Sąd na miarę obywatela. Potrzeba chwili czy konieczność?

Interesant na pomoc po prostu zasługuje. Wsparcie i rzetelna informacja, które powinny być domeną sądów, nie stoją przy tym w sprzeczności ani z powinnościami sędziego, ani sądowego urzędnika.

Dla sędziego obywatel to przede wszystkim strona sporu. Ktoś, kogo musimy wysłuchać z należytą uwagą, ale musimy przede wszystkim traktować z bezstronnością. Dystans pomiędzy nami a obiema stronami sporu musi być dokładnie taki sam. Obywatel może proces wygrać lub przegrać, również wskutek własnych błędów lub zaniechań. Zwłaszcza procedura cywilna, zakładająca kontradyktoryjność procesu i „równość broni” stron, powoduje, że widząc błąd obywatela sędzia nie może interweniować. Każda pomoc dla jednej ze stron oznacza szkodę dla drugiej, świadczyć również może o braku obiektywizmu sędziego. Ta prosta prawda dla każdego powinna być zrozumiała.

Pozostaje jednak jeszcze drugie, nie mniej ważne znaczenie słów „obywatel w sądzie”. Znaczenie, którego my, osoby pracujące w sądach, nie rozumiemy lub nie doceniamy. Otóż obywatel w sądzie to z reguły tzw. przeciętny Kowalski. Osoba bez wykształcenia prawniczego, dla której sąd jest instytucją niezrozumiałą i przerażającą. Praca sądów jest dla takiego obywatela całkowicie nieznana. Każdy, kto próbował wyjaśnić jakiś problem sądowy osobom spoza branży prawnej, zapewne wie, co mam na myśli.

Nieznajomość prawa to dopiero początek, wierzchołek góry lodowej. Problemem dla obywatela w sądzie jest brak podstawowych umiejętności praktycznych, np. sporządzenia pisma, orientacji w sposobie uiszczenia opłaty sądowej, wiedzy o tym, jak dotrzeć na salę rozpraw czy do którego sekretariatu się udać. Dziesiątki błahostek, które dla pracowników sądów nie istnieją. Co gorsza, zdarza się, że nieporadne zachowanie i pytania interesantów budzą irytację sądowego personelu, zamiast współczucie i chęć niesienia pomocy…

Do wspomnianej nieporadności dochodzi jeszcze bardzo silny stres towarzyszący obywatelowi podczas każdej wizyty w sądzie, uczucie zwykle nieporównywalne z innymi doświadczeniami życiowymi człowieka. Wszak wkraczając do budynku Temidy interesant spodziewa się rozstrzygnięcia spraw dla siebie najważniejszych – kwestii dotyczących pieniędzy, pracy, nieruchomości stanowiącej majątek całego życia, rodziny, dziecka. Spodziewa się rozstrzygnięcia, przy czym nie ma żadnej pewności, jakie ono będzie.

Uprzejmość popłaca

O tych wszystkich ograniczeniach powinniśmy pamiętać patrząc na interesanta w sądzie. Warto przy tym zadać sobie pytanie, kiedy o osobie wchodzącej do sekretariatu lub na salę rozpraw myśleliśmy jak o człowieku będącym w obcym środowisku, nie do końca rozumiejącym, co się do niego mówi, szukającym pomocy? Czy kiedyś przyszło nam na myśl, że nerwowe zachowanie to oznaka stresu, a nie agresja?

Jestem pewien, że cały sens rozważań o tym, jak powinien wyglądać kontakt z obywatelem, sprowadza się do życzliwego spojrzenia na osoby wchodzące do gmachu sądu. To jedno założenie – że interesanci na korytarzach sądu i w sali rozpraw są zestresowani i nie do końca rozumieją, co do nich mówimy – powinno nam towarzyszyć, jeśli chcemy choć trochę ułatwić obywatelom życie, na co przecież zasługują.

Także i nam, orzekającym oraz pracującym w sądach, taka postawa się opłaca. Śmielszy świadek to dokładniejsze zeznania w sali, dobrze poinformowana strona procesu to trochę mniej awantur i scysji w sekretariatach. Przy tego rodzaju pracy każdy oszczędzony stres jest bezcenny. Warto zatem poświęcić czas na wysłuchanie i wytłumaczenie czynności sądowych, orzeczeń, oczywiście w ramach obowiązującej procedury, tym obywatelom, którzy wykazują się zwyczajną nieporadnością czy brakiem zrozumienia podjętych decyzji.

