Kilka życzeń adwokata

Tagi: , , ,
Jacek Dubois

Rys. Łukasz Jagielski

W amerykańskich filmach procesy karne kończą się błyskawiczną ugodą. Po latach i my dostaliśmy taką szansę – instytucję dobrowolnego poddania się karze. Czy z niej skorzystamy?

Sprawa czeka z wejściem na wokandę, bo sądy są przeciążone – to słyszą pokolenia prawników proszących o wyznaczenie terminu. Mimo reform wymiaru sprawiedliwości, zaległości w rozpoznawaniu spraw nadal są. Jako miłośnik amerykańskich kryminałów od dziecka widziałem, że procesy karne można zakończyć błyskawiczną ugodą. Po latach i my dostaliśmy taką szansę. Wprowadzono instytucję dobrowolnego poddania się karze. Pomysł wyśmienity – jeden przepis pozwolił zwielokrotnić ilość rozpoznawanych spraw. Mam tylko wątpliwość, czy ta instytucja jest dostatecznie wykorzystywana. Dlaczego wnioski można składać tylko w sprawach o występki? To rozwiązanie sugeruje brak zaufania ustawodawcy do pracowników wymiaru sprawiedliwości. Wniosek uwzględnia się, jeśli wina oskarżonego nie budzi wątpliwości, zaproponowana kara jest sprawiedliwa a strony się na to godzą. Zatem sąd ma podjąć te same decyzje, które podjąłby w procesie. Jaka jest logika, że z instytucji tej może skorzystać osoba wprowadzająca do obrotu środki odurzające, a prawa takiego pozbawiony jest oskarżony produkujący narkotyki. Z czego wynika założenie, że sąd bez procesu będzie zdolny podjąć prawidłowe decyzje w sprawach zagrożonych mniejszymi sankcjami, zaś zdolności takiej nie będzie miał w sprawach zagrożonych wysoką karą?

W praktyce sądy same ograniczyły się w tym zakresie. Wniosek można uwzględnić, kiedy wina oskarżonego nie budzi wątpliwości. Z przepisu nie wynika, że musi się to łączyć z przyznaniem oskarżonego. Wystarczy pewność sądu co do winy i wola oskarżonego by być osądzonym w tym trybie. Na ogół sądy nie uwzględnią złożonego wniosku, bez równoczesnego złożenia deklaracji, co do winy. Ta praktyka eliminuje wiele spraw, w których mogłoby zapaść rozstrzygnięcie bez długiego procesu. W środowiskach przestępczych zasadą jest nieprzyznawanie się do jakichkolwiek zarzutów. Osoba to respektująca nie przyzna się nawet, gdy dowody nie pozostawiają cienia wątpliwości. Oskarżony często chciałby być osądzony bez procesu, pod warunkiem, że nie musiałby składać oświadczeń, co do winy tylko ograniczyć się do zaproponowania kary za czyny, do których nie chce się przyznać. Sądy nie akceptują takiej filozofii.

Konsekwencją są wieloletnie procesy. Podobne mechanizmy pojawiają się w sprawach dotyczących wielu oskarżonych, którzy wiedząc, że nie unikną odpowiedzialności, nie przyznają się, by nie obciążyć współoskarżonych. Gdyby mogli być skazani bez wypowiadania się, co do winy i stanu faktycznego, wielu by z tego skorzystało.

Z czego wynika założenie, że sąd bez procesu będzie zdolny podjąć prawidłowe decyzje w sprawach zagrożonych mniejszymi sankcjami, zaś zdolności takiej nie będzie miał w sprawach zagrożonych wysoką karą?

Daleka od ideału jest procedura składania wniosku. Najczęściej adwokat ocenia materiał dowodowy i udziela klientowi rad, co do jego szans. Często oceny są inne niż wyobrażenia klienta, a adwokat zgodnie z zasadą działania na jego korzyść sugeruje zasadność dobrowolnego poddania się karze. Przewiduje, że nieuchronny wyrok skazujący wydany w tym trybie będzie korzystniejszy od tego, który zapadnie po procesie. W konsekwencji obrońca musi przekonać klienta, by przyznał się, nie mając pewności, czy wnioskowi nie sprzeciwią się strony i czy zaakceptuje go sąd. Oskarżony domaga się od adwokata gwarancji skuteczności. W przypadku niepowodzenia odium spada na obrońcę. W praktyce wnioski przed złożeniem omawia się z prokuraturą. Zdarza się, że prokuratorzy odmawiają negocjacji i ustosunkowują się do propozycji dopiero po jej złożeniu na rozprawie. Trudno przekonać klienta do celowości przyznania się, nie mogąc mu powiedzieć, jakie będą tego konsekwencje. Często zwycięża konformizm. Po co namawiać i narażać się na pretensje, lepiej niech wyrok zapadnie po procesie.

Gdy dojdzie do przedprocesowych ustaleń, zdarzają się niespodzianki. W jednej ze spraw oskarżony nieprzyznający się do winy, zadeklarował chęć zmiany stanowiska, gdy prokuratura zaakceptuje wniosek o karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania. Prokurator wyraził zgodę a klient przyznał się. Gdy sąd dyktował, że wniosek uwzględnia, prokurator zmienił stanowisko. Na obwolucie akt miał napisane, że ma wnosić o wymierzenie kary bezwzględnej, czego nie zauważył.

Przykład ten obrazuje, że ustawodawca nie zapewnił oskarżonym realnych gwarancji procesowych, a podsądni nie chcą ryzykować. Rozwiązanie wydaje się proste – wprowadzenie instytucji pisemnych ugód, które mogłyby zawierać strony, czy też posiedzenia sądu wyznaczane w celu negocjacji warunków ugody. W przypadku porozumienia, po akceptacji sądu byłyby podstawą wyroku, zaś w przypadku nieuzgodnienia stanowisk, przebieg posiedzenia nie miałby wartości dowodowej.

Kolejne ograniczenie stosowania omawianej instytucji to sprawy, gdzie oskarżonemu stawia się wiele zarzutów. Ustawodawca przyjął niezrozumiałą zasadę – wszystko albo nic. Nie można poddać się karze, gdy oskarżony nie przyznaje się do chociażby jednego z zarzutów. Czy nie prościej byłoby uwzględnić częściowy wniosek a w pozostałym zakresie prowadzić postępowanie?

W konsekwencji kilka zmian mogłoby zwielokrotnić ilość rozpoznawanych w tym trybie spraw. Jeśli można skrócić kolejkę do wymiaru sprawiedliwości, czemu z tej szansy nie korzystać?