Tortury w państwie prawa

Tagi: , , ,
Adam Bodnar

Rys. Łukasz Jagielski

Dlaczego przez lata żaden sędzia nie domagał się wyjaśnienia kwestii tajnych więzień CIA? Dlaczego sędziowie nie protestują przeciwko publicznym wypowiedziom akceptującym stosowanie tortur? Gdzie tu dbałość o poszanowanie Konstytucji?

Śmierć Bin Ladena oraz najnowsze informacje nt. więzień CIA w Polsce spowodowały ożywioną debatę na temat dopuszczalności stosowania tortur. Najpierw redaktor Tomasz Lis stwierdził, że jeśli tortury mają doprowadzić do ocalenia ludzkich istnień, to jest zdecydowanie za ich stosowaniem. Przeciwników tortur porównał do subtelniaczków, którzy o swoich dylematach dyskutują przy kawiorze i kawie latte. Podobnie, redaktorzy Wojciech Czuchnowski oraz Bartosz Węglarczyk z „Gazety Wyborczej” nie mieli specjalnego problemu moralnego z przyzwoleniem na torturowanie osób podejrzewanych o terroryzm.

Powyższe głosy muszą niepokoić. Jeszcze niedawno podobne stanowiska należały do ekstremum polskiej debaty. Tymczasem okazuje się, że dziś media uznawane za liberalno-centrowe swobodnie głoszą poglądy, które stoją w rażącej sprzeczności z normami Konstytucji RP (art. 40) i standardami międzynarodowymi.

Przy tworzeniu obecnej Konstytucji oczywiste było, że zakaz tortur oraz nieludzkiego i poniżającego traktowania ma mieć charakter absolutny. Nie powinien podlegać żadnym ograniczeniom, nawet w stanach nadzwyczajnych. Przemawiało za tym szereg mocnych argumentów (naruszenie godności, nieefektywność tortur, kwestia domniemania niewinności), czy względy historyczne (SB, ZOMO, doświadczenie okupacji hitlerowskiej). Najwyraźniej jednak dla wielu osób powyższa zasada stała się co najmniej niewygodna. W czasach zagrożenia terroryzmem zwycięża żądza szybkiego zdobycia dowodów, śladów, zeznań. Od tego już blisko do akceptacji tortur jako środka do uniknięcia zagrożenia. Może także pojawiać się myślenie, że przecież chodzi o torturowanie obcych, a nie naszych – bo torturowanie „naszych” dopuszczalne oczywiście nie jest.

Jak to się stało, że w XXI wieku większość społeczeństwa i wiodące media nie akceptują tego, co zostało przyjęte pod koniec XX wieku? Truizmem jest stwierdzenie, że świat się zmienił. W 1997 r. zagrożenie terroryzmem oczywiście nie było tak wszechobecne. Nie było jeszcze wtedy wydarzenia o podobnej emocjonalnie skali, co ataki z 11 września 2001 r. Z tym dniem rozpoczęła się nowa epoka, także w umysłach wielu osób. Jeśli teraz myślimy o torturach, to właśnie przez pryzmat anonimowej ofiary dużego wieżowca. Tymczasem stosowanie tortur przez administrację Busha okazało się skandalem na skalę międzynarodową. Wielu obywateli USA, w tym środowiska akademickie i elity, wciąż odczuwa wstyd, że ich kraj – promotor demokracji na świecie – stał się przykładem tak daleko idącej hipokryzji i naruszeń. Efektem tego wstydu jest m. in. ostracyzm środowiskowy wobec prof. Johna Yoo, który był prawnikiem autoryzującym program „wzmocnionych technik przesłuchań” (enhanced interrogation techniques).

„Tortury stoją w rażącej sprzeczności z Konstytucją RP i standardami międzynarodowymi”

Problem z torturami to także brak zrozumienia dla mechanizmów funkcjonowania państwa i odpowiedzialności osób indywidualnych. W kontekście przyzwolenia na tortury najczęściej przywoływany jest scenariusz „tykającej bomby”. Istnienie bezpośredniego, znanego zagrożenia, któremu można zapobiec poprzez zastosowanie tortur, jest koronnym argumentem przywoływanym za ich stosowaniem. Czym innym jest jednak przyzwolenie przez państwo na tortury, a czym innym podjęcie indywidualnej decyzji przez konkretnego funkcjonariusza publicznego.

W pierwszym przypadku państwo autoryzuje tortury. Określa sytuacje, w których można je stosować, wskazuje służby odpowiedzialne, zasady przeprowadzania, dopuszczalne techniki, procedury. Trzeba jednak liczyć się z tym, że różne służby mają tendencję do kreowania wyników swojej pracy, zdobywania zeznań, a w tym przypadku – do torturowania coraz większej liczby osób.

W drugim przypadku państwo nie pozwala na tortury. Może się jednak znaleźć funkcjonariusz, który podejmie decyzję o ich zastosowaniu. Zdając sobie sprawę z łamania prawa, decyduje się na to. Być może dzięki temu ochroni społeczeństwo przed konkretnym zamachem bombowym, uratuje ludzkie życie. Po wszystkim funkcjonariusz taki oddaje się w ręce policji, a więc podejmuje decyzję o odpowiedzialności za „bolesne obywatelskie nieposłuszeństwo”. Nie staje się przez to bohaterem, nie opowiada dziennikarzom o swoich czynach popijając latte. Jeżeli sąd zważy należycie jego racje i oceni szkodliwość społeczną czynu, to może mieć szansę na zmniejszenie odpowiedzialności karnej. Ale nie na niewinność, bo jednak przestępstwo zostało popełnione.

Okazuje się, że nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć społeczeństwu, mediom, politykom tych różnych odcieni szarości związanych ze stosowaniem tortur. Nie jest to jednak tylko porażka działaczy praw człowieka. Jest to także porażka przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, którzy przecież powinni stać na straży konstytucyjnych pryncypiów.

Dziwić może, że przez lata nie słychać było żadnego poważnego głosu władz sądowniczych, stowarzyszeń sędziowskich czy indywidualnych sędziów, postulujących wyjaśnienie kwestii istnienia więzień CIA w Polsce. Dziwić może, że nie słychać teraz protestów przeciwko wypowiedziom wspomnianych dziennikarzy, nawoływań do rozsądku, do zrozumienia i poszanowania pryncypiów.

Czyżby zainteresowanie Konstytucją dla większości sędziów kończyło się na art. 178 ust. 2?