Po drugie, lepsza jakość kontaktów między sądem a obywatelem to trochę większa szansa na to, że zrozumiemy się wzajemnie. Każdy sędzia zna z autopsji sytuację, gdy po ogłoszeniu wyroku, na pytanie „Czy Pani/Pan rozumie wyrok?”, pada odpowiedź: „Oczywiście, tak”, a po chwili ciszy skonsternowana strona zaczyna dopytywać, czy sprawę wygrała, czy ją przegrała. Nie ma wyjścia, za komunikat odpowiada nadawca. Zawsze musimy słuchać ludzi, do których mówimy i swój przekaz do nich dostosowywać.

Zaznaczyć przy tym należy, że od lat zgłaszany przez sędziów postulat dotyczący konieczności objęcia Polaków podstawową prawną edukacją pozostaje nadal aktualny. W kontekście braku takiej edukacji tym istotniejsze będą starania sędziów, by strony rozumiały podstawy podejmowanych w ich sprawach decyzji. Każde uzasadnienie wyroku to przecież również element edukacji.

Kwestia zrozumiałego języka

Oto przykład z życia wzięty. Na rozprawę apelacyjną w sądzie okręgowym, dotyczącą skomplikowanego rozgraniczenia nieruchomości na Kaszubach, wchodzi świadek, starszy wiekiem mężczyzna. Na pytania sądu odpowiada mrukliwie, jakby ich nie słyszał albo nie chciał zrozumieć. Przewodniczący składu, sędzia z ogromnym doświadczeniem, po paru próbach w końcu odzywa się po kaszubsku. Chwila ciszy i świadek zaczyna zeznawać po kaszubsku wszystko, co wie. Wychodząc z sali pozdrawia skład sędziowski z wyraźnym szacunkiem. Powód – był w sądzie, który rozumiał i który zrozumiał jego.

Oczywiście, nie w każdej sprawie życzliwe, pro-obywatelskie nastawienie sądu jest możliwe. Najważniejsze, byśmy chcieli być uważnymi obserwatorami, którzy potrafią wybrać sposób komunikacji dostosowany do potrzeb i możliwości stron. Oczywiście, nikt nie jest w stanie w kilku zdaniach rzetelnie uzasadnić wyroku w kilkuletnim procesie. Zawsze jednak możemy wybrać dwa, trzy zdania wskazujące na to, co nas do takiego wyroku przekonało. I ten jeden, dwa argumenty możemy wyłożyć na początku ustnego uzasadnienia, możliwie jak najbardziej zrozumiale dla „nieprawnika”. To naprawdę wystarczy. Biorąc pod uwagę współczesne mechanizmy percepcji informacji, to te kilka pierwszych zdań zdecyduje o przyswojeniu treści wyroku przez strony procesu. Uzasadnienie prawne motywów wyroku będzie interesowało tylko obecnych na sali pełnomocników.

Sąd nie zaczyna się na rozprawie

Poza salą rozpraw możliwości ułatwiania kontaktu obywatela z sądem są jeszcze szersze, przy czym każde udogodnienie dla interesanta warto rozpowszechnić. Świadomie używam określenia „interesant”, bowiem w kontakcie z sądem obywatel ma prawo wymagać sprawnego i uprzejmego traktowania, czy jak życzyliby sobie niektórzy, „obsłużenia”.

W tym zakresie sąd pełni funkcję usługową, dokładnie jak urząd. Nie trzeba się zżymać na to określenie, ale przyjąć do wiadomości, że cała sfera kontaktu z obywatelami w sądzie poza salą rozpraw jest właśnie obsługą interesanta. Obsługa taka powinna być szybka, kompetentna i życzliwa. Zmiany organizacyjne w sądach temu sprzyjają, punkty czy też biura obsługi interesanta pomału stają się standardem, podobnie jak wyodrębnione czytelnie akt.

Od rozwiązań organizacyjnych ważniejsza jest jednak postawa nas samych, orzeczników i pracowników sekretariatów. Idealna to taka, w której interesant nigdy nie jest pozostawiony sam sobie, pozostając cały czas pod opieką pracowników sądu. I nie chodzi tylko o przyjęcia interesantów przez kierowników sekretariatów lub wyznaczonych pracowników, lecz kontakt choćby na korytarzach sądu, gdzie zawsze błądzący interesant powinien wzbudzać życzliwe zainteresowanie pracowników sądu i pytanie o potrzebną pomoc.

W interesie nas samych Tak być powinno, ale niestety nie zawsze tak jest. Wciąż można spotkać krążące po sądowych korytarzach osoby z wezwaniem w ręku i zagubieniem w oczach szukające właściwej sali, a w sekretariatach – interesantów długo stojących w milczeniu, bo nikt z pracowników nie zwraca na nich uwagi.

Adwokat czy radca prawny poradzi sobie w sekretariacie sądowym, bo wie, czego szuka i co chce załatwić. Osoba będąca w sądzie po raz pierwszy nie poradzi sobie bez naszej pomocy. Tymczasem w sądzie to my jesteśmy w pracy. Naszym obowiązkiem jest podejść i zapytać, w czym możemy pomóc. To nam, pracownikom i orzecznikom, taka postawa opłaci się najbardziej. Jeżeli na czas pokażemy właściwą salę świadkowi, sprawa nie „spadnie” i nie trzeba będzie rozpisywać jej na nowo. Jeżeli dokładnie wytłumaczymy, co ma być wypisane na wniosku o zwrot kosztów dojazdu dla świadka, sędzia nie będzie wzywał do uzupełnienia braków, a to już jedno pismo mniej do wysłania.

Czasem mówi się, że połowa pracy w sądzie wynika z błędów oraz niedokładności stron i innych osób wzywanych na rozprawy. Spróbujmy tę połowę naszej pracy wyeliminować informując dokładnie i kompetentnie, czego sąd od obywatela wymaga. Spróbujmy też pamiętać, że każdy błąd czy zaniechanie w obsłudze interesanta odbije się na nas samych – będzie wymagać dodatkowej pracy, popsuje też opinię wymiarowi sprawiedliwości szybciej niż potrafimy ją budować. Jedna niepotrzebna scysja w sekretariacie będzie niestety bardziej pamiętana niż godziny prawidłowej obsługi interesantów.

Na poprawę relacji sąd-obywatel może również wpłynąć mierzenie tzw. poziomu zadowolenia klientów i informowanie o wynikach tych badań pracowników. W Sądzie Okręgowym w Słupsku wprowadzono rozwiązanie polegające na pozostawieniu w ogólnodostępnych miejscach w gmachu sądu anonimowych ankiet dotyczących oceny urzędników przez interesantów. Jednocześnie oceny te są częścią oceny pracownika i są brane pod uwagę przy nagrodach rocznych. Wytworzyło się ciekawe sprzężenie dodatnie – znakomita większość ocen jest pozytywna, o czym pracownicy są informowani. Z kolei docenieni i zadowoleni urzędnicy świadczą lepszą obsługę interesantom.

Docenić media

Próbę otwarcia sądu na obywatela, także w ramach edukacji prawnej, warto podjąć poprzez środki masowego przekazu. Dziennikarze to dla sędziów temat rzeka i to często rzeka zdradliwa – z nimi źle, a bez nich nie lepiej. Truizmem jest stwierdzenie, że roli rzecznika prasowego w sądzie nie da się przecenić, choć trochę trwało, zanim prawda ta przebiła się do naszej świadomości.

Podstawowym argumentem przemawiającym za współpracą z mediami jest fakt, że jeżeli jakaś sprawa zdobędzie status sprawy medialnej, dziennikarze po informacje o nią najpierw przyjdą do sądu. Jeżeli ich nie otrzymają, zaczną szukać gdzie indziej. To fakt, media bywają stronnicze lub podają stan rzeczy niedokładnie, dlatego jeśli znajdą inne niż sąd źródło informacji, przekłamań może być całe mnóstwo. Jeśli zatem zależy nam na rzetelnym przekazie, a co za tym idzie dobrym wizerunku sądu, nie ma wyjścia – musimy informację przygotować sami. I tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć dziennikarzowi procedury bez końca.

Dobrym sposobem na poprawne ułożenie relacji z mediami może być także organizowanie wspólnych spotkań. Podczas wizyty w Niemczech, w związku z nawiązaniem kontaktów przez Sąd Okręgowy w G dańsku z Wyższym Sądem Krajowym w Oldenburgu, miałem okazję wziąć udział w organizowanym przez Wyższy Sąd Krajowy w Brunszwiku dorocznym spotkaniu sędziów i prokuratorów (nie tylko rzeczników prasowych) z lokalnymi mediami. Okazuje się, że w nieformalnej atmosferze trochę łatwiej przedstawić wzajemne żale (nota bene dokładnie takie, jakie znamy z polskiego podwórka – z jednej strony zarzuty niedokładności w przekazywaniu informacji, z drugiej – braku komunikatywności). Możliwość wzajemnego lepszego poznania się w takim gronie z pewnością jest bezcenna. W końcu, parafrazując znane stwierdzenie, żeby być dobrym sędzią trzeba lubić ludzi, żeby być dobrym sędzią-rzecznikiem trzeba lubić dziennikarzy. Choć to drugie bywa zwykle trochę trudniejsze.

Omówienie sprawy – pod rozwagę

Doświadczenia zdobyte podczas wspomnianej wizyty w Niemczech dodatkowo utwierdziły mnie i moich kolegów sędziów w przekonaniu, że na złą opinię o sądach w dużej mierze rzutuje stosowana w Polsce procedura, zwłaszcza w sprawach cywilnych. Najważniejszą i prawie szokującą różnicą pomiędzy polską i niemiecką procedurą cywilną jest obowiązująca u naszych sąsiadów zasada uprzedzania stron o poglądach i zamiarach sędziego w trakcie procesu. W Niemczech wydanie „wyroku z zaskoczenia” to wręcz jedna z podstaw do jego uchylenia.

Przy pierwszej obserwacji rozprawy cywilnej przed sądem niemieckim takie prowadzenie sprawy wprowadziło mnie w konsternację. Spór toczył się o ochronę znaku towarowego. Po wysłuchaniu stanowiska stron sędzia oświadczył powodowi, że nie podziela jego argumentów, ale jeżeli pozwany (duża sieć handlowa) chce ugody, to proszę bardzo, „możemy rozmawiać”. Odbyło się to przed rozpoczęciem postępowania dowodowego, zaraz po wysłuchaniu stanowisk stron. Warto dodać, że zarówno po stronie powodowej, jak i pozwanej, strony były reprezentowane przez adwokatów.

Przy analogicznym wystąpieniu sędziego w polskiej procedurze cywilnej należałoby się spodziewać co najmniej wniosku o jego wyłączenie, jeżeli nie skargi do prezesa. A w Niemczech? Pełnomocnik powoda trochę podyskutował, a potem zaczął z kolegą rozmawiać o ugodzie. I zadziałało – prościej i szybciej niż przy naszym modelu procedowania.

Przy tak skonstruowanej procedurze odpada również kwestia stresu stron nieposiadających wiedzy prawnej, które po rozprawie fatygują się do prezesa sądu na skargę, że sędzia ani słowem nie zareagował na twierdzenia strony przeciwnej, które są absolutnie nonsensowne. Po wyjaśnieniu, że właśnie tego wymagają od sędziów zasady postępowania, interesanci tacy są uspokojeni, ale zawsze dziwią się, dlaczego procedura tak wygląda.

Zysk przy bliższym poznaniu

Życzliwe traktowanie obywatela w sądzie oraz postawa otwartości opłaca się samym sędziom i urzędnikom sądowym. Po pierwsze, dzięki takim cechom i postawom łatwiej się nam wszystkim w sądzie pracuje. Po drugie, takie postawy nie powodują, by sędzia tracił coś ze swojej bezstronności i obiektywizmu, zaś urzędnik sądowy – postępował wbrew obowiązkom, do których wypełniania jest powołany.

Dzięki otwarciu sądów na obywateli będziemy mogli pokazać trudy naszej pracy, a przy tym liczyć na zrozumienie tzw. szerokiej opinii publicznej. My wiemy, że pracujemy bardzo ciężko, dzięki otwartej postawie mamy szansę przekonać o tym społeczeństwo. Co więcej, robimy w tym kierunku całkiem sporo. Jak dużo, pokazują zeszłoroczne badania poziomu zaufania do sądów zamówione przez Krajową Radę Sądownictwa. Objęto nimi dwie grupy respondentów – oddzielnie tych, którzy mieli kontakt z sądem, oddzielnie zaś tych, którzy czerpali wiedzę o sądach z innych źródeł. Okazało się, że poziom zaufania do sądów w grupie badanych, którzy sami zetknęli się z sądem, był dwukrotnie wyższy niż w drugiej grupie. Jak widać, sąd zyskuje przy bliższym poznaniu.

Poziom zaufania do sędziów nie jest może jeszcze tak wysoki, jak byśmy chcieli, choć z roku na rok wzrasta. Pozostaje jedynie stale nad tym zaufaniem pracować, by nie stracić tego, co już osiągnęliśmy. Nieważne, jak to zrobimy – poprzez zrozumiałe słownictwo, uprzejme traktowanie interesanta w sekretariacie sądu, wyczerpujący i kompetentny komunikat prasowy czy czytelną stronę internetową. Ważne by pamiętać, że nikt inny tego za nas nie zrobi.

Autor jest sędzią, wiceprezesem Sądu Okręgowego w Gdańsku,
wcześniej pełnił obowiązki rzecznika prasowego tego sądu