowe oraz koszty obsługi urzędów skarbowych oraz sądów.

Jak w tym zawodzie zdobywa się klientów? Najlepiej współpracować z deweloperami i pośrednikami handlu nieruchomościami. Ale nie wszyscy o tych klientów zabiegają. – Moja kancelaria ma zupełnie inną klientelę. Załatwiamy wiele trudnych spraw, zwłaszcza z zakresu obrotu gospodarczego. Często zdarza się, że przychodził do mnie dziadek, ojciec, a teraz wszelkie sprawy notarialne załatwiają u mnie następne pokolenia. W tym zawodzie liczy się przede wszystkim kompetencja notariusza i zaufanie klientów, które zdobywa się latami. Trzeba też pracować z pasją i w przekonaniu, że służy się zarówno państwu, jak i człowiekowi – mówi Joanna Greguła, która na swoją renomę pracuje od ponad 20 lat. Daniel Folwarski, młody notariusz z Poznania, założył kancelarię wspólnie z koleżanką. – Choć rynek nie jest taki łatwy jak kilka lat temu, to nasza kancelaria cały czas się rozwija. Zdobywamy klientów, m.in. dlatego, że nieruchomości w Poznaniu i okolicach w miarę dobrze się sprzedają – opowiada.

Przyszły adept zawodu notariusza powinien wiedzieć, że klientów nie zdobędzie reklamą. Zabrania mu tego kodeks etyki zawodowej, który jednocześnie precyzuje, że notariusz może jedynie wywiesić szyld na ścianie budynku kancelarii. Dozwolone jest też posiadanie strony internetowej z imieniem i nazwiskiem, adresem oraz datą założenia kancelarii. Hasła typu „robimy wszystko” „przygotowujemy testamenty” albo „działamy na rynku od lat” są niedopuszczalne.

– Oczywiście zdarzały się wyjątki, że te zakazy nie były przestrzegane. Sporadycznie notariusze łamali je zlecając np. pozycjonowanie stron w Internecie. W skrajnym wypadku kończyło się to tym, że klient w danym mieście szedł do tego notariusza, którego nazwisko pojawiało się jako pierwsze w spisach internetowych. Były to przejawy nieuczciwej konkurencji, które kończyły się zawsze reakcją samorządu notarialnego – twierdzi Daniel Folwarski, notariusz z Poznania.

Lukratywny zawód?

Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w 2004 r. 99 najlepiej zarabiających notariuszy z Warszawy, Krakowa, Gdańska i Poznania osiągnęło miesięczny dochód powyżej 1 mln zł każdy. Z kolei rok później Ministerstwo Finansów wyliczyło średni miesięczny przychód rejenta na ok. 45 tys. zł. Odliczając koszty utrzymania kancelarii w wysokości 16 tys. zł daje to dochód na poziomie ok. 31 tys. zł miesięcznie.

– Rok 2006 był ostatnim, w którym Krajowa Rada Notarialna przesłała Ministerstwu Sprawiedliwości dane na temat opłaty podatku VAT. Wówczas został wyliczony przychód całego notariatu w Polsce, który wyniósł 1,2 mld zł. Wówczas w kraju działało 1779 kancelarii notarialnych, więc daje to średni miesięczny przychód w wysokości ok. 56 tys. zł. Po odliczeniu kosztów działalności kancelarii oraz podatku dochodowego daje to szacunkowy dochód w wysokości ok. 33 tys. zł miesięcznie – mówi Tomasz Jaskłowski, wicedyrektor Departamentu Organizacyjnego Ministerstwa Sprawiedliwości.

Notariusze twierdzą tymczasem, że ich wysokie zarobki to mity. Ich zdaniem obecne dochody – w zależności od stażu pracy i klienteli kancelarii – kształtują się tak, jak wynagrodzenia sędziowskie, a więc od ok. 5 tys. zł do ponad 10 tys. zł miesięcznie. Ze wszystkich izb notarialnych ta krakowska jest najbiedniejszą. Jest w niej zrzeszonych 267 notariuszy, z czego ok. 30 proc. wpłaca do izby minimalną składkę. Oznacza to, że obrót miesięczny w tych kancelariach jest niższy niż 30 tys. zł, a czasem ponoć dochodzi do 10 tys. zł miesięcznie.

– Zarobek notariuszy mógłby być większy, gdyby nie spadek obrotów na rynku nieruchomości oraz gwałtowne zwiększenie liczby notariuszy. Do tego doszło ustawowe ograniczenie zakresu czynności notarialnych oraz obniżenie progu maksymalnej taksy notarialnej. Ponadto, po zmianach wprowadzonych przez Ministerstwo Sprawiedliwości, ok. 90 proc. transakcji w zwykłym obrocie odbywa się z zastosowaniem obniżonej stawki taksy notarialnej i jest to przeważnie połowa stawki maksymalnej – mówi prezes Joanna Greguła.

Rejenci twierdzą, że dobre czasy w notariacie to już przeszłość. Podkreślają, że ludzie nie zdają sobie sprawy, jaka odpowiedzialność ciąży na notariuszu przy sporządzaniu aktu notarialnego. Każda pomyłka może przecież zakończyć się telefonem z prokuratury czy urzędu skarbowego. Tymczasem ich zawód postrzegany jest jako jeden z najbardziej atrakcyjnych ze wszystkich zawodów prawniczych. – Jeśli miałbym przejść do innego zawodu, to tylko do notariatu. Mniej stresu, spokojniejsza praca – mówi jeden z warszawskich sędziów.

Wołanie o limit

Dziś nikt nie kwestionuje faktu, że przy takiej liczbie absolwentów prawa, jaka opuszcza polskie uczelnie, otwarcie dostępu do zawodów prawniczych było nieuniknione. Gdy za dwa, trzy lata na rynku pojawią się setki nowych kancelarii notarialnych ich klienci – jak nigdy dotąd – będą mogli przebierać w ofertach. Dochody niektórych kancelarii zapewne spadną.

Prezes Krajowej Rady Notarialnej Lech Borzemski sugeruje, że obawy przed nastaniem czasów „dzikiej” konkurencji między notariuszami rozwiązałoby wprowadzenie limitu przy naborze na aplikację. Proponuje, by limit ten ustanawiał nie samorząd, lecz Minister Sprawiedliwości. Powołuje się na przykład Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, do której zarówno przy egzaminie na aplikację ogólną, jak i dwie specjalistyczne, obowiązują takie ograniczenia. W efekcie państwo kształci jedynie tyle osób, ile jest potrzebnych później wymiarowi sprawiedliwości i prokuraturze.

Wydaje się jednak, że w walce o limity polskim notariuszom trudno będzie znaleźć sojuszników.

Bezpieczniej, taniej, szybciej
Lech Borzemski - Prezes Krajowej Rady Notarialnej

Fot. Krzysztof Wojciewski

Rozmowa z Lechem Borzemskim, prezesem Krajowej Rady Notarialnej

– Dwie dekady temu polski notariat przeszedł w prywatne ręce. Kto na tym najbardziej zyskał?
– Prawem o notariacie z 1991 r. powróciliśmy do najlepszych przedwojennych tradycji – notariatu łacińskiego, instytucjonalnie wyodrębnionego ze struktur państwowych. Zniknęły państwowe biura notarialne z wielomiesięcznymi kolejkami. Obywatele zyskali także finansowo. W państwowym notariacie podstawowa opłata wynosiła 3 proc. od wartości czynności, bez górnego ograniczenia. Obecnie stawki stały się kilkakrotnie niższe, ustalane są według degresywnej taksy i nie mogą przekroczyć określonego pułapu. Znacznie wzrosła odpowiedzialność notariusza, także majątkowa. Jest bezpieczniej, taniej i szybciej.

– Przeciętny Polak uważa jednak, że to notariusze są największymi beneficjentami ustawy z 1991 r. Szacunki pokazują, że przedstawiciele tego zawodu po prywatyzacji szybko się wzbogacili.
– Największymi beneficjentami są obywatele i państwo. Wzrosło bezpieczeństwo obrotu prawnego, a z nim zaufanie do państwa. Budżet zaoszczędził miliardy na likwidacji państwowego notariatu. Powierzenie notariuszom nowych czynności, choćby poświadczenia dziedziczenia, to wygoda dla obywateli, ogromne odciążenie sądów i wielkie oszczędności państwowej kasy. Niesprawiedliwą łatkę drogiego notariatu przylepiają nam głównie politycy. Klienci wiedzą, że większość sum zostawianych w kancelariach to płacone za naszym pośrednictwem podatki. Dla doraźnych celów politycznych wygodniej jest zrobić z nas czarne owce – jak w 2007 r., kiedy skandaliczną decyzją bez żadnego uzasadnienia obniżono taksę o połowę. Skutki tego wciąż odczuwamy.

– Za dwa lata na rynku być może pojawi się kilkaset nowych kancelarii. To dobra wiadomość dla klientów. Będą mogli wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę.
– Notariat to sporządzanie dokumentów urzędowych, nie supermarket. Zadaniem notariuszy jest zapewnianie bezpieczeństwa klientom. I za to należy się im odpowiednie wynagrodzenie. Ściganie się na ceny niosłoby ze sobą ryzyko obniżenia standardów. A to już byłoby groźne i dla klientów, i dla państwa. W większości państw Europy liczba notariuszy jest ustalana przez władze państwowe, a stawki taksy notarialnej są sztywne. W Polsce pracujemy dziś na zupełnie szalonych zasadach. Albo państwo się zreflektuje i wprowadzi u nas podobne regulacje, albo stracimy jeden z lepszych notariatów europejskich.