Temida w aferach medialnych

Tagi: , ,
Jolanta Machura-Szczęsna - sędzią Sądu Rejonowego w Gliwicach

Fot. Jacek Jankowski

Prasa, w poszukiwaniu sensacji, formułuje niesprawiedliwe, nierzetelne oceny kondycji wymiaru sprawiedliwości. Wtórują jej politycy, grając wizerunkiem „złych sędziów”. A sami sędziowie? Urażeni, milczą wyniośle. Ze szkodą dla państwa i prawa – pisze sędzia Jolanta Machura-Szczęsna.

Niedawno przez media przetoczyły się kolejne „skandale” z wymiarem sprawiedliwości w tle. Głośna była sprawa „Amber Gold” i późniejsza rozmowa telefoniczna prezesa gdańskiego sądu z dziennikarzem podającym się za pracownika kancelarii premiera. Głośna też była tragiczna historia dzieci odebranych przez Sąd w Pucku i umieszczonych w patologicznej rodzinie zastępczej, również kontrowersyjne wyroki w sprawie stadionowych „pływaków” czy afera z aresztowaniem matki małoletnich dzieci za niezapłaconą grzywnę.

Wszystkie te sprawy bulwersowały media, a społeczeństwo – w tym szczególnie politycy – prześcigali się w komentarzach, w których, oprócz oburzenia, z reguły nie było ani rzeczowych argumentów, ani głębszej refleksji. Zresztą, regułą jest, że w krytycznych wypowiedziach o wymiarze sprawiedliwości rzadko podaje się, czy decyzje sędziów w konkretnych sprawach są zgodne z prawem, czy też prawo łamią. Wystarczy, że w powszechnym odczuciu są niesprawiedliwe.

Dostrzegam mankamenty wymiaru sprawiedliwości, czemu niejednokrotnie daję wyraz w swoich publikacjach w „Na wokandzie”. Jednak obserwacja ostatniej nagonki medialnej na sędziów, która przekroczyła już wszelkie granice, i co gorsza, nie wywołała żadnej merytorycznej reakcji po stronie atakowanych, skłania do poważnych przemyśleń na temat kondycji naszego środowiska, w tym jego zdolności samozachowawczych.

Model patogenny

Zastanówmy się, co tak naprawdę oburza? Często sensacyjne komunikaty to nic innego jak przypadkowo wyłuskane i rozdmuchane przez prasę przykłady zastosowania powszechnie obowiązującego prawa. Chociażby przykład incydentu z „uprzejmością” sędziego, ale równocześnie prezesa sądu, wobec dziennikarskiego prowokatora, sędziego usprawiedliwiającego się podległością służbową wobec premiera.

Przecież, zgodnie z obowiązującym prawem o ustroju sądów powszechnych, prezesów sądów powołuje i odwołuje Minister Sprawiedliwości i to on sprawuje nadzór administracyjny nad sądami. A przed kim odpowiada minister? Przed premierem. Zachowanie w tej sprawie prezesa sądu było zatem formalnie poprawne, jako sędziego – oczywiście niedopuszczalne. Ale czy społeczeństwo wie, że taki właśnie model sądownictwa funkcjonuje w Polsce? Z jednej strony konstytucyjnie odrębnej władzy, z drugiej – władzy zależnej administracyjnie od egzekutywy, a finansowo od Parlamentu.

Mamy takie regulacje, jakie zostały uchwalone przez naszych demokratycznie wybranych reprezentantów. A błędy legislacyjne to w dużej mierze pierwotna przyczyna wielu tzw. afer. Tymczasem przekazy prasowe są enigmatyczne, nastawione na sensację. Umyka w nich kwestia formalnoprawnej poprawności konkretnych zachowań sędziów. Społeczeństwo oburza się na brak zdrowego rozsądku w orzeczeniach sądowych, ale równocześnie akceptowany jest model sędziego – młodego, niedoświadczonego urzędnika, któremu brak odwagi i pewności siebie, bo poddawany jest ciągłej krytyce i w dodatku jest stosunkowo słabo wynagradzany. Nie boję się podnieść argumentu finansowego, wszak – oprócz niewłaściwego systemu zarządzania sądami – jest to jeden z istotnych powodów, dla którego tak niewielu zdolnych praktyków zainteresowanych jest naborem do korpusu sędziowskiego.

Mikrofon

Rys. Łukasz Jagielski

Milczenie owiec czy arogancja?

Nie chcę odnosić się do konkretnych przykładów tzw. medialnych spraw, bo bez znajomości tych kazusów mój komentarz nie różniłby się od powierzchownych i nastawionych na sensację relacji. Jednak ilość i poziom medialnych ataków wydaje się zagrażać wymiarowi sprawiedliwości jako jednemu z najważniejszych filarów demokracji. Dalsza postawa przyzwolenia przedstawicieli sądownictwa i innych opiniotwórczych środowisk na bezpardonową i niekonstruktywną krytykę prowadzi do całkowitej alienacji „trzeciej władzy”, a w konsekwencji do jej marginalizacji i izolacji. Skoro szeregowi sędziowie nie potrafią bronić siebie, czy są wobec tego zdolni stawać w obronie prawa?

Od dawna zastanawia mnie brak reakcji samych zainteresowanych na często niesprawiedliwe zarzuty. Powody są różne. Jeden z nich to niechęć sędziów do komentowania swoich decyzji, utwierdzana przez lata przez starszych lub usytuowanych wyżej w administracyjnej hierarchii „mentorów”, stojących na stanowisku, że sędzia wypowiada się wyłącznie w orzeczeniu i nie wypada mu występować publicznie. Literalna wykładnia tego poglądu jest wygodna, bo obrona swojego stanowiska wymaga wiedzy, odwagi, pewności siebie. Czym innym jest jednak komentowanie swojego orzeczenia, a czym innym ucieczka przed dziennikarzem…

Inną przyczyną awersji sędziów do publicznych wypowiedzi jest trudna droga dotarcia do mediów z rzeczowym przekazem, który nie jest już tak chwytliwy jak sensacyjne doniesienie. Nie jest to jednak argument przekonujący, bo nie wszystkie media i nie wszyscy dziennikarze wyłącznie „gonią za sensacją”. Są różne kręgi odbiorców, różne media i zróżnicowany przekaz. Prasa to nie tylko tabloidy i szufladkowanie dziennikarzy jest tak samo nie fair, jak formułowanie uogólnień względem sędziów.

Innym powodem może być strach środowiska, by w procesie „otwierania się na media” światła dziennego nie ujrzały inne patologie funkcjonujące w wymiarze sprawiedliwości. Tyle, że łatwo im zapobiec właśnie jawnością życia sądowego.

Nie bez znaczenia jest też nieufność sędziów wobec mass mediów, które z definicji krytykują, a nie wystawiają laurki. Z drugiej jednak strony, reagowanie wyniosłym milczeniem na niesprawiedliwą krytykę pogłębia tylko wzajemne niezrozumienie między sędziami a dziennikarzami i może być słusznie odczytane jako buta zamkniętego klanu, któremu nie zależy na opinii publicznej.

Czas na lekcję pokory

W sądach funkcjonują rzecznicy prasowi powołani do kontaktów z mediami. Tajemnicą Poliszynela jest, że w większości posady te – tak jak inne stanowiska funkcyjne – obsadzane są przez „zasłużonych sędziów”, głównie z myślą o dodatkach funkcyjnych. Wielu z takich rzeczników nie ma odpowiednich predyspozycji, a nawet publicznie manifestuje swoją niechęć do dziennikarzy. Nic w tej niechęci zresztą dziwnego, skoro rzecznikami zostają sędziowie, a nie zawodowo przygotowani do tego fachowcy od kontaktów z mediami. Czy czynny zawodowo orzecznik ma czas i predyspozycje do natychmiastowego reagowania na medialne zaczepki? Czy ma z kolei sens odrywanie sędziego od orzekania do kolejnych czynności, wymagających kompletnie innych kwalifikacji?

O nieprofesjonaliźmie rzeczników prasowych, ale też braku wsparcia doświadczonego zaplecza prasowego w sądach, mówi się od lat. Jednak w tym przypadku, podobnie jak w wielu kwestiach pozostawionych do decyzji środowiska, od lat funkcjonuje status quo. Dziś każda większa instytucja posiada profesjonalnych rzeczników prasowych, specjalistów od public relations, a nawet całe biura prasowe. Nie da się obecnie funkcjonować według archaicznych przyzwyczajeń i dalszy marazm w tej dziedzinie bardzo szkodzi wymiarowi sprawiedliwości. Brak dbałości o poprawny wizerunek medialny kończy się źle: wypaczonym obrazem sędziów i sądów w społeczeństwie.

Nie sposób prawidłowo wymierzać prawa, gdy obywatele, adresaci medialnych ataków, przychodzą z góry wrogo nastawieni do sądów. Widać to w salach rozpraw w zachowaniu stron, które sprawiają niekiedy wrażenie, jakby przegrały sprawę, zanim sąd wyda wyrok. Niejednokrotnie wyrażają swoje nieukontentowanie, czasem w sposób niezwykle frustrujący dla sędziego, który zmuszony jest zachować powagę i bezstronność. Bo przecież „polski wymiar sprawiedliwości jest beznadziejny”. Cytat ten pochodzi z autentycznej wypowiedzi strony na mojej rozprawie. Strony, która następnie uzyskała korzystny dla siebie wyrok!

Chyba nie o taki wymiar sprawiedliwości i taką jego krytykę nam chodzi. Warto zatem przełamać niechęć do mediów, zapoczątkowując wzajemne kontakty, spotkania, szkolenia czy konferencje prasowe inicjowane przez sądy. Czas zmierzyć się ze społecznymi zarzutami wobec sędziów. To może być lekcja pokory dla obu stron.

Temida

Rys. Łukasz Jagielski

Kontrolujący, kontrolowany

„Afery” medialne dotyczące sądownictwa, niezależnie od częstego braku zasadności stawianych w nich zarzutów, pokazują też inny doniosły problem – brak instrumentów służących realnemu oczyszczaniu się środowiska sędziowskiego. Faktem jest wszak, że przez lata, zwłaszcza przed 1989 r., do korpusu sędziowskiego przenikały osoby, których kwalifikacje i etyczne predyspozycje nie podlegały głębszej ocenie.

Przyznam, że jako praktykujący obserwator sądowej rzeczywistości już dawno przestałam wierzyć w tzw. samooczyszczenie się sędziów, truizm z upodobaniem powtarzany przez część polityków, ale także wspomnianych „mentorów” naszego środowiska. Nieskuteczne próby nadzorowania sędziów we własnym gronie to tylko kolejny argument dla osób wyznających pogląd, że jesteśmy środowiskiem, które samo o sobie decyduje, a tym samym chroni „swoich”.

W polskim wymiarze sprawiedliwości funkcjonuje wiele bardzo dotkliwych instrumentów kontroli sędziów i ich dyscyplinowania. Mamy odpowiedzialność dyscyplinarną, lustracje i wizytacje pracy orzeczników, nadzór administracyjny prezesów, wchodzącą w życie okresową ocenę pracy sędziów – nie wspominając o dwuinstancyjności, a w niektórych przypadkach trójinstancyjności postępowania. Czy istnieje grupa zawodowa, która podlega aż tak wielu ograniczeniom? I czy sędzia, poddawany tylu wielopłaszczyznowym ocenom, ma jeszcze szansę zachować konieczną w tym zawodzie niezależność myślenia?

Błąd systemowy tkwi w tym, że wszystkie wspomniane kontrole wykonywane są przez samych sędziów. Można zatem wprowadzać kolejne oceny, jednak żadna z nich nie będzie wiarygodna dla społeczeństwa. Nie może być bowiem tak, że sędziowie dzielą się na kontrolowanych i kontrolujących, ciągle we własnym gronie. Powinni podlegać ocenie szerszego gremium, innych grup społecznych, choćby pozostałych uczestników procesu.

Szansa w jawności

Remedium na niesprawiedliwe oceny medialne sądownictwa i sędziów, obok otwarcia środowiska na mass media, byłoby pilne upublicznienie wiedzy o sposobie zarządzania sądami i rozprawami.

Warto, aby społeczeństwo wiedziało, że sędziowie są obligowani do rozpoznawania ogromnej ilości spraw, częstokroć do decydowania o losie jednostek w dużym pośpiechu i pod presją, także po to, by ich koledzy, też chlubiący się tytułem sędziego, sądzeniem mogli zajmować się jedynie sporadycznie, gdyż „system” nakłada na nich inne zadania, np. z zakresu administracji. Trudniej będzie wówczas rzucić kamieniem w takiego ciężko pracującego orzecznika – nawet w sytuacji, gdy rzeczywiście się pomyli. Bo tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Mnożenie kolejnych ocen akurat dla tej grupy sędziów, która rzeczywiście zajmuje się orzekaniem, wychwyci co najwyżej ich błędy, a nie wady systemu.

Kolejna ważna kwestia to pilna reforma sposobu dochodzenia do zawodu – odejście od systemu kształcenia czysto teoretycznego, poszerzanie kompetencji referendarzy, albo wprowadzenie dla nich okresu praktyki w sali sądowej, przed nominacją. A także poważne podejście do kwestii sędziowskich wynagrodzeń.

Bez woli wprowadzenia konstruktywnych zmian w wymiarze sprawiedliwości i ustawowego uregulowania tej kwestii, również bez wprowadzenia społecznej kontroli i pełnej jawności sądowej rzeczywistości, dalsze epatowanie sądowymi „aferami” skończyć się może źle nie tylko dla sędziów. Stawką jest tu zaufanie obywateli do państwa prawa, a tym samym przyszłość młodej polskiej demokracji.