Reforma polskiego sądownictwa trwa. Trwa już kilkanaście lat – ku utrapieniu sędziów pracujących w atmosferze braku stabilizacji, oraz obywateli, którzy nie mogą doczekać się pozytywnych efektów tych zmian. Tymczasem, zamiast kolejnych reform, potrzeba nam woli współpracy ze strony rządzących oraz spójnej strategii ich działań.Sądownictwo to struktura, której najbardziej chyba przydałoby się poczucie stabilizacji, ciągłości i bezpieczeństwa. Na stabilizację i bezpieczeństwo, jak mało który sektor, wymiar sprawiedliwości liczyć akurat nie może.
Trudno spamiętać, ile to już razy od 2001 roku zmieniano ustawę Prawo o ustroju sądów powszechnych. Ministrów Sprawiedliwości w tym czasie też już mieliśmy kilku. Wszyscy oni deklarowali chęć dokonania niesłychanie korzystnych zmian, zaś każda partia polityczna będąca w opozycji demonstrowała prawdziwą troskę o stan polskiego wymiaru sprawiedliwości. W ogólnonarodowej dyskusji na temat ułomności polskiej Temidy oczywiście brali i biorą udział sami sędziowie. Panuje jednak dość rozpowszechnione przekonanie, że jesteśmy grupą korporacyjną dbającą wyłącznie o własne interesy, dlatego nasz głos w ogólnym gwarze jest słabo słyszalny.
Nieskuteczne lekarstwa
Często zmieniane pomysły na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości oraz częsta zmiana jego struktur organizacyjnych nie usprawnia funkcjonowania sądów, a raczej przysparza problemów i kosztów. Jednym z takich przykładów jest właściwość sądów. Błędem było powierzenie sędziom orzekania w sprawach wykroczeń. Obniża to rangę urzędu i powoduje zalew sprawami nie dającymi intelektualnej satysfakcji. Jeżeli nawet przyjąć, ze sprawy te – ze względu na argumenty podnoszone przez konstytucjonalistów – trzeba zostawić w sądach, to powinni orzekać w nich referendarze z prawem zaskarżania ich orzeczeń do sądu. Sądy nie muszą też prowadzić rejestru wszystkich podmiotów gospodarczych.
| Irena Kamińska: |
| „Sędzia powinien zajmować się wyłącznie wymiarem sprawiedliwości, a nie dziesiątkami czynności, które z powodzeniem może wykonać ktoś inny”. |
Wydziały grodzkie w sądach rejonowych, które miały być receptą na zalew drobnych spraw dających się szybko załatwić przy uproszczonej procedurze, zostały zlikwidowane. Likwidowano też niektóre sądy, aby większość z nich utworzyć na nowo. Przykładem mogą być sądy okręgowe w Koninie, Przemyślu i Sieradzu, a przykładem kuriozalnym – Sąd Okręgowy w Ostrołęce, który zlikwidowano w lipcu i odtworzono w październiku tego samego roku. Nie uratowały nas nawet osławione sądy 24-godzinne.
Kolejne diagnozy i lekarstwa okazują się nieskuteczne, tymczasem stan pacjenta gwałtownie się pogarsza. Jaki zatem jest obecnie stan polskiego sądownictwa i co należy zrobić, aby go poprawić?
Zbyt duże obciążenie, za mała elitarność
W 2008 roku do sądów wpłynęło około 11 mln spraw. Wpływ ten miało opanować około 10 tys. sędziów, z czego wynika, że każdy z nich powinien w ciągu roku załatwić blisko tysiąc spraw. Bałamutne są twierdzenia, że realne obciążenie sędziego nie jest tak duże, gdyż większość z tych spraw to sprawy drobne, dające się załatwić w krótkim czasie i przy niewielkim nakładzie sił. Już samo stwierdzenie prawomocności w kilkuset sprawach rocznie, którego musi dokonać sędzia, angażuje go niepotrzebnie w czynności nie mające nic wspólnego z orzekaniem. Argument, że są to sprawy drobne, powinien przemawiać za wprowadzeniem rozwiązań ustawowych, które pozwoliłyby załatwiać te sprawy referendarzom, przy możliwości złożenia środka odwoławczego od ich rozstrzygnięć do sądu.
| Irena Kamińska: |
| „Dziś jest nas zbyt dużo, by urząd sędziowski był naprawdę elitarny, a co za tym idzie atrakcyjny finansowo”. |
Mamy zatem za szeroką kognicję, zakres obowiązków nie zawsze odpowiadający roli, jaką powinniśmy pełnić w państwie prawa, oraz nierównomierne obciążenie ilością spraw. Zbyt szeroki zakres obowiązków spowodował, że przez kilka lat liczba sędziów ciągle rosła. Dziś jest nas zbyt dużo, by urząd był naprawdę elitarny, a co za tym idzie atrakcyjny finansowo.
Kto zatem i co powinien zrobić, aby wreszcie sądy pracowały sprawnie ku zadowoleniu obywateli i sędziów?
Potrzeba spójnej strategii
Poprawa kondycji wymiaru sprawiedliwości niewątpliwie leży w kompetencjach rządu, który – ponosząc przecież polityczną odpowiedzialność za stan państwa i trzeciej w nim władzy – powinien na serio zająć się problemem. Obecnie niestety traktuje go marginalnie.
Wobec częstych zmian na stanowisku ministra sprawiedliwości to rząd lub Sejm w przyjętym przez siebie dokumencie powinien określić długofalową strategię naprawy polskiego sądownictwa. Może wreszcie czas zjednoczyć wszystkie siły dla uzdrowienia jednego z najważniejszych segmentów państwa prawa, jeżeli naprawdę chcemy państwo prawa mieć. Kolejni ministrowie sprawiedliwości byliby zobowiązani do realizacji przyjętego programu. Zapewniłoby to ciągłość i spójność przeprowadzanym reformom, a tym samym uchroniło sądy przed permanentną zmianą proponowanych koncepcji. W dokumencie takim powinny znaleźć się propozycje dotyczące rozwiązania wszystkich wskazanych wcześniej problemów.
Należałoby przede wszystkim ograniczyć kognicję sądów oraz zakres obowiązków sędziów. Można to zrobić przekazując część spraw referendarzom, rozwijając pozasądowe sposoby rozstrzygania sporów (np. w drodze mediacji), a także wyprowadzając z sądów część obecnie kierowanych do nich spraw (np. spraw rejestrowych). Sędzia dla sprawnego funkcjonowania musi mieć też odpowiedni zespół asystencko-urzędniczy i jego zagwarantowanie powinno stać się ważnym elementem takiego planu naprawy.
Musimy też wreszcie poczuć się współodpowiedzialni za sądy, w których orzekamy. Poczucie współodpowiedzialności bierze się jednak ze współdecydowania. Dlatego tak ważne jest wzmocnienie roli sędziowskiego samorządu, a zwłaszcza roli kolegiów sądów apelacyjnych i okręgowych. Decydowanie przez kolegia, a nie tylko prezesa sądu, o obsadzie stanowisk funkcyjnych zapobiegnie występującym niekiedy praktykom nominowania osób wyłącznie z kręgu towarzyskiego prezesa (bez względu na ich merytoryczną przydatność) lub osób, które zawsze, ale to zawsze mają ten sam pogląd co prezes. Bo również w kierownictwie potrzebne są różnice, a otaczanie się „dworem” prędzej czy później demoralizuje.
Obliczona na lata, realizowana konsekwentnie krok po kroku strategia pozwoliłaby uporać się z od dawna nierozwiązanymi problemami. Zyskałaby też aprobatę sędziów, którzy znając wytyczone cele nareszcie mogliby uwierzyć w sens dokonywanych zmian. Bo reforma wymiaru sprawiedliwości powinna być przeprowadzana z udziałem i przy aprobacie sędziów. Nie jesteśmy, jak twierdzą niektórzy, jedną z korporacji. Orzekamy w imieniu Rzeczpospolitej i od jakości naszych orzeczeń zależy w jakimś stopniu stan państwa prawa. O sądownictwie i jego funkcjonowaniu wiemy więcej niż kolejni ministrowie sprawiedliwości i to my jesteśmy najbardziej zainteresowani jego sprawnym funkcjonowaniem. Jako środowisko nie jesteśmy bez winy, ale także nam zależy na powstaniu mechanizmów eliminujących z urzędu osoby, które nie nadają się do jego sprawowania.
Porozumienie w imię wspólnego dobra
| Irena Kamińska: |
| „Reforma wymiaru sprawiedliwości musi być przeprowadzona z udziałem i przy aprobacie samych sędziów”. |
Powinniśmy wspólnie kształtować sprawne, dobre sądy oraz ich pozytywny wizerunek w społeczeństwie. Ale do tego potrzebna jest współpraca. Bez niej kolejne zmiany będą kontestowane przez środowisko i nie przyniosą zamierzonych efektów. Wzajemne relacje trzeba wreszcie zmienić i chyba przyszedł na to najlepszy moment.
Irena Kamińska
Autorka jest sędzią Naczelnego Sądu Administracyjnego, od października 2008 r. do listopada 2009 r. pełniła funkcję prezesa Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.